Świat

piątek, 08 maja 2009

Trzecim pretendentem do ewentualnej schedy po USA są Indie - największa demokracja świata, przeżywająca od kilku lat rozkwit ekonomiczny i mająca chęć na zbudowanie na tym fundamencie globalnej pozycji politycznej. Rola regionalnego mocarstwa od pewnego czasu przestaje wystarczać indyjskim decydentom, mającym świadomość tego, że ich państwo znajduje się nie dalej niż w połowie drogi, którą przez 30 ostatnich lat przeszły Chiny, a odgrywa już stosunkowo znaczącą rolę w zglobalizowanym świecie. To zacofanie Indii jest, zapewne nieco paradoksalnie, ich najmocniejszą stroną. Oznacza bowiem, że kraj ten ma jeszcze spory potencjał do wykorzystania, a w niedalekiej przyszłości czeka go wiele dużych inwestycji infrastrukturalnych. Ponadto długo jeszcze będzie mógł utrzymywać konkurencyjne wobec innych państw koszty pracy, co jest nie bez znaczenia w warunkach wzmożonej konkurencji między państwami. Jednocześnie, Indie są krajem mniej stabilnym niż autorytarne Chiny czy Rosja, bardziej podatnym na ruchy odśrodkowe wewnątrz państwa. Nieuregulowana kwestia ponad stumilionowej mniejszości muzułmańskiej, przy jednoczesnym wzroście popularności partii głoszących hindutvę, a więc hinduski szowinizm, oraz słabość władz centralnych i lokalnych w interiorze i ogromną bieda - to tylko część z czynników, które osłabiają to wielkie państwo. Indie wyraźnie odstają od Chin i Rosji na tle militarnym - nie mając okrętów podwodnych zdolnych do przenoszenia głowic atomowych, nie posiadają jeszcze tzw. triady strategicznej, będącej podstawą skutecznego systemu odstraszania nuklearnego.

Nie bez przyczyny te trzy państwa opisuję razem. Wystarczy spojrzeć na mapę, by zrozumieć, że XXI wiek będzie dla Azji przełomowy, choć niekoniecznie tylko dlatego, że rzuca ona rękawicę Zachodowi. Wydaje się, że znacznie ważniejszym zagadnieniem będzie walka między trzema opisanymi powyżej państwami o układ sił na kontynencie. Na razie stosunki między nimi można oceniać jako umiarkowanie dobre, choć oparte na surowym realizmie i niepozbawione dużej dozy nieufności. Podstawowym problemem relacji między tą azjatycką trójką jest brak formalnego, w miarę uniwersalnego forum, na którym w partnerski sposób państwa te mogłyby omawiać szczegóły swej współpracy. Powołana osiem lat temu Szanghajska Organizacja Współpracy, będąca najważniejszym obecnie kanałem konsultacji w kontynentalnej Azji, pozostaje chińsko-rosyjskim instrumentem służącym powstrzymaniu wpływów Indii (są one jedynie obserwatorem przy tej organizacji). Wydaje się więc, że jakąkolwiek próbę przełamania przez Indie status quo, pozostałe państwa potraktują ostro. Trzeba też pamiętać, że Azja to nie tylko te trzy kolosy, ale i szereg innych państw, które mogą stanowić o przyszłości kontynentu: nadal silna gospodarczo Japonia starająca się uzyskać większe znaczenie polityczne, często niedoceniana Korea Południowa, Tajwan czy ambitny  i pozostający nieco na uboczu Iran. Na tym nie koniec - status prawnomiędzynarodowy Tajwanu, rozpadający się Pakistan, wojna w Afganistanie i ekspansja radykalnego islamu w kierunku północy i wschodu zapewne na długie lata zaprzątną głowy przywódców najważniejszych państw w tym regionie; to - wraz ze wspomnianą wyżej rywalizacją i problemami wewnętrznymi - sprawi, że przywódcy wschodzących mocarstw azjatyckich będą mieć znacznie ograniczone pole manewru na arenie globalnej.

