Azja Centralna i Południowa

wtorek, 17 lutego 2009
Pakistańskie władze ugięły się przed żądaniami talibów z prowincji Swat i zdecydowały się zezwolić na wprowadzenie szariatu, a więc prawa koranicznego, w zamian za zawieszenie walk w tym regionie. 

O niespokojnym pograniczu pakistańsko-afgańskim pisałem już jakiś czas temu, mając wtedy nadzieję, że Asif Ali Zardari stanie oko w oko z największym zagrożeniem dla stabilności rządzonego przez siebie państwa: islamskiemu fundamentalizmowi, który rozsadza północne prowincje Pakistanu i przemienia je - jak to bardzo zgrabnie ujął ostatnio Wojciech Jagielski - talibski emirat, wyjęty spod władzy w Islamabadzie. Uważałem - i uważam nadal - że:

Zardari znajduje się już pod ścianą. Na szczęście. W odróżnieniu od Muszarrafa, który będąc w znacznie lepszej sytuacji, przez długi czas mógł mydlić oczy społeczności międzynarodowej anemiczną w jego wykonaniu "walką" z ekstremizmem, nowy prezydent nie ma wyjścia: musi podjąć wyzwanie, podnieść rzuconą mu rękawicę i faktycznie zacząć działać. Pakistan albo wyjdzie z tej opresji cało, a Zardari - wzmocniony, albo padnie. Trzeciej drogi nie ma. To gra o najwyższą stawkę. (Link).

Na pierwszy rzut oka, wydaje się, że zawartym w poniedziałek rozejmem, Zardari rzucił ręcznik na ring, mimo iż - trzymając się sportowego slangu - jego zawodnik ani razu nie leżał na deskach. Zastanawiać więc może łatwość, z jaką armia pakistańska poddaje się w tej walce. Na co więc liczy Pakistan, oddając kolejną prowincję pod panowanie talibów?

Nie od dziś wiadomo, że rozejm bardzo często służyć ma jedynie przegrupowaniu sił przed kolejnym atakiem. Wydaje się być niezwykle prawdopodobne, że Pakistan - nie dając sobie rady w walce na wielu frontach - zdecydował się na odłożenie sprawy talibów ze Swatu na później, ustępując im jednak na pewien czas w kilku kwestiach. Nie byłoby to niczym nowym w wykonaniu Pakistanu (nieco więcej o tym w artykule Wojciecha Jagielskiego lub w Dawn). Z czysto strategicznego punktu widzenia prowincja ta ma znaczenie drugorzędne - tak dla operacji przeciw talibom w Pakistanie, jak i po drugiej stronie granicy, a więc w Afganistanie. Jeśli okazałoby się to prawdą, zarówno wojska ISAF, jak i pakistańska armia miałaby znacznie ułatwione zadanie, bo podstawowe znaczenie w tej wojnie mają prowincje położone bezpośrednio przy granicy - a przede wszystkim te "zrzeszone" w Federalnie Administrowanych Terytoriach Plemiennych (FATA).

Niestety, wydaje się wręcz niemożliwe, aby rebelianci z Doliny Swat byli na tyle naiwni by pozwolić wojskom rządowym po kolei rozprawiać się z innymi pasztuńskimi/talibskimi komendantami - na pewno są świadomi tego, że i na nich kiedyś przyjdzie czas, jeśli zawrą długotrwały rozejm. Najprawdopodobniej więc sami talibowie też grają na zwłokę, a wkrótce, po przegrupowaniu, uzupełnieniu zapasów, ruszą w dalszą walkę.

