Bliski Wschód

czwartek, 22 października 2009

„Iran – nawet posiadając broń atomową – nie jest zagrożeniem dla światowego, ani regionalnego pokoju” – to bodajże najpopularniejsza ostatnio myśl w dyskusji o współczesnych stosunkach międzynarodowych. Czy jej zwolennicy mają rację?

I tak, i nie. Wiem, że wymijająca odpowiedź nie jest tym, co – drogi Czytelniku – oczekiwałbyś od tekstu publicystycznego, ale jednoznaczna odpowiedź na tak postawione pytanie pozostaje dla mnie (i nie tylko dla mnie!) zagadką. Mogę jednak z całą odpowiedzialnością przytoczyć przynajmniej kilka przeciwnych tej tezie argumentów, o których zapominają m.in. Piotr Wołejko (“Iran: czekając na zdrowy rozsądek”) i Patryk Gorgol (“Izrael vs. Iran – kto kogo zaatakuje”) pisząc na temat konsekwencji wejścia Iranu w posiadanie broni atomowej.

Owszem, Iran nie zaatakuje żadnego ze swoich sąsiadów. Nie zaatakuje też Europy, ani tym bardziej USA. Rację mają Piotr i Patryk, pisząc, że państwo ajatollahów nie ma żadnego interesu w wymazywaniu jakiekolwiek państwa z mapy świata. Ale sprowadzanie problemu tylko do bezpośredniego ataku bronią atomową wydaje mi się lekką – a do tego niebezpieczną – naiwnością, nie biorącą pod uwagę szeregu niezwykle ważnych czynników.

Głównym argumentem w tej dyskusji jest kwestia racjonalizmu i pragmatyzmu władz irańskich odnośnie kształtowania i realizowania własnej polityki zagranicznej. Zwolennicy tezy „pokojowego, atomowego Iranu” podkreślają, że Iran od lat działa zgodnie ze swoim interesem narodowym, postępując przy tym zdroworozsądkowo i odpowiedzialnie. Oczywiście trudno podważyć fakty – Iran prowadzi pragmatyczną politykę międzynarodową, nastawioną do tego na dalekosiężne, a nie doraźne, cele. Nie oznacza to jednak, że jest to polityka odpowiedzialna; co więcej, jej wielotorowość – a więc jej realizacja za pomocą wielu różnych narzędzi: od oficjalnych stosunków z innymi państwami, poprzez wspierania organizacji takich jak Hezbollah, aż po terroryzm państwowy (np. atak na Centrum Kultury Żydowskiej w Buenos Aires w 1994 roku czy zabójstwa irańskich dysydentów w Europie) – niezwykle utrudnia prawidłowe odczytanie doktryny, która stoi za tymi działaniami. Jest to jedna z najbardziej charakterystycznych cech polityki prowadzonej przez Teheran – niejednoznaczność i swoista polifonia; wsłuchując się tylko w głos ministra spraw zagranicznych czy nawet Najwyższego Przywódcy, zatracamy pełen obraz poczynań państwa irańskiego na arenie międzynarodowej. To właśnie ten wielogłos jest głównym atutem Iranu w stosunkach międzynarodowych; pozwala bowiem oficjalnym władzom na zachowanie czystych rąk, podczas gdy rolę chłopców od brudnej roboty odgrywa, pozornie tak słabo kontrolowany przez rząd, że aż tworzący wręcz państwo w państwie, szeroko pojęty aparat bezpieczeństwa z Gwardią Rewolucyjną na czele.

Warto zapytać zatem: dlaczego tak wielu ludzi – nie tylko w Izraelu – boi się Iranu? Przecież patrząc na to zagadnienie z pozycji paradygmatu realistycznego (który, jak się zdaje, bliski jest Piotrowi), nuklearny Iran nie stanowi dla nikogo bezpośredniego zagrożenia, bo nie przeprowadzi atomowego uderzenia na żadne z państw w regionie. To jednak bardzo powierzchowny wniosek. Zakładając (za realistami i neorealistami), że państwa dążą do umocnienia własnej pozycji na arenie międzynarodowej, a głównym punktem odniesienia dla ich działań jest właśnie choćby względna przewaga nad innymi graczami stosunków międzynarodowych, musimy skonstatować, że pozostałe kraje regionu zrobią wszystko by zniwelować strategiczną przewagę Iranu. W najlepszym przypadku czeka nas zatem kaskada zbrojeń atomowych wśród państw bliskowschodnich, w najgorszym – wojna; ten pierwszy scenariusz – jak na razie bardziej prawdopodobny – może stać się źródłem kolejnych problemów. Choć często zakłada się, że równowaga strachu między mocarstwami atomowymi jest elementem stabilizującym układ stosunków międzynarodowych (tak było w czasach Zimnej Wojny), trudno przewidzieć czy i w tym przypadku tak będzie.