Spośród państw BRIC najbardziej niedoceniana bywa Brazylia. Niesłusznie. Państwo to posiada wiele atutów, które mogą przesądzić o jego przyszłej roli w polityce międzynarodowej i, co ciekawe, we w miarę harmonijny sposób łączy cechy Rosji, Indii i Chin. Podobnie jak ta pierwsza, posiada bogate złoża surowców naturalnych, m.in. ropy naftowej, gazu ziemnego, węgla kamiennego oraz uranu, z których korzysta sama lub je eksportuje. Mimo to, od kryzysu naftowego z roku 1973, stara się w jak największym stopniu zapewnić sobie samowystarczalność w zakresie energetyki, zastępując paliwa oparte na ropie tymi bazującymi na alkoholu (produkowanego z trzciny cukrowej) i inwestując w hydroelektrownie. Tak jak Indie, Brazylia jest państwem demokratycznym, co, dzięki elastyczności w sprawach społeczno-politycznych - przynajmniej w teorii - zapewnia jej większą stabilność w dłuższej perspektywie czasowej. Pewien stopień podobieństwa do Chin wyraża się w dobrze rozwiniętym, nowoczesnym przemyśle, nastawionym w dużej mierze na eksport produktów lub półproduktów do bogatszych państw.

Czy to wystarczy, aby dołączyć do elitarnego klubu skupiającego największe potęgi świata? Być może nie starczyłoby, gdyby nie fakt stosunkowo dogodnego położenia geopolitycznego, które poskąpiło Brazylii wielu konkurentów do regionalnego przywództwa. Najbliższym państwem o podobnym potencjale są tak naprawdę Stany Zjednoczone, bowiem sytuacja w Meksyku - nie tylko ze względu na ogniska świńskiej grypy, ale przede wszystkim z powodu niestabilności wywołanej walką z gangami narkotykowymi - na dzień dzisiejszy wyklucza go z tej rywalizacji. Wzrost znaczenia Brazylii ma zresztą podwójny wymiar: nie tylko geopolityczny, ale i symboliczny - jako kolejny krok w emancypacji Ameryki Południowej. W tym ujęciu byłoby to drastyczne - i zapewne ostateczne - załamanie się pozycji i roli USA w regionie, który Stany tradycyjnie uważały za sferę własnych, wyłącznych wpływów. Ciężko dziś wyrokować, czy Waszyngton jest w stanie obronić swoje interesy oraz status hegemona w zachodniej hemisferze, na pewno jednak - mimo kurtuazyjnych gestów Obamy wobec Luli - nie przyjdzie mu łatwo pogodzić się z tą stratą. 

Mimo wszystkich tych przesłanek, analiza perspektyw rozwoju pozycji międzynarodowej państw grupy BRIC wydaje się być trochę jak dzielenie skóry na żywym jeszcze niedźwiedziu. Stany Zjednoczone, choć bez wątpienia osłabione, nadal mają się bowiem całkiem dobrze: pozostają jedynym supermocarstwem, zdolnym do skutecznych działań w skali globalnej, o ogromnym potencjale politycznym, militarnym, społecznym i ekonomicznym. Razem z Unią Europejską - największym organizmem gospodarczym świata, USA kilkunastokrotnie przewyższają pretendentów do globalnego przywództwa w każdej z tych dziedzin. Zachód ma oczywiście swoje problemy, ale twierdzenie, że państwa BRIC ich nie mają jest tworzeniem iluzji. Mają ich bowiem pod dostatkiem i wcale nie jest jasne, czy są w stanie znaleźć na nie skuteczne recepty.

Artur

Zdjęcia: moneycontrol.com, portlandtribune.com.


KLIKNIJ!

wtorek, 05 maja 2009
Obecny kryzys gospodarczy może ugruntować kierunek, w którym poszedł świat dwadzieścia lat temu. Może też go radykalnie zmienić.

Przełom roku 1989 i 1990 stał się kamieniem węgielnym nowego porządku globalnego: wraz z rozpadem bloku wschodniego i powolną śmiercią ZSRR, na arenie międzynarodowej pozostało jedno supermocarstwo - USA. Nowy ład międzynarodowy Charles Krauthammer ochrzcił na łamach Foreign Affaires mianem systemu jednobiegunowego (unicentrycznego). Miał on opierać się na hegemonicznej pozycji Stanów Zjednoczonych, dysponujących ilościową i jakościową przewagą w każdej niemal kwestii nad państwami, które mogłyby aspirować do miana graczy globalnych. Przez pierwsze dziesięciolecie wydawało się, że USA kroczą pewnym krokiem do światowej dominacji.