Być może jednak Zardari i armia liczą na to, że lepiej poukładać się z pakistańskimi talibami, póki jeszcze sytuacja w regionach innych niż FATA i Pólnocno-Zachodnia Prowincja Graniczna znajduje się nadal pod kontrolą Islamabadu, a przy okazji - zrobić wszystko aby idee fundamentalistów nie rozprzestrzeniły się poza kontrolowane dotychczas przez nich prowincje. Oznaczałoby to zapewne faktyczne, pełne i długotrwałe uznanie szariatu za system prawa oficjalnie obowiązujący na pograniczu. I.A. Rehman, pakistański publicysta i działacz społeczny, pisze w Dawn, że w przypadku Pakistanu idea prawa koranicznego w wielu miejscach cieszy się dużym uznaniem głównie dlatego, że nigdy nie została w tym kraju wprowadzona w życie - istnieje więc jako pewien zbiór wyobrażeń, często zupełnie odmiennych od tego, czym jest w rzeczywistości. I tu - pisze Rehman - szansa dla rządu w Islamabadzie: tak surowe prawo szybko wyjdzie bokiem Pakistańczykom, nawet tym żyjącym na pograniczu i to oni sami odrzucą fundamentalizm. Dlatego też, jego zdaniem, warto poszerzyć autonomię regionów przygranicznych.

Abstrahując już od oceny prawdopodobieństwa takiego rozwoju wydarzeń, trzeba stwierdzić, że jest to pomysł nie pozbawiony logicznych podstaw, w pewien sposób pragmatyczny i de facto jedynie sankcjonujący istniejący stan rzeczy. Mimo to, niesie on ze sobą ogromne niebezpieczeństwo: we współczesnym świecie niezwykle trudno całkowicie zamknąć obieg idei, a i sytuacja w Pakistanie sprawia, że wszelkie radykalne idee trafią tam na niezwykle podatny grunt. Jest więc to rozwiązanie niezwykle ryzykowne, a żadne państwo nie może świadomie zdecydować się na ruch, który w niedalekiej przyszłości może je doszczętnie zniszczyć. Kluczem w tej strategii byłoby powstrzymanie wzrostu znaczenia ruchów fundamentalistycznych w innych regionach Pakistanu, co w obliczu pauperyzacji społeczeństwa, nierzadko spowodowanej działaniami lub zaniechaniami rządu, wydaje się być zadaniem niezwykle trudnym, jeśli nie niewykonalnym.

Tak czy inaczej - krótkotrwały rozejm jest na rękę obu stronom, ponieważ daje możliwość zmiany patowej sytuacji, w jakiej się obecnie znajdują. Jak na razie - na punkty - wygrywają rebelianci, ale nietrudno zauważyć, że nie będą oni w stanie szybko zadać ciosu, po którym rząd w Islamabadzie znajdzie się na deskach; ten zaś - choć na pierwszy rzut oka na razie przegrywa - najwyraźniej  chce zebrać siły, by cios ten wyprowadzić za pewien czas. Do tego momentu, chce grać na remis - a to o tyle niebezpieczna taktyka, że jego zdeterminowny przeciwnik może uznać to za słabość i - podbudowany wizją łatwego zwycięstwa - zaatakuje zacieklej niż zazwyczaj.

dev

Zdjęcie: usatoday.net, blog.reuters.com.      


       
niedziela, 01 lutego 2009

Nie należy się jednak łudzić, że wraz ze zniszczeniem państwa stworzonego przez Tygrysy, poparcie dla tej organizacji wśród tamilskiej społeczności spadnie; wręcz przeciwnie – można oczekiwać wzrostu poparcia. Dowodzona przez generała Saratha Fonsekę operacja przeciw rebeliantom nie jest chirurgicznym uderzeniem w stylu do jakiego przyzwyczaili nas Amerykanie, Europejczycy czy – mimo wszystko – Izrael; jest to raczej klasyczna wojna z ogromną ilością ofiar po obu stronach, w której w równym stopniu cierpią dziesiątki, jeśli nie setki, tysięcy niewinnych cywilów, jak i wojska biorące udział bezpośrednio w konflikcie. O dramatycznej sytuacji w północnych regionach wyspy alarmują organizacje pozarządowe - około 250 tysięcy osób może przebywać w rejonach ogarniętych najcięższymi walkami. Niestety, najprawdopodobniej, ani Tamilskie Tygrysy, ani wojsko rządowe nie mają zamiaru pozwolić im opuścić strefę wojny i zrzucają odpowiedzialność za ich los na drugą stronę, oskarżając ją o zbrodnie przeciwko ludzkości.