Dołączenie do klubu państw atomowych Iranu, Arabii Saudyjskiej, Egiptu czy innych państw Bliskiego Wschodu nie tylko kompletnie załamałoby reżim Układu o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej (NPT), ale mogłoby mieć również skutki znacznie poważniejsze. Tak jak w przypadku Indii i Pakistanu, tak i posiadanie przez te państwa arsenału nuklearnego budzi obawy co do sprawności systemów weryfikacji zagrożenia, a co za tym idzie – procesów decydowania o ewentualnym użyciu broni atomowej w prawdziwym lub urojonym konflikcie.

W tym miejscu dochodzimy do sedna sprawy i odpowiedzi na postawione powyżej pytanie: „dlaczego bać się Iranu?”. Otóż realiści bardzo łatwo zapominają o czymś niezwykle ważnym: nierzadko bardzo zawodnym czynniku ludzkim. Bezpieczeństwo jest bowiem stanem ducha, a nie umysłu; stanu bezpieczeństwa/zagrożenia nie da się zobiektywizować i zanalizować – jest bowiem czysto ludzkim, a do tego w pełni zindywidualizowanym konstruktem, niemierzalnym i nieweryfikowalnym z zewnątrz. Nie jesteśmy w stanie przewidzieć, kiedy i z jakiego powodu ktoś (w domyśle – rządzący państwem) poczuje się zagrożony. To co dla jednych będzie śmiertelnym zagrożeniem, inni mogą postrzegać jako błahostkę (i na odwrót), dlatego też należy minimalizować ryzyko wystąpienia sytuacji kryzysowych, a więc takich, w których jakieś państwo mogłoby uznać się zagrożone. Nie bez przyczyny społeczność międzynarodowa od dziesięcioleci stara się stworzyć efektywny system minimalizujący to ryzyko, a efektem tych prac są m.in. środki budowy zaufania i bezpieczeństwa z powodzeniem stosowane między członkami OBWE.

Opisana powyżej zasada szczególnie ważna jest w przypadku państw atomowych: one nie mogą sobie pozwolić na mispercepcję zagrożeń, ponieważ cena za pomyłkę w sytuacji konfliktowej może być (choć nie musi) zbyt wysoka. Podstawą bezpieczeństwa w tym przypadku musi być zatem efektywny system ostrzegania przed ewentualną napaścią, a także odpowiedni proces decyzyjny, który sprawi, że broń zostanie użyta tylko w ostateczności. Wbrew pozorom nie jest to jednak proste: taki system musi być z jednej strony niezawodny i podlegać skutecznej kontroli władz cywilnych, lecz jednocześnie na tyle elastyczny i niezależny, by zachować jego skuteczność w sytuacji np. braku łączności z decydentami. Jeśli Iran oraz państwa arabskie, które mogą chcieć wejść w posiadanie broni atomowej by przeciwdziałać rosnącej potędze perskiej na Bliskim Wschodzie, są w stanie wprowadzić efektywne procedury decyzyjne oraz zainstalować niezawodny system ostrzegawczy, to zapewne cały problem irańskiego programu atomowego byłby co najmniej wydumany. Niestety, nie mamy najmniejszej gwarancji na to, że tak się stanie. Musimy wierzyć, na szczęście na razie tylko ajatollahom, na słowo honoru. Nam, Europejczykom, to wystarczy – ale czy zadowoli ich bezpośrednich sąsiadów? W to śmiem wątpić.

Co zatem zrobić z tym Iranem? Bez dwóch zdań jest to jeden z najpoważniejszych, a już na pewno najbardziej niewygodnych problemów współczesnego świata. Na pewno nie trzeba się jednak Iranu bać. Nie można go jednak też lekceważyć. Ewentualny atak byłby świadectwem nie tylko naszego strachu, ale i lekceważenia perskiej potęgi – a na tym punkcie Persowie są bardzo drażliwi. Iran trzeba zatem oswoić – pytanie tylko: jak?

Artur

Zdjęcie: Morteza Nikoubazl/Reuters


PolitykaGlobalna.pl - kliknij żeby przeczytać więcej ciekawych artykułów!