Dziś jednak, teza Krauthammera uznawana jest - nie bez przyczyny - za nazbyt optymistyczną dla USA. Uważa się, że świat jednobiegunowy był jedynie stanem przejściowym, pomostem łączącym system dwublokowy drugiej połowy XX wieku z nowym porządkiem światowym, który wyrasta i umacnia się na naszych oczach. Jego cechą charakterystyczną ma być multipolarność, a więc wielość równorzędnych ośrodków kształtujących politykę międzynarodową. Pogląd ten, moim zdaniem, też jest jednak zbyt optymistyczny dla państw-pretendentów. Mimo iż kryzys jest dla nich ogromną  szansą na to, aby zdetronizować osłabione USA, ich strukturalne problemy stawiają taką możliwość pod znakiem zapytania.

Najczęściej wśród państw, które mogłyby włączyć się do rywalizacji o globalne przywództwo, wymienia się Brazylię, Rosję, Indie oraz Chiny (tzw. kraje BRIC), ewentualnie dodając jeszcze do nich Meksyk i Koreę Południową. Już pobieżny rzut oka na te państwa musi dać nam obraz tego, jak bardzo zróżnicowany - ekonomicznie, społecznie i politycznie - jest to klub. Mamy w nim dwa mocarstwa o ugruntowanej pozycji politycznej, a więc Rosję i Chiny, oraz dwóch całkowicie nowych graczy - Brazylię i Indie; patrząc na nie pod kątem gospodarczym, widać, że Chiny i Indie specjalizują się produkcji i eksporcie dóbr i usług, podczas gdy Brazylia i Rosja opierają swój rozwój na wydobyciu i sprzedaży bogactw naturalnych. Ciągnąc dalej - Indie i Brazylia są państwami w miarę demokratycznymi, podczas gdy Rosja i Chiny to autorytarne reżimy rodem z XX wieku. Tym, co zbliża te państwa nie jest więc jakaś spójna wizja rozwoju, ale chęć podwyższenia swojego statusu międzynarodowego oraz morze problemów przed jakimi stoją lub stać będą za kilka lat.

Spośród państw BRIC, najważniejszym na pewno są - i będą w przyszłości - Chiny, pełniące obecnie rolę fabryki zglobalizowanego świata. Wbrew temu, co sądzą niektórzy, przed ChRL piętrzą się jednak coraz bardziej palące problemy, które mogą uniemożliwić Pekinowi udany finisz w biegu po czołową pozycję na globalnej szachownicy. Choć wydaje się, że kryzys gospodarczy obszedł się z Chinami wyjątkowo łagodnie, chińscy przywódcy nie mogą spać spokojnie. Wzrost gospodarczy w przyszłości będzie nadal na wysokim poziomie, choć raczej nie uda się powrócić do dwucyfrowych wskaźników sprzed kilku lat. Większym problemem jest jednak sytuacja społeczna wewnątrz Chin. Zachowanie względnie wysokiego tempa rozwoju ekonomicznego Chińczycy okupili zwiększeniem bezrobocia, które szczególnie mocno dotknęło najniższe warstwy społeczne. W dłuższej perspektywie Państwo Środka czekają zmiany społeczne równie gwałtowne, co wzrost gospodarczy w ubiegłych dekadach. Młodzi, niewykwalifikowani robotnicy, którzy nie będą mogli zrealizować własnych aspiracji, tak na polu zawodowym, jaki osobistym, staną się czynnikiem rozsadzającym reżim od wewnątrz: w Chinach istnieje ogromny, bo kilkudziesięciomilionowy, stale pogłębiający się "deficyt" kobiet w wieku 15-64 lat, który sprawia, że mężczyźni ci, pracując za marne pieniądze i nie mając perspektyw awansu społecznego, już teraz mają ogromny problem z założeniem rodzin. To ich szczególnie dotknęły zwolnienia związane z ograniczaniem produkcji w czasach kryzysu i to oni, a wraz nimi niezadowoleni ze swojego położenia mieszkańcy biednego, zacofanego zachodu kraju, a nie - jak niektórzy sądzą - korzystająca z dobrodziejstw globalizacji klasa średnia, mogą stać się przyczynkiem drastycznych (choć zapewne niedemokratycznych) zmian w Państwie Środka.