W tej sytuacji, niechęć Tamilów do mieszkających na południu – i popierających rząd w Kolombo – Syngalezów będzie zapewne jedynie wzrastać. Pokój może zapewnić jedynie włączenie Tamilów do głównego nurtu życia społecznego na wyspie; jak zwykle więc, oprócz kija, trzeba zaoferować także marchewkę. Czy prezydentowi Radżpakse uda się zaoferować ludności tamilskiej alternatywę dla Tygrysów? Obawiam się, że nie ma on pomysłu na zagospodarowanie luki, która powstanie po eliminacji oficjalnych struktur tamilskiego quasi-państwa: niechętnie patrzy na propozycje dania Tamilom choćby namiastki autonomii, a bez tego ciężko liczyć na ich przychylność. Rządy w Kolombo wielokrotnie próbowały pomagać konkurencyjnym wobec LTTE frakcjom politycznym o zdecydowanie bardziej ugodowym charakterze, ale dotychczas próby te kończyły się niepowodzeniem.   

Zarówno ciężki los ludności tamilskiej, jak i brak realnej - i satysfakcjonującej - alternatywy dla władzy LTTE, sprawiają, że niezwykle trudne będzie zburzenie bazy społecznej, na której swoją potęgę opierały Tygrysy. Poparcie dla dążeń separatystycznych jest wśród Tamilów od lat wysokie, a ostatnie wydarzenia mogą jeszcze dodatkowo zradykalizować tą społeczność, a to ona de facto przez lata utrzymywała rządy Tygrysów. Skutkiem zniszczenia tamilskiego quasi-państwa będzie oczywiście znaczne zmniejszenie możliwości finansowych LTTE, jednak można przypuszczać, że nielegalne formy wsparcia finansowego dla separatystów zostaną utrzymane. Warto także pamiętać, że szczególnie duże znaczenie dla finansowania walki z armią lankijską ma liczna i radykalna diaspora tamilska. Szacuje się, że od 1983 roku ze Sri Lanki wyemigrowało około 800 tysięcy Tamilów, w większości do państw Zachodu, a ponadto Tamilowie są jedną z liczniejszych grup etnicznych zamieszkujących południowe stany Indii (Tamil Nadu). Otrzymywane od tych grup fundusze nie dość, że od lat stanowią najprawdopodobniej jedno z głównych źródeł utrzymania LTTE, to - w odróżnieniu od podatków - są jeszcze całkowicie niezależne od posiadania przez Tygrysy zwierzchnictwa nad jakimkolwiek terytorium. Wiedząc jak wielkim problemem, nawet dla państw znacznie lepiej rozwiniętych niż Sri Lanka, jest kontrola nielegalnych transferów międzynarodowych, można zakładać, że pieniądze z zagranicy będą długo jeszcze napływać szerokim strumieniem do separatystów.   

Czarne Tygrysy - samobójcza jednostka LTTEKoniec tamilskiego państwa jest jednocześnie końcem wojny domowej, ale niestety tylko w jej konwencjonalnej odsłonie. Pozbawione bazy logistycznej, Tygrysy będą musiały przejść do zupełnie innej fazy konfliktu: walki całkowicie asymetrycznej, co zapewne tylko nasili cały konflikt – LTTE znane jest bowiem, jako jedna z najlepiej zorganizowanych i najskuteczniejszych organizacji terrorystycznych. Szczególnie ważnym momentem w rozwoju organizacji było powołanie na początku lat 80. oddzielnej, elitarnej jednostki do zadań specjalnych - Czarnych Tygrysów, znanej ze swojego bezgranicznego i bezwarunkowego wręcz poświęcenia sprawie tamilskiej. Oddanie to było/jest na tyle silne, że to Czarne Tygrysy stały się de facto pionierami samobójczych zamachów bombowych: to one miały skonstruować i po raz pierwszy użyć "pas samobójców" przeciw Radżiwowi Gandhiemu, byłemu premierowi Indii w roku 1992. Dotychczas jednostka miała przeprowadzić kilkaset akcji bojowych - nie tylko samobójczych zamachów, ale i na wpół samobójczych misji wojskowych i zabójstw politycznych. Wraz z utratą terytorium liczba ta może jednak drastycznie wzrosnąć - LTTE zapewne będzie przeprowadzać desperackie ataki na oślep, mające na celu wywołanie jak największej paniki wśród ludności wyspy.