PS> Mam nadzieję, że mimo długiej przerwy w aktywności blogu znajdą się jeszcze jacyś czytelnicy. Tym, którzy czytali niegdyś "Rzut oka..." i im się podobał, należą się przeprosiny. Nie mam wiele na swoje usprawiedliwienie: przez cały ten czas przygotowywałem się do pisania pracy magisterskiej (niedkończona na razie), robiłem strony internetowe (m.in. nową PolitykęGlobalną.pl), choć głównie obijałem się... Nie mogę zagwarantować, że do końca roku będę bardziej aktywnie zajmował się blogiem, ale mam nadzieję, że prawdziwych pasjonatów polityki międzynarodowej to nie odstarszy :)

Pozdrawiam - Artur!

czwartek, 18 czerwca 2009

Ajatollah Ali Chamenei prowadzi piątkowe modły na Uniwersytecie w Teheranie (Daylife.com)

Ajatollah Ali Chamenei okazuje się być znacznie bardziej wytrawnym politykiem, niż jeszcze niedawno można było przypuszczać. Mimo to, być może popełnił błędy za które może słono zapłacić.

Chamenei, jako Najwyższy Przywódca, ma na swoim podorędziu bogaty zestaw instrumentów, którymi może spacyfikować rewolucyjne nastroje w Teheranie i w innych irańskich miastach. Teoretycznie, mógłby nawet wyprowadzić na ulice czołgi i krwawo stłumić protesty, lecz dotychczas tego nie zrobił. Wydaje się, że nadal wierzy, iż wszystko rozejdzie się po kościach: za kilka dni - w obliczu powszechnych (choć, prawdę mówiąc, jeszcze niezbyt poważnych) represji - ujdzie z demonstrantów dalsza chęć walki, za kilka tygodni wygasną ostatnie ogniska buntu, a za pół roku nikt nie będzie pamiętał o tym, co działo się w czerwcu. Choć osobiście nie wierzę, aby się to tak zakończyło, trzeba przyznać, że taktyka polegająca na wyciszaniu konfliktu poprzez - zapewne niezbyt szczere - gesty pojednawcze wobec opozycji musi sprawiać nie lada problemy Musawiemu, Chatamiemu, Karrubiemu, Rafsandżaniemu i ich doradcom.

Gra o najwyższą stawkę

Ajatollah Ali Chamenei, następca Chomeiniego, podczas przemowy (Daylife.com)Przywódca zdecydował się zagrać va banque i postawił na szali cały swój autorytet. Stosunkowo szybko po wyborach zatwierdził ich wyniki, czyli de facto usankcjonował je całą powagą własnego urzędu. Wbrew pozorom nie był to pusty gest - w odróżnieniu od zachodnich demokracji, w irańskiej demo-hierokracji władza rahbara (Przywódcy) ma boską legitymację: jest on osobą, która jak nikt inny w świecie szyickiego islamu rozumie wolę Allaha, a jego obowiązkiem jest dopilnować, aby została ona wprowadzone w życie. Podważając jego decyzję,  podważa się jego boski autorytet - a to już jest niebezpieczny precedens. Mimo to, gdy Musawi zdecydował się złożyć oficjalny protest, Chamenei przyjął bardzo elastyczną postawę, jakby na złość tym, którzy widzieli w nim tylko bezkompromisowego konserwatystę i zgodził się na ponowne liczenie głosów - lecz tylko w części obwodów.

Z oczywistych względów, taka propozycja nie mogła odpowiadać reformistom, którzy domagają się anulowania wyników i rozpisania nowych wyborów. Musiało to skłonić Chameneiego do opuszczenia zajmowanej dotychczas bezpiecznej pozycji mediatora i bezpośredniego zaangażowania się w sprawę powyborczego konfliktu. Przywódca ogłosił, że poprowadzi piątkowe modły w Teheranie, stawiając tym samym zwolenników Musawiego w bardzo niezręcznej sytuacji. Z wielu powodów było to bardzo sprytne zagranie. Przede wszystkim, ewentualna niesubordynacja reformistów może dać Chameneiemu powód do uznania ich za osoby zagrażające religijnym fundamentom ustrojowym współczesnego Iranu, a to oznaczałoby tylko intensyfikację przemocy wobec opozycjonistów. Oczywiście, modły mają mieć również wymiar propagandowy - pokażą Chameneiego jako prawdziwego przywódcę narodu, jednoczącego zwaśnione strony w otoczeniu tysięcy wiernych.

Pyrrusowe zwycięstwo

Wydaje się zatem, że dzięki temu posunięciu Chamenei nie tylko potwierdzi swoje zwierzchnictwo nad Iranem i jego mieszkańcami, ale pokaże także, że całe powyborcze zamieszanie jest nic nie warte w obliczu jego autorytetu, a tym samym - przypomni Irańczykom i światu, że to rahbar, a nie prezydent dzierży ster władzy w kraju. Trzeba jednak mieć na uwadze, że każde takie zagranie jest obarczone pewną dozą ryzyka, i to nie tylko dlatego, że jakiekolwiek spięcia podczas tej uroczystości naprawdę mogą podważać autorytet Przywódcy. Przede wszystkim, Chamenei liczy na to, że piątkowe modły - niczym deus ex machina - rozwiążą powyborczy konflikt i każda kolejna demonstracja będzie coraz słabsza. Taki scenariusz rozwoju jest jednak raczej niemożliwy, bowiem opiera się na założeniu, że cały ferment związany jest tylko z domniemanym oszustwem wyborczym, a nie ze strukturalnymi problemami, które dotykają Iran i jego mieszkańców. Śmiem twierdzić, że jest to bardzo złudne myślenie.