Chiny czeka również wiele innych, nierzadko trudnych problemów do rozwiązania: reformy wymaga system emerytalny, nie radzący sobie z szybko starzejącym się społeczeństwem, a gospodarka nadal jest za bardzo uzależniona od eksportu. Odmiennym zagadnieniem jest stan chińskich sił zbrojnych; choć w ich modernizację pompowane są co roku ogromne kwoty (oficjalnie ok. 70 mld $, nieoficjalnie - zapewne dwa razy więcej), ich jakość nadal jest dyskusyjna. Szczególne braki odczuwa marynarka, ciągle niezdolna do działań w skali globalnej. Warto także zwrócić uwagę na to, że Chinom nie opłaca się podważać na razie status quo, bowiem pozycja "drugiego w hierarchii" bardzo im odpowiada - nie traktują więc jeszcze siebie jako bezpośredniego konkurenta dla USA.

Również droga Rosji do światowej ekstraklasy nie jest usłana różami. Federacja Rosyjska boryka się z wieloma problemami, a podstawy jej rozwoju są na pewno mniej stabilne niż te, na których budują swoją pozycję Chiny. Obecnie, największym kapitałem Rosji na arenie międzynarodowej jest jej potężny arsenał atomowy, zaś gospodarczo i demograficznie jest to państwo nie posiadające zasobów pozwalających na realizację supermocarstwowych ambicji. O ile Chiny mają jeszcze ogromny "zapas mocy" w zanadrzu, Rosja przez ostatnich kilka lat jechała już najprawdopodobniej na najwyższych obrotach - głównie dzięki wysokim cenom surowców energetycznych. Jej przyszłość zależeć będzie od tego, czy uda się jej wystarczająco szybko przestawić swoją gospodarkę na modernizacyjne tory. Tak czy inaczej, Rosja na pewno pozostanie mocarstwem regionalnym aspirującym do roli globalnego lidera, choć najprawdopodobniej jej status będzie oparty jedynie na sile jej potencjału nuklearnego.

Artur

Zdjęcia: DefesaBR.com, beppegrillo.it. 


KLIKNIJ!

 

wtorek, 24 marca 2009
Wszystko wskazuje na to, że rok 2009 upłynie pod znakiem atomu. Choć na pewno nie umilkną dyskusje wokół zalet i wad zastosowania energii nuklearnej w celach cywilnych, tym co wzbudza najwięcej kontrowersji jest oczywiście militarne wykorzystanie atomu. W tej sferze rok 2009 z kilku powodów może być przełomowy.

Za nieco ponad pół roku wygaśnie porozumienie o redukcji broni strategicznej START I z roku 1991, najważniejsza umowa rozbrojeniowa między Stanami Zjednoczonymi, a Rosją. W myśl tego układu, do roku 2001 oba państwa ograniczyły swoje arsenały atomowe, zmniejszając liczbę operacyjnych (a więc gotowych do użycia) głowic atomowych do poziomu poniżej 6000 sztuk, a środków ich przenoszenia - do 1600 po każdej ze stron układu. Mimo podejmowanych kilkukrotnie prób dalszego poszerzenia tych postanowień (np. w START II, który nie został ratyfikowany przez rosyjską Dumę, czy SORT, będący jednak tylko deklaracją polityczną) START I pozostaje podstawą postzimnowojennej równowagi strategicznej między dwoma największymi potęgami atomowymi na świecie. Nie oznacza to jednak, że układ ten nie posiada wad; największą z nich jest bez wątpienia brak uregulowania kwestii wielogłowicowych pocisków balistycznych, które dają ogromną przewagę każdemu państwu które mogłoby je użyć: zasada ich działania właściwie wyklucza możliwość zastosowania jakiejkolwiek obrony antybalistycznej.