Paradoksalnie więc, pozbawione terytorium LTTE może stać się znacznie groźniejsze dla stabilności lankijskiego państwa. Własne quasi-państwo znacznie zmniejszało elastyczność organizacyjną Tygrysów, w pewien sposób nakazywało rozsądek i pewną dozę odpowiedzialności za los ludzi im podległym; było tym, czego Tygrysy pragnęły najbardziej, ale zarazem i tym, co najbardziej wiązało im ręce. O tym, że w antysystemowej działalności sztywna organizacja jedynie przeszkadza, najlepiej świadczy przykład al-Kaidy: będącej de facto konfederacją wielu różnych ruchów terrorystycznych, powiązanych ze sobą w sposób sieciowy, a nie hierarchiczny, co znacznie utrudnia ich rozbicie. Oczywiście, znacznie łatwiej zastosować ten model w przypadku organizacji nastawionych czysto destrukcyjnie, jak wspomniana al-Kaida, niż konstruktywnie, jak - mimo wszystko - Tamilskie Tygrysy, lecz w sytuacji tak dramatycznej, jak ta w której znalazło się to drugie ugrupowanie, wydaje się nie mieć to większego znaczenia.

Dotychczas, LTTE wykazywało się zadziwiająco dużą - jak na opisane powyżej warunki - dozą elastyczności, jednak ta zmiana wymaga całkowitego przeorientowania organizacji. W obecnym kształcie Tygrysy nie są już w stanie walczyć z wojskami rządowymi w konwencjonalny sposób, a asymetryczny konflikt - który je czeka w najbliższej przyszłości - wymaga gruntownej przebudowy organizacyjnej LTTE. Jeśli Prabhakaranowi uda się w krótkim czasie zreorganizować własną organizację z modelu hierarchicznego na sieciowe, Sri Lankę czeka jeszcze wiele lat krwawego konfliktu; jeśli nie - Tamilskie Tygrysy czeka wymarcie. 

Artur


czwartek, 29 stycznia 2009
Na naszych oczach na Sri Lance kończy się jedna z najdłuższych i najbardziej krwawych wojen domowych współczesnego świata. Niewykluczone jednak, że dla wyspy jest to dopiero początek prawdziwego horroru.

Lankijskim żołnierzom udało się odbić z rąk Tamilskich Tygrysów (LTTE) ostatnie podległe ich władzy większe miasto - położone na wschodnim brzegu wyspy, zamieszkane do niedawna przez niemal 40 tysięcy osób, a dziś w dużej mierze opustoszałe, Mullaitivu. Jest to efekt noworocznej ofensywy wojsk rządowych na terytoriach północnej i północno-wschodniej Sri Lanki, której celem było ostateczne zduszenie tamilskiej rebelii. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że cel ten został osiągnięty i ostatnie przyczółki Tygrysów systematycznie zostają niszczone przez armię rządową. Lankijski prezydent Mahinda Radżpakse oraz jego generałowie, twierdzą, że rok 2009 będzie ostatnim, w którym słyszeć będziemy o Tamilskich Tygrysach. Czy to koniec wojny domowej na Sri Lance? A może to dopiero początek jeszcze bardziej krwawego konfliktu?

Tamilskie Tygrysy to jedna z najciekawszych organizacji paramilitarnych współczesnego świata, która  - ze względu na niezwykle szeroki wachlarz prowadzonych działań - wymyka się każdej spośród kategorii, do której można by ją, na pierwszy rzut oka, zaliczyć. Celem powołanej w roku 1976 przez Velupillaia Prabhakarana grupy, miało być utworzenie, niezależnego od rządu w Kolombo, państwa Tamilów (Tamilski Ilam) na północnych terytoriach Sri Lanki. Od roku 1983 na wyspie nieprzerwanie trwa wojna domowa, od czasu do czasu wzmagając się (jak w latach 2008–09), by później znów zelżeć. W międzyczasie LTTE parało się także przemytem narkotyków, piractwem oraz produkcją i nielegalną sprzedażą broni.