Glosy protestu zatem szybko nie umilkną, a Chamenei w końcu będzie musiał zacząć działać bardziej stanowczo. Problem w tym, że - mimo ogromnego znaczenia sprawowanego przezeń urzędu - Najwyższemu Przywódcy kończą się pokojowe środki nacisku na opozycję. Można co prawda przypuszczać, że dobrze wie, iż dalsza eskalacja przemocy do niczego go nie doprowadzi, a jedynie podkopie jego - nadal przecież silny - autorytet, lecz nie oznacza to, że Chamenei nie zdecyduje się na rozwiązanie siłowe. Utrzymałoby ono konserwatystów przy władzy, ale jego cena byłaby  bardzo wysoka: krwawa pacyfikacja opozycji przez długi jeszcze czas kładłoby się cieniem na rządach Ahmadineżada i władzy Chameneiego, a w rezultacie mogłoby doprowadzić do prawdziwej rewolucji, takiej jak przed trzydziestu laty. Najwyższy Przywódca stoi więc przed ciężkim dylematem i cokolwiek nie zrobi, może się to obrócić przeciw niemu.

Kliknij - przeczytaj więcej ciekawych artykułów!Artur

Zdjęcia: Daylife.com, GhalamNews.ir.


AKTUALIZACJA: Hosejn Musawi i Mehdi Karrubi wzywają ponoć do nieuczestnictwa w jutrzejszych modłach - takiej treści oświadczenie pojawiło się jakiś czas temu na Facebooku Musawiego (choć po godzinie zostało usunięte). Wiele osób podejrzewa (ja też zresztą), że jednemu z prorządowych hackerów udało się włamać na konto kandydata reformistów i zamieścić tam ten dezinformujący - i bardzo niebezpieczny - komunikat; jeśli jednak prawdą jest, że sam Musawi zdecydował się na podjęcie tak drastycznego kroku, to byłby to początek prawdziwej rewolucji.

środa, 17 czerwca 2009

Sytuacja w Iranie rozwija się w takim tempie, że trudno zebrać myśli. Setki tysięcy - jeśli nie miliony - ludzi protestują przeciw wynikom wyborów. W tym samym czasie, duchowni szyiccy toczą własną rozgrywkę o władzę.

Tak jak można było przewidzieć, zamieszki na ulicach to tylko część z tego co dzieje się w irańskiej polityce w ostatnich kilku dniach. Bardzo ważna część - bo polało się już niemało krwi: w Teheranie, Szirazie, Isfahanie, Tebrizie, Raszcie, Awazie i Meszhedzie. Warto jednak pamiętać o tym, że równie ważne jest to co dzieje się niejako na uboczu tych wszystkich wydarzeń - a więc w obrębie szeroko pojętej irańskiej elity politycznej, a szczególnie duchowieństwa. Tutaj liczy się jedno miasto: święty Kom - duchowa stolica Iranu i jedno z najważniejszych, obok Karbali i Nadżafu, miast szyizmu. To stamtąd nadeszła wiadomość o niezwykle ważnym geście ajatollaha Montazeriego, który we wczorajszym liście poparł demonstrantów; to trzeci po Rafsandżanim (ale on od początku popiera Musawiego) i Saneim przedstawiciel najwyższych warstw irańskiego duchowieństwa. Co ważne, zarówno Sanei, jak i Montazeri, posiadając tytuł mardża-e taklid (literalnie: "godny naśladowania"), należą do absolutnie najważniejszych duchownych współczesnego szyizmu, niemal równych autorytetem Chameneiemu. Wydaje się, że to kolejny przykład - opisywanej przezez mnie wcześniej - walki pokoleń wewnątrz struktur władz Iranu, w której tzw. "generacja 1979" (dzisiejsi reformiści) staje naprzeciw młodym wilkom pokolenia Ahmadineżada. Jak widać, z każdym dniem konflikt przybiera na sile i dziś naprawdę nie wiadomo, jak się skończy.