Traktat START bez wątpienia wymaga przedłużenia okresu obowiązywania, a najlepiej - zastąpienia go nowszym układem, który uwzględniałby rozwój technologii przenoszenia głowic, jaki miał miejsce w ciągu tych 18 lat od podpisania poprzednika. Jest to jedno z najważniejszych, jeśli nie najważniejsze wyzwanie dla obu atomowych supermocarstw w najbliższym czasie - jednak jak na razie żadna ze stron nie podjęła zdecydowanych kroków, które mogłyby uruchomić proces negocjacji nowego traktatu lub choćby odnowienia starego. Co prawda, obie strony deklarują takie zamiary, ale zarazem wysyłają co najmniej dwuznaczne sygnały. Administracja prezydenta Obamy, mimo wyraźnie mniejszego entuzjazmu dla pomysłu swej poprzedniczki umieszczenia elementów tarczy antyrakietowej w Europie Środkowej, nie zdecydowała się na całkowite zarzucenie tej idei, co Rosja poczytuje jako działanie sobie wrogie i odpowiada planami rozmieszczenia rakiet Iskander w Obwodzie Kaliningradzkim oraz - co brzmi prowokująco w kontekście ewentualnych rozmów - wprowadzenia do służby nowoczesnych wielogłowicowych pocisków dalekiego zasięgu RS-24.

Ta napięta - trochę wbrew oczekiwaniom obu stron - atmosfera niewątpliwie utrudnia rozpoczęcie negocjacji, na szczęście jednak oba państwa widzą swój strategiczny interes w podpisaniu nowego lub w modyfikacji starego porozumienia. Zarówno USA, jak i Rosja są świadome braku racjonalnych przesłanek natury militarnej, które wskazywałyby na potrzebę posiadania tak dużego arsenału atomowego, a dysproporcje w tej sferze między dwoma atomowymi liderami, a resztą państw atomowych są więcej niż ogromne (patrz: tabela). Nie bez znaczenia są także kwestie ekonomiczne - utrzymanie w gotowości nawet niewielkiej części potężnych arsenałów atomowych supermocarstw kosztuje ogromne pieniądze, które nie tylko w czasach kryzysu mogłyby się przydać w innych sferach obronności.

 Arsenały atomowe - ilość głowic (2008)

Państwo/Broń

StrategicznaPozostała

Wszystkie

operacyjne

Razem
USA220050027009450
Rosja280020504850
13000
Reszta świata850200750950
Razem
5850 2750830023400

Czynniki te sprawiają, że ewentualna modyfikacja START I może być znacznie bardziej radykalna niż pozostające bez mocy prawnej porozumienia START II i SORT. Z obliczeń ekspertów Arms Control Association wynika, że Stanom Zjednoczonym do skutecznej obrony i odstraszania w zupełności wystarczyłoby 1000 głowic (raport i powstała na jego podstawie rekomendacja), z czego połowa byłaby utrzymywana w gotowości operacyjnej. Byłaby to redukcja o blisko 2/3! Rosji jednak na pewno trudniej byłoby zdecydować się na aż tak radykalne posunięcie - z racji swojego położenia, Stany właściwie nie potrzebują głowic innych niż te umieszczone w pociskach interkontynentalnych; z tego punktu widzenia położenie Rosji w samym sercu Eurazji jest bez wątpienia mniej korzystne i wymusza na niej większą dywersyfikację środków przenoszenia broni atomowej, co musi pociągnąć za sobą zwiększenie łącznej liczby potrzebnych głowic. Mimo to, pułap 1500 ładunków wydaje się być racjonalny i w pełni akceptowalny dla Rosji.

Niewykluczone, że znacznie poważniejszym wyzwaniem dla społeczności międzynarodowej będzie w nadchodzących latach problem szeroko pojętej proliferacji technologii atomowych i powiększenia się grona państw wykorzystujących atom w celach cywilnych i/lub wojskowych. W tej sferze sytuacja jest o wiele bardziej zagmatwana, a co za tym idzie - niebezpieczna; obecnie obowiązujący reżim antyproliferacyjny oparty na układzie o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej z roku 1968 (NPT) okazuje się być coraz mniej wystarczający: w ciągu ostatnich kilku lat klub państw posiadających dostęp do broni atomowej powiększył się o nowego członka, Koreę Północną (NPT wypowiedziany w 2003), a przed jego drzwiami stoi Iran. Oba państwa są o wiele mniej odpowiedzialnymi graczami na arenie międzynarodowej niż te, które przed nimi osiągnęły status mocarstwa atomowego.