Kluczowe znaczenie dla siły tej organizacji miały trzy – nierozerwalnie ze sobą powiązane – elementy: posiadanie terytorium, nad którym LTTE sprawowało władzę, siła militarna oraz poparcie Tamilów (na Sri Lance i poza nią) dla jej działań. Te trzy czynniki sprawiały, że kolejnym rządom w Kolombo długo nie udawało się pokonać zbuntowanych Tamilów.

Zielonym kolorem zaznaczono terytoria, które miałyby wejść - zdaniem LTTE - w skład Tamilskiego Ilamu (źródło: Wikipedia)Tym, co było najbardziej charakterystyczne dla LTTE, był fakt posiadania własnego, stosunkowo rozległego terytorium, na którym faktycznie sprawowało właściwie niepodzielną władzę quasi-państwową. Cecha ta odróżniała Tygrysy od setek innych, podobnych im, organizacji na całym świecie. Jednak, jak mówi stare porzekadło, wszystko co dobre, kiedyś się kończy; tak też stało się z dobrymi czasami dla tamilskich separatystów. Skuteczna, ale zarazem brutalna ofensywa armii lankijskiej kończy - na razie przynajmniej - żywot niezależnego, choć przez nikogo nie uznawanego, tamilskiego państwa. Zepchnięte pod koniec ubiegłego roku na północny kraniec wyspy, LTTE od początku stycznia 2009 sukcesywnie traciło kolejne przyczółki o strategicznym znaczeniu: najpierw Kilinoczczi, nieoficjalną stolicę administracyjną państwa Tamilów, a później, utracone w roku 2000, Przejście Słoniowe, łączące główną część wyspy z półwyspem Dżaffna. Gdy wczoraj Tygrysy utraciły Mullaitivu, stało się jasne, że to definitywny koniec tamilskiego państwa w państwie.

Utrata terytorium wydaje się więc być najbardziej dotkliwą dla LTTE konsekwencją działań wojsk rządowych: pozwalało ono Tygrysom toczyć przez wiele lat walkę niemal jak równy z równym ze słabo wyszkoloną i nie najlepiej wyposażoną armią lankijską, wykorzystują przy tym nie tylko siły lądowe, ale i własne lotnictwo i marynarkę (a nawet - prymitywne zapewne - okręty podwodne). W ciągu ponad 25 lat zbrojnej walki, LTTE poniosło wiele porażek, ale zawsze potrafiło podnieść się z kolan – właśnie dzięki posiadaniu własnego terytorium, które zapewniało organizacji nie tylko niemały dochód i nowych rekrutów, ale było niezwykle efektywną bazą logistyczną. Po utracie własnego terytorium, niezwykle trudno będzie LTTE odbudować swoją siłę militarną i najprawdopodobniej długo jeszcze – jeśli w ogóle – nie będą w stanie zagrozić wojskom rządowym.

Przeczytaj CZĘŚĆ II >>>

Artur

Zdjęcia: Daylife.com, Wikipedia.


PolitykaGlobalna.pl

 

czwartek, 15 stycznia 2009
<<< Przeczytaj CZĘŚĆ I
Wojsko, mimo iż mające wiele cech wspólnych z pakistańskim wywiadem wojskowym, jest bez wątpienia nieco bardziej wiarygodnym kooperantem w pacyfikacji (nie da się tego inaczej nazwać) niespokojnego pogranicza. To na nim spoczywa niemal cały ciężar wykonania operacji w regionie.
 
Pakistański żołnierz (Guardian.co.uk)Pakistańskie dowództwo zdecydowało się na, barbarzyńską z naszej - europejskiej - perspektywy, taktykę burzenia każdej wioski, która wspiera Talibów i rebeliantów, oraz każdego budynku, w którym mogliby się oni ukryć. Osobiście uważam takie działanie za niepotrzebne okrucieństwo - Rosjanie stosowali dokładnie taką samą taktykę w czasie swojej inwazji na Afganistan, ale nic dzięki temu nie zyskali; obawiam się, że tak samo będzie w przypadku trwającej już od kilkunastu dni operacji Pakistanu. Nie tylko rebelianccy Pasztunowie nie ulegną, a Talibów nie uda się rozbić, ale wręcz powiększy się baza społeczna obu grup zbrojnych. Efektem tego może być wzbierająca fala zbrojnych wystąpień i opór coraz większej ilości plemion, a co za tym idzie - jeszcze większa destabilizacja Pakistanu.
 