Niestety media koncentrują się tylko na tym, co dzieje się w stolicy. Z jednej strony słusznie, bo jest ona nie tylko scenerią niesamowitych wydarzeń, ale i miejscem, gdzie mogą zapaść najważniejsze decyzje; z drugiej strony - ta koncentracja na Teheranie daje niepełny obraz rzeczywistości. Pewnym usprawiedliwieniem niech będzie to, że niezwykle trudno dotrzeć do jakichkolwiek informacji o tym co dzieje się w innych miastach. A dzieje się sporo ciekawego. Aby nie być gołosłownym, zamieszczam zdjęcia z Isfahanu - wieloletniej stolicy safawidzkiej Persji, trzeciego co do wielkości miasta Iranu; pochodzą z Twittera.

Powyżej zaś znajdziecie zrobioną przeze mnie mapę z zaznaczonymi miejscami prostestów, walk ze służbami bezpieczeństwa oraz domniemanych ofiar (na podstawie wiadomości z mediów i Twittera) - powiększenie dostępne jest po kliknięciu.

Zdjęcia przedstawiają isfahański Plac Nagsze-i Dżahan, jedno z najbardziej znanych miejsc w Iranie


Artur


WIĘCEJ ARTYKUŁÓW!

poniedziałek, 15 czerwca 2009

Ajatollah Chamenei, potwierdzając wyniki wyborcze przypieczętował reelekcję Mahmuda Ahmadineżada na prezydenta republiki.

Tuż po wyborach Ali Chamenei (Najwyższy Przywódca Iranu) nie odniósł się do podawanych przez Ministerstwo Spraw Wewnętrznych wyników wyborów prezydenckich, ale pochwalił Irańczyków za to, że tak tłumnie stawili się przy urnach wyborczych. Gdy atmosfera w Teheranie i kilku innych większych miastach zaczęła gęstnieć, Przywódca zdecydował się pogratulować nowemu-staremu prezydentowi reelekcji oraz zaapelował do irańskiej ulicy o spokój, rozwagę i akceptację wyniku wyborczego konserwatysty. Zwolennicy Hosejna Musawiego nie posłuchali, czego wynikiem były trwające przez cały weekend zamieszki w największych miastach Iranu.

Ponowne wybory są niemożliwe

Ali Chamenei widząc, że jego nawoływania nie spotykają się z pozytywnym odzewem ze strony zwolenników Musawiego, zdecydował się na dwa kroki, które mają przywrócić porządek w Iranie. Przede wszystkim, do regularnych jednostek policji rozganiających protesty, szybko dołączono - w większości nieumundurowanych - członków milicji Basidż. Najprawdopodobniej to właśnie basidżowcy odpowiedzialni są za najbardziej brutalne ataki na opozycję, łącznie ze zdemolowaniem  - w nocy z niedzieli na poniedziałek - jednego z teherańskich akademików. Wykorzystanie sił Basidż oznacza, że władze w Teheranie przestały patrzeć na demonstracje zwolenników Musawiego jak na nic nie znaczące protesty o niewielkiej sile oddziaływania, które mogły kwalifikować się jako "wybryki natury chuligańskiej" (mniej więcej takich słów użył Mahmud Ahmadineżad w rozmowie z dziennikarką CNN, porównując wybory do meczu, a wybuchłe po nich protesty - do pomeczowych zamieszek); dostrzeżono i doceniono zatem polityczne tło tych zamieszek.

Ta zmiana percepcji wymusiła na Chameneim podjęcie drugiego - wbrew pozorom znacznie poważniejszego - kroku: oficjalnego zatwierdzenia wyniku wyborów. Wraz z tym oświadczeniem, legalna droga rewizji wyników została dla Musawiego de facto zamknięta. Jego odwołanie do Rady Strażników staje się w tym momencie krokiem czysto formalnym, bowiem ta nie zdecydowałaby się sprzeciwić woli Najwyższego Przywódcy, którego władza pochodzi przecież od Allaha i jest właściwie niepodważalna. Jest to tym bardziej nieprawdopodobne, że Rada Strażników zdominowana jest przez duchownych o bardzo konserwatywnych poglądach, a na jej czele stoi - od lat popierający Ahmadineżada - ajatollah Dżanati.

Czy miały miejsce oszustwa wyborcze?

Choć zapewne nigdy nie będziemy mieć pewności, czy wybory zostały zmanipulowane w tak dużym stopniu, jak twierdzą zwolennicy Musawiego, istnieje kilka przesłanek, które mogą potwierdzać ich tezy. Przede wszystkim, irański system oddawania i liczenia głosów nie zapewnia niestety odpowiedniej kontroli nad przebiegiem głosowania: głosuje się na akt urodzenia, a nie dowód, nie istnieje coś takiego jak rejestr wyborców, członkowie Basidż piszą za analfabetów (20% społeczeństwa) nazwisko kandydata na karcie wyborczej, a system weryfikacji głosów w MSW nie daje gwarancji przejrzystości.