Korea Północna regularnie urządza najbliższemu otoczeniu międzynarodowemu wszelkiej maści prowokacje, których celem jest chyba w większym stopniu poprawienie nastroju partyjnej wierchuszki, niż faktyczna demonstracja siły. Obecnie relacje między reżimem Kim Dzong-Ila, a jego sąsiadami jest więcej niż napięta: Phenian zapowiedział na kwiecień start rakiety, która ma wynieść satelitę komunikacyjnego na orbitę okołoziemską, co inne państwa w regionie - zapewne słusznie zresztą - odczytują jako test pocisku balistycznego Taepdong-2. USA i Japonia zapowiedziały już, że użyją systemu AEGIS do jego zestrzelenia, co - zdaniem KRL-D - będzie casus belli. Nie byłby to pierwszy raz, gdy obie strony grożą sobie agresją, ale odkąd Korea Północna posiada broń atomową wszystkie zatargi wyglądają o wiele groźniej, a i jej retoryka staje się z roku na rok coraz ostrzejsza. Strategiczne implikacje posiadania przez "raj Kimów" broni atomowej nie są jednak aż tak poważne, jak ewentualne dołączenie do atomowego klubu przez Iran. Pod każdym możliwym względem, KRL-D jest obecnie państwem peryferyjnym i  gdyby nie fakt posiadania potencjału nuklearnego i konfrontacyjnego nastawienia wobec sąsiadów, mówiłoby się o nim jedynie w kontekście łamania praw człowieka, wielkiej biedy i równie wielkiego głodu. Sytuacja z Iranem jest zgoła odmienna - strategicznie to jedno z najważniejszych państw Eurazji: sworzeń na światowej szachownicy Brzezińskiego, część mackinderowskiego heartlandu, jeden z największych wydobywców ropy naftowej i gazu ziemnego na świecie, a co za tym wszystkim idzie - kraj o wpływach ponadregionalnych i takich też aspiracjach. Wraz z uruchomieniem - na razie próbnym - cywilnego reaktora w Buszirze, atomowy Iran stał się faktem, z którym społeczność międzynarodowa musi się pogodzić; państwo ajatollahów na razie zapewne skupi się na rozwijaniu technologii cywilnych, ale nie spodziewałbym się odstąpienia od możliwości zbudowania broni atomowej: na razie korzystna dla Iranu jest sytuacja, w której jeśli tylko chciałby, może on - lecz nie musi - stworzyć ładunki nuklearne. Prawdziwym problemem staje się jednak zapobieżenie regionalnym i globalnym negatywnym następstwom irańskiego sukcesu: przede wszystkim uniknięcie dalszej proliferacji w regionie Zatoki Perskiej (co - zważywszy na niechęć Arabów do Persów - może okazać się trudne) oraz pohamowanie państw spoza regionu, które mogłyby chcieć podążyć śladami Iranu. Niewykluczone, że wymagać to będzie stworzenia całkowicie nowych, bardziej skutecznych niż NPT, instrumentów polityki antyproliferacyjnej; trudno sobie jednak wyobrazić stworzenie reżimu prawnego, który w jeszcze większym stopniu ingerowałby w politykę państw-sygnatariuszy niż robi to obecnie obowiązujący układ.

Problemem staje się także stworzenie systemu pewnych dostaw paliwa nuklearnego dla państw prowadzących cywilne programy atomowe; musiałby on być na tyle elastyczny, by nie utrudniać rozwoju tych programów, niedyskryminacyjny dla mniejszych państw, a jednocześnie poddany odpowiedniej kontroli, która wykluczyłaby możliwość sprzedaży materiałów rozczepialnych państwom, które mogłyby go używać w celach wojskowych. Powołanie ponadnarodowego magazynu paliwa pod auspicjami Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej na pewno byłoby krokiem w dobrym kierunku - wymagałoby jednak modyfikacji NPT lub podpisania całkowicie nowego układu.    