O ile na razie najbardziej krwawe akty tego konfliktu rozgrywają się na terytorium autonomicznej prowincji FATA (Federalnie Administrowane Terytoria Plemienne), leżącej najbliżej granicy z Afganistanem, w sąsiednich dystryktach nie jest dużo lepiej. Z całej Północno-Zachodniej Prowincji Granicznej codziennie dochodzą informacje o kolejnych atakach na przedstawicieli władzy, posterunki wojskowe i policyjne, a także banki. W prowincji Swat, do niedawna uznawanej za jedno z najatrakcyjniejszych turystycznie miejsc w kraju, władza centralna co prawda nadal istnieje, ale bojąc się rebeliantów, właściwie nie działa. Z ponad 1,600 policjantów pracujących w regionie, połowa już zdezerterowała, przez co ludność tych terenów została wydana nie tylko w ręce rebeliantów, ale i zwykłych bandytów.
 
Jest to konflikt znacznie mniej widowiskowy niż walki w Strefie Gazy, a zarazem znacznie bardziej wyrównany. Pasztunowie, jak chyba nikt inny na świecie, opanowali zasady walki w konflikcie asymetrycznym: Wojciech Jagielski w swojej "Modlitwie o deszcz", opisując walczących w Afganistanie mudżahedinów (wywodzących się, co warto podkreślić, w większości z Pakistańcy wierni (Guardian.co,uk/W. Page)plemion pasztuńskich), porównywał ich - za Rosjanami - do duchów pustyni, którzy "nie wiadomo skąd i kiedy pojawiali się (...). Strzelali, rzucali granaty i rozpływali się wśród skał koloru khaki". Nie sposób wygrać konwencjonalna bronią z tak walczącym przeciwnikiem, o czym przekonali się zarówno Brytyjczycy, Rosjanie, jak i obecnie działające na terytorium Afganistanu międzynarodowe siły ISAF. Sama siła w tej walce nie wystarczy, a nawet zapewne przyniesie efekty zgoła inne od zamierzonych. Wydaje się, że tym, co mogłoby pomóc jest swoiście pojmowana dyplomacja plemienna, która w wielkim skrócie sprowadza się do zasady divide et impera. Pakistanowi, dzięki świetnemu wyczuciu spraw plemienno-klanowych i niewątpliwemu talentowi oficerów ISI, udawało się przez wiele lat tworzyć i rozbijać sojusze między afgańskimi komendantami w taki sposób, by najsilniejszy z nich zawsze stał po stronie rządu w Islamabadzie, a jednocześnie nie czuł się na tyle bezpiecznie, żeby starać się usamodzielnić.
 
Niestety, z powodów opisanych wcześniej, na magików z ISI liczyć już nie można. Bez nich źle, a nimi jeszcze gorzej - prezydent Zardari musi mieć naprawdę twardy orzech do zgryzienia, bo musi zdawać sobie sprawę z niekorzystnej sytuacji, w której się znalazł: z ogromną częścią pasztuńskich plemion nie ma sensu pertraktować, ISI, które mogłoby mu pomóc, może jednocześnie mu zaszkodzić, a dodatkowo od zamachów w Bombaju stale wzmaga się presja ze strony środowiska międzynarodowego.
 
 Zardari znajduje się już pod ścianą. Na szczęście. W odróżnieniu od Muszarrafa, który będąc w znacznie lepszej sytuacji, przez długi czas mógł mydlić oczy społeczności międzynarodowej anemiczną w jego wykonaniu "walką" z ekstremizmem, nowy prezydent nie ma wyjścia: musi podjąć wyzwanie, podnieść rzuconą mu rękawicę i faktycznie zacząć działać. Pakistan albo wyjdzie z tej opresji cało, a Zardari - wzmocniony, albo padnie. Trzeciej drogi nie ma. To gra o najwyższą stawkę.
 