O tym, że wyniki nie odzwierciedlają prawdziwych nastrojów społeczeństwa świadczyć ma kilka poszlak. Przede wszystkim, zdaniem reformistów mało wiarygodne jest to, że Musawi przegrać miał we wszystkich dużych miastach, w tym i najbardziej postępowym Tebrizie, gdzie rozpoczęła się irańska rewolucja konstytucyjna w 1906 roku i w którym w latach 70. miały miejsce wielkie wystąpienia przeciw władzy szacha. Ponadto, reformistów dziwi nadzwyczajna efektywność liczenia głosów - twierdzą, że niezwykle ciężko jest podliczyć 2 miliony kart wyborczych w ciągu zaledwie godziny, a właśnie z taką prędkością liczono je w nocy z piątku na sobotę. Tak jak przed 12 laty, gdy wybrano prezydentem Chatamiego, za Musawim miała przemawiać także olbrzymia frekwencja wyborcza. Reformiści uważają, że właściwie niemożliwe jest to, by w tak krótkim czasie "wyparowało" kilkanaście milionów wyborców, którzy dali reelekcję Chatamiemu w roku 2001 - a warto dodać, że zdobył on wtedy 78% głosów. Nawet biorąc pod uwagę swoistą labilność ideową wyborców nie tylko w Iranie, ale i na całym świecie, argument ten nie jest bezpodstawny. Mimo to, ten i wszystkie pozostałe zarzuty reformistów pozostają niepotwierdzone i zapewne takimi już zostaną. 

Zielona rewolucja? Raczej nic z tego...

Bezkrwawej rewolucji zatem nie będzie, a Hosejn Musawi nie ma najmniejszych szans na to, by pokojowo doprowadzić do unieważnienia wyników piątkowych wyborów. Na razie tylko delikatnie podważa autorytet Chameneiego, lecz ten - wiedząc, że w porównaniu ze swoim wybitnym poprzednikiem, Chomeinimi, wypada co najmniej blado - jest ponoć bardzo wyczulony na punkcie legitymacji własnej władzy. Były kandydat reformistów musi więc czuć, że wchodzi na niepewny grunt. Jeśli chce dalej walczyć, musi odwołać się do bardziej radykalnej części swoich zwolenników, a to równie dobrze mogłoby być początkiem jego klęski jako polityka kreującego się na osobę umiarkowaną i racjonalną. Już teraz policja stara się zdyskredytować protestujących, nierzadko dewastując "w ich imieniu" samochody czy sklepy.

Podejrzewam, że Musawi dobrze wie, że dopóki po stronie władz stoją siły bezpieczeństwa, a za prezydentem-konserwatystą duża część społeczeństwa, w Iranie nie ma szans na żadną systemową zmianę. Pokojowa zielona rewolucja nie dojdzie do skutku - albo w ciągu kilku dni zostanie uciszona, albo przybierze na sile na tyle, by stać się niemal wojną domową; w niej jednak reformiści nie mają szans. Musawi - będąc pragmatykiem - dobrze wie o tym, ale chyba na razie daje się ponieść sytuacji.

Artur

Zdjęcia: Musawi1388, Agencja REUTERS/Jumana El Heloueh.


Wejdź na stronę z większą ilością artykułów!

sobota, 13 czerwca 2009

Niemal pewne jest to, że przez kolejne cztery lata urząd prezydenta Iranu sprawować będzie Mahmud Ahmadineżad. Urzędujący prezydent zdobyć miał około 63% wszystkich głosów, a jego najważniejszy konkurent, reformista Hosejn Musawi, przekonał do siebie około 34% wyborców. Dwóch pozostałych kandydatów - zgodnie z przedwyborczymi przewidywaniami - miało znaczenie co najwyżej marginalne: Razai otrzymał około 2% głosów, a poparcie dla Karrubiego mieści się w granicach błędu statystycznego (0,88%). Ogromna przewaga Ahmadineżada sprawia, że nie odbędzie się nawet druga tura wyborów. Taki scenariusz jeszcze wczoraj wydawał się być niemożliwy, bowiem wszystko zapowiadało bardzo wyrównany pojedynek, który będzie musiał zostać rozstrzygnięty dopiero w drugiej rundzie.O ile jednak samo zwycięstwo kandydata konserwatystów nie jest wielką niespodzianką, to jego skala - jak najbardziej.