Artur
Zdjęcia: Guardian.co.uk (W. Page).
 
wtorek, 13 stycznia 2009
Wojownicze plemiona pasztuńskie (www.javno.com)
Afgańsko-pakistańskie pogranicze jest jednym z najbardziej zapalnych punktów na mapie świata, jednak dotychczas nikomu nie udało się znaleźć recepty na okiełznanie panującego tam chaosu; a on zagraża nie tylko stabilności regionu, ale i bezpieczeństwu całego świata. 
 
Biorąc pod uwagę sytuację w Afganistanie, obecnie to na Pakistan spada ciężar odpowiedzialności za uporządkowanie spraw tego regionu. Przyparty do muru bombajskimi zamachami, pierwszy od lat cywilny prezydent tego kraju, Asif Ali Zardari, rozpoczął kampanię, która ma zaprowadzić porządek na tych terytoriach. Na razie sytuacja na pograniczu jest dla niego niezbyt pomyślna - od kilku dni trwają tam wzmożone walki, a dziś znów zaatakowano jeden z konwojów przewożących sprzęt dla sił ISAF walczących w Afganistanie.
 
KLIKNIJ ABY POWIĘKSZYĆ: Terytoria zamieszkane przez plemiona Pasztunów (talkingproud.us)Pogranicze to ma swoją barwną historię i wynikający z niej koloryt, którego nie sposób pominąć opisując obecną sytuację tego regionu Azji. Jego mieszkańcami są Pasztunowie, podzieleni na wiele wojownicyzch, nomadycznych plemion, posługujący się swoiście rozumianym kodeksem honorowym (Pasztunwali) i własnymi prawami, zamieszkujący tereny położone po obu stronach niespokojnej granicy. Pasztustan, jak często nazywane są te terytoria, jest miejscem, gdzie zwierzchnia władza jakiegokolwiek państwa jest równie iluzoryczna, jak dzieląca go na pół afgańsko-pakistańska granica. Wytyczona przez Brytyjczyków w roku 1893, ciągnie się ona przez ponad 2600 km wzdłuż tzw. linii Duranda, dzieląc terytoria zamieszkane przez plemiona Pasztunów między Afganistan i Pakistan. Choć o obecnym obliczu tych rejonów decydowali lata temu Brytyjczycy, warto pamiętać, że Pasztunowie nigdy nie uznali ich zwierzchności i choć częściowo znajdowali się pod ich panowaniem, nigdy nie złożyli broni, stale atakując posterunki armii królewskiej. To właśnie wojownicze plemiona pasztuńskie oraz - co nie bez znaczenia - nierzadko wręcz ekstremalne warunki geograficzne i klimatyczne zatrzymały pochód brytyjskiego imperium w drugiej połowie XIX wieku, zaś niecałe sto lat później - Sowietów; jest to fakt, który do dziś napawa mieszkańców tych ziem wielką dumą.
 
Obecnie, ta ziemia niczyja, nad którą kontroli nie sprawuje ani rząd w Islamabadzie, ani tym bardziej ten w Kabulu, jest wylęgarnią terrorystów, bezpieczną przystanią dla wszelkiej maści ekstremistów, a co za tym idzie - kluczowym miejscem decydującym o stabilności nie tylko Azji Centralnej i Południowej, ale i całego świata. Czy prezydent państwa, takiego jak Pakistan - na wpół upadłego, w wielu aspektach całkowicie dysfunkcjonalnego, nie kontrolującego własnych służb specjalnych - może myśleć o zwycięstwie nad Pasztunami, ludźmi, których nie byli w stanie nagiąć do własnej woli dwa potężne imperia?
 
Przed Zardarim i podległymi mu służbami oraz wojskiem piętrzą się problemy, których rozwiązanie nie będzie proste. W każdym innym państwie na świecie, sprawą terrorystów i rebeliantów zająć miałoby się wojsko i powiązane z nim służby specjalne; w każdym, ale nie w Pakistanie. Osławiony pakistański wywiad wojskowy ISI jest nie tylko skorumpowany, ale i na tyle mocno powiązany z pasztuńskimi plemionami i Talibami, że nie jest wiarygodnym partnerem w walce z nimi. Organizując na pograniczu afgańsko-pakistańskim, pod koniec lat 70. i w latach 80. obozy dla afgańskich (a właściwie w większości pasztuńskich) mudżahedinów oraz uchodźców z tego ogarniętego wyniszczającą wojną kraju, ISI de facto wychowało kolejne pokolenia watażków rządzących w Kabulu po wycofaniu się Armii Czerwonej. Z pakistańskim wywiadem wojskowym ściśle powiązny był Galbuddin Hekmatiar, który w planach Pakistanu miał stać się marionetkowym władcą wyniszczonego wojną z Armią Czerwoną Afganistanu, lecz który nie podołał zadaniu. Szybko został więc "wymieniony" na dowodzonych przez mułłę Omara Talibów, którzy rządzili w Afganistanie w latach 1996-2001 . Jednak nawet wywodzący się głównie z pasztuńskich plemion Talibowie nie zdołali okiełznać w pełni chaosu pogranicza. 
 
Pasztunowie (Yale.edu)Ponadto, ISI przez długi czas pomagało Abdulowi Chanowi, ojcu pakistańskiej bomby atomowej, w prowadzeniu jego "nuklearnego Wal-martu" (podejrzewa się, że to dzięki pośrednictwu ISI Chan  chciał sprzedać materiały rozczepialne Talibom), było zamieszane w niezliczoną ilość zamachów w Indiach (włącznie z tymi z Bombaju z ubiegłego roku) i w wielu innych miejscach na całym świecie, oraz od lat stale jątrzy sytuację w spornym Kaszmirze.
 
Prezydent Pakistanu, słusznie nie ufając skorumpowanym wywiadowi wojskowemu (ISI), postanowił przekwalifikować inną służbę specjalną do zadań antyterrorystycznych i antyekstremistycznych. Tą działką ma się zająć, powołany jeszcze przez  jego poprzednika - generała Perweza Muszarrafa - do wykrywania i przeciwdziałania kolejnym zamachom na jego głowę, SIG (Special Investiagation Group). Zreorganizowana przy pomocy brytyjskich służb specjalnych, wzorowana na centrum przeciwdziałania terroryzmowi w MI5, a nawet w dużej mierze współfinansowana z brytyjskich pieniędzy, nowa-stara służba ma odegrać kluczową rolę w walce w ukrywającymi się na pograniczu Talibami i popierającymi ich, zrewoltowanymi pasztuńskimi plemionami. Dysponująca nowoczesną technologią, dobrze wyposażona i wyszkolona, w wojnie z pakistańskimi Talibami ma skupić się na nowoczesnych metodach pozyskiwania informacji, m.in. poprzez analizę materiału genetycznego czy zdjęć satelitarnych.
 
Niestety, wydaje się, że SIG nie posiada tak szerokiej bazy informatorów, jak ISI, co może okazać się piętą achillesową całego projektu. Dodatkowo, można przypuszczać, że Zardari, reformując SIG, myśli bardzo perspektywicznie - zapewne ma się ono dla niego i jego ewentualnych następców podstawową służbą specjalną, przy pomocy której dzierżyć będą ster władzy w Islamabadzie. Nie wiadomo jednak, czy niejako odsunięte od operacji (choć faktycznie niechętnie współpracująca z Zardarim) służby ISI nie będą starały się potwierdzić swojej pozycji jednego z głównych - jeśli nie głównego - ośrodka decyzyjnego w kraju, choćby poprzez torpedowanie wysiłków SIG, a co za tym idzie i całej operacji przeciw Talibom. 

Przejdź do CZĘŚCI II >>>

Artur

Zdjęcia: javno.com, talkingproud.us, yale.edu.


 
1 , 2
Zakładki:
Blogi o światowej polityce (PL)
Instytuty, think-tanki i inne
Blogi o światowej polityce (inne języki)
Inne ciekawe blogi
Media
Blox.pl
Przedruki
Zasubskrybuj blog




Polityka, gospodarka i bezpieczeństwo w ujęciu globalnym



Nakarm glodne dziecko - wejdz na strone www.Pajacyk.pl Help end world hunger

Blogi Polityczne