Wyniki inne niż spodziewane

Ahmadineżad stał się niekwestionowanym zwycięzcą tych wyborów. Szybko jednak pojawiły się głosy - szczególnie głośno słyszane w otoczeniu Musawiego - że podczas głosowania doszło do poważnych nadużyć, które w ogromnym stopniu wpłynęły na jego wynik. Potwierdzeniem tego ma być fakt, że Ahmadineżad wygrał nawet w tych okręgach, w których zwycięstwo Musawiego było niemal pewne. Z jednej strony można powiedzieć, że taki już jest urok demokracji, z drugiej jednak opozycja może mieć rację. Zaskoczone rekordowo wysoką frekwencją Ministerstwo Spraw Wewnętrznych nie przygotowało odpowiedniej ilości kart do głosowania, przez co czterokrotnie przedłużano czas przeznaczony na oddawanie głosów; mimo to w wielu miejscach miało zabraknąć kart do głosowania. Zdaniem sztabu Musawiego, dziwnym trafem dodrukowane już w czasie wyborów karty z dużym opóźnieniem docierały do miejsc, gdzie mógł on znacznie wygrać nad urzędującym prezydentem.

Główny kandydat reformistów zapowiedział już, że publicznie ujawni wszystkie manipulacje wyborcze obecnej administracji; ponadto poważnie rozważa złożenie oficjalnego protestu do Rady Strażników (ciała m.in. nadzorującego wybory) w sprawie nadużyć we wczorajszym głosowaniu. Niestety, nawet jeśli miałby niepodważalne dowody na fałszerstwa wyborcze, Musawi ma raczej niewielkie szanse na uznanie wyników za nieważne. Rada najprawdopodobniej przyjrzałaby się wnioskowi, ale nie dopatrzyłaby się żadnych większych nieprawidłowości - nie tylko z braku dobrej woli, ale i z powodu nikłego zakresu kontroli jaki posiada w tej kwestii. Nadzór Rady nad Ministerstwem Spraw Wewnętrznych jest czysto iluzoryczny, bowiem irańskie prawo daje jej minimalny zestaw instrumentarium wymaganego do prawidłowej kontroli wyborów.

Dwie drogi: zielona rewolucja albo powszechna apatia

Mimo braku pomocy ze strony czynników oficjalnych, wydaje się, że Musawi nie odpuści łatwo; jego zwolennicy poczuli się oszukani przez władzę i już nocą wyszli na ulicę protestując przeciw - ich zdaniem sfałszowanym - wynikom wyborów. Mimo ogromnej mobilizacji obozu reformistycznego, scenariusz zielonej (od koloru kampanii Musawiego), bezkrwawej rewolucji wydaje się być bardzo mało prawdopodobny. O to, by do niej nie doszło zadbać mają Strażnicy Rewolucji oraz członkowie paramilitarnej organizacji Basidż, którzy spacyfikują każde wystąpienie przeciw władzy swojego faworyta - Mahmuda Ahmadineżada.

Bez względu na to, czy zwolennicy Musawiego zdecydują się na bardziej radykalne kroki, czy też pogodzą się z przegraną lidera reformistów, ogromna przewaga Ahmadineżada wywoła zapewne powszechną apatię wśród bardziej liberalnych Irańczyków. Okazało się bowiem, że bez względu na ich determinację i ich głosy, o obliczu współczesnego Iranu decydują głównie najniższe warstwy społeczne, bowiem zapewne to właśnie głosami konserwatywnej ludności wiejskiej, wspomaganej przez miejską biedotę, obecny prezydent wygrał te wybory. Zwolennicy zmian mają zatem prawo poczuć się bezsilni w obliczu tak wielkiej przewagi konserwatystów, co oznaczać będzie zapewne całkowitą dominację opcji zachowawczej w dyskursie politycznym Iranu.

Walka o supremację w Iranie i w regionie?

Nie mniej ciekawa jest reakcja Alego Chameneiego, który - co do niego raczej niepodobne - z wielką powściągliwością skomentował wybory. Wydaje się więc, że prawdopodobna jest teza, mówiąca o tym, że ogromna skala zwycięstwa Ahmadineżada, którego Chamenei sam wylansował w poprzednich wyborach, przeraziła nie tylko bardziej liberalną część irańskiego społeczeństwa, ale też niego samego. Ahmadineżad okazał się  znacznie lepszym i bardziej niezależnym politykiem niż wydawał się być w roku 2005. Choć jego pozycja - jako prezydenta - w systemie politycznym Iranu jest ograniczona zasadą welajat-e fakih (rządów prawnika muzułmańskiego w osobie Najwyższego Przywódcy), tak wielkie poparcie dla niego musi budzić nawet w Chameneim niepokój, pokazuje bowiem, jak wielką siłą - zarówno w administracji, jak wśród Irańczyków dysponuje nowy-stary prezydent Iranu.

Konflikt ten może przybrać na wadze w nowej kadencji Ahmadineżada - nie tylko dlatego, że dostał on teoretycznie ogromny kredyt zaufania (inną sprawą jest to, czy w pełni legalnie) od wyborców, ale także z powodu odmiennych wizji Islamu propagowanych przez prezydenta i Przywódcę Iranu. Nie ulega wątpliwości, że obaj są zapalonymi konserwatystami, przeciwnikami liberalizacji życia społeczno-politycznego oraz zbliżenia z Zachodem, mimo to nawet Chamenei wydaje się być znacznie bardziej pragmatyczny, niż Ahmadineżad. Wiąże się to z faktem, że ten drugi jest jest mahdystą - przedstawicielem skrajnej, millenarystycznej frakcji w łonie szyickiej odmiany islamu. Duchowy autorytet Ahmadineżada, ajatollah Mesbah Jazdi, uznawany jest za jednego z największych orędowników konfrontacyjnej postawy wobec innych państw, programu nuklearnego i terroryzmu, a jego kontrowersyjne tezy wzbudzają emocje także wśród samych Irańczyków. Uważany za szarą eminencję rządów obecnego prezydenta i głównego inspiratora jego nieprzejednanej postawy wobec Zachodu, dzięki wygranej swego protegowanego Jazdi umacnia własne wpływy polityczno-religijne w państwie.

Wygrana Ahmadineżada sprawia, że mesjanistyczny kierunek, wśród przeciwników nazywany islamem apokaliptycznym, zostanie utrzymany, co oznacza nie lada kłopoty dla Zachodu. Tak wysokie poparcie nie tylko doda mu pewności siebie na arenie międzynarodowej, ale wzbudzić może przekonanie o własnej nieomylności i słuszności założeń własnej polityki wobec innych państw. Umocnienie się konserwatystów w Iranie może więc stać się przeszkodą w realizacji wysuwanych przez Baracka Obamę planów normalizacji stosunków na linii Teheran-Waszyngton, które stały się filarem nowej polityki USA wobec świata islamu. Napięcia między Iranem, a Stanami Zjednoczonymi bez wątpienia mogą stać się głównym powodem fiaska obamowskiej wizji porządku międzynarodowego na Bliskim Wschodzie. Bez wątpienia Iran, który po amerykańskim ataku na Irak sprzed sześciu lat wyrósł na regionalną potęgę, podczas drugiej kadencji Ahmadineżada będzie starał się umocnić swoją pozycję i wpływy na Bliskim Wschodzie, szczególnie kosztem Arabii Saudyjskiej. Dotychczasowy kurs zostanie więc utrzymany; prowadzić to będzie do narastania kolejnych napięć, a te w efekcie do regionalnych zbrojeń i zwiększenia groźby konfliktu.

Mój dom murem podzielony

Wybór Mahmuda Ahmadineżada nie jest niestety przypadkowy. Zadecydowało o nim irańskie społeczeństwo, które nie tylko doceniło jego charyzmę i charakter, ale po prostu zgadza się z nim w wielu kluczowych sprawach. Wbrew przedwyborczym przypuszczeniom, Irańczycy nie zagłosowali przeciw nieudolnej polityce ekonomicznej, ale za nieustępliwą polityką zagraniczną, która - choć pogłębiła izolację kraju - sprawiła, że poczuli się ważnym narodem na mapie świata. Warto jednak pamiętać, że najprawdopodobniej zarzuty opozycji nie są bezpodstawne, a prezydencka administracja "pomogła" wielu ludziom przy wyborze. Na dzień dzisiejszy przegrana Musawiego tylko spolaryzuje irańską politykę. Wynik reformisty nie tylko  robi wrażenie, ale pokazuje jak bardzo podzielony jest naród irański.  To nie żaden monolit, ale bardzo skomplikowana struktura społeczna, w odniesieniu do której każda generalizacja będzie niesprawiedliwa. Irańczycy miotając się między afirmacją zachodniego stylu życia, a jego całkowitym potępieniem, wytworzyli głębokie podziały polityczne, których istnienie zagraża dogmatowi jedności narodu i jego oddania ideałom rewolucji Chomeiniego. Ważne by reformiści zdali sobie z tego sprawę i zamiast pogrążyć się w apatii nadal działali w celu liberalizacji nierzadko bardzo opresyjnego reżimu ajatollahów.

Artur

Zdjęcia: Daylife.com, Reuters.


KLIKNIJ! Przejdziesz na stronę z większą ilością artykułów.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
Zakładki:
Blogi o światowej polityce (PL)
Instytuty, think-tanki i inne
Blogi o światowej polityce (inne języki)
Inne ciekawe blogi
Media
Blox.pl
Przedruki
Zasubskrybuj blog




Polityka, gospodarka i bezpieczeństwo w ujęciu globalnym



Nakarm glodne dziecko - wejdz na strone www.Pajacyk.pl Help end world hunger

Blogi Polityczne