Przed społecznością stoi wiele problemów związanych bezpośrednio z energią atomową: od pośrednich, takich jak erozja systemu zapobiegania rozprzestrzenianiu technologii atomowych w myśl układu NPT, po te bezpośrednie, jak militarne zagrożenie ze strony państw posiadających broń atomową, a nie będących stabilnymi i odpowiedzialnymi graczami na arenie międzynarodowej. Stworzone lata temu ramy, dzięki którym świat wydawał się być bezpieczniejszy, dziś wydają się być niewystarczające. Rok 2009 przynosi wiele wyzwań: części z nich na pewno nie da się zneutralizować w najbliższym czasie, ale nawet w ich przypadku należy już teraz podjąć kroki mające na celu rozwiązanie problemów w niedalekiej przyszłości. Wszystko zależy jednak od wielkich tego świata: Stanów Zjednoczonych, Rosji, Chin, Indii i Unii Europejskiej; jeśli państwa te nie zaczną działać w celu poprawy istniejącego systemu międzynarodowego nadzoru nad energią atomową, za kilka lat możemy obudzić się w świecie, w którym każde - nawet najbardziej niestabilne państwo - z łatwością zdobędzie broń atomową.     

Artur


KLIKNIJ! Wejdź na www.politykaglobalna.pl     

Zdjęcia: DW-World.de, khqa.com. Tabela: opracowanie własne na podstawie danych z FAS, Global Security oraz Center for Arms Control and Non-Proliferation.

poniedziałek, 17 listopada 2008
13 listopada irański minister obrony, generał Mustafa Mohammed Nadżdżar, poinformował opinię publiczną o udanym teście nowej rakiety balistycznej średniego zasięgu, typu ziemia-ziemia zdolnej dolecieć do celów w Europie.
 
Nazwa nowego pocisku - Sidżdżil (Sidżil, Sejjil), pochodzić ma ze 105. sury Koranu, Al-Fil ("Słoń"). Mówi ona o ataku wojsk władcy Jemenu (podległego podówczas królowi chrześcijańskiej Abisynii) na Mekkę w celu zburzenia Kaaby. Do wyprawy miało dojść w roku 570 n.e., a więc w tym samym, w którym urodził się Mahomet, i miała się ona zakończyć niespodziewanym niepowodzeniem - zmierzająca ku świętemu miejscu potężna armia, w skład której wchodziły m.in. słonie została rozbita dzięki cudownej interwencji Allaha. Wezwać miał on chmarę ptaków, niosących w swoich dziobach i łapach niewielkie kamienie ("z palonej gliny" zgodnie z tłumaczeniem J. Bielawskiego), którymi raziły one przeciwników. Właśnie te kamienie znane są pod nazwą sidżdżili.
 
Zasięg rakiety Sidżdżil powinien być podobny do tych, jaki mają najnowsze pociski typu Szahab-3. A to dopiero początek...Można domyślać się, że nazwa ta nie została wybrana przypadkowo - ma nie tylko potwierdzać siłę nowej broni w oczach jej konstruktorów i irańskiego społeczeństwa, ale i podkreślać jej defensywne przeznaczenie, a co za tym idzie i pokojowe zamiary Iranu. Jednocześnie, ma stanowić jasne przesłanie dla Zachodu - jeśli zaatakujecie Iran, dosięgnie was zagłada.
 
Sidżdżil ma być całkowicie nową, dwustopniową konstrukcją średniego zasięgu, zdolną uderzyć w cele w leżące w odległości około 2000 km od granic Iranu. Teoretycznie więc, w zasięgu rakiet balistycznych Iranu jest obecnie większość państw Europy Południowo-wschodniej, Ukraina oraz Rosja, a trzeba pamiętać, że irańskim naukowcom udaje się regularnie zwiększać zasięg swoich konstrukcji, niewykluczone więc, że co jakiś czas do powyższej listy trzeba będzie dodawać coraz to nowsze grupy państw. Jednak to nie zasięg (właściwie identyczny, jak w przypadku poprzednika, czyli rakiet Szahab-3), ale zastosowany napęd sprawia, że jest to ciekawa i - niestety - niebezpieczna konstrukcja.
 
W odróżnieniu od poprzednich pocisków balistycznych, napędzanych paliwem ciekłym, w Sidżdżilu zastosowano napęd na paliwo stałe. Podstawową zaletą takiego rozwiązania jest znaczne skrócenie czasu potrzebnego do przygotowania rakiety do odpalenia - z kilku godzin w przypadku rakiet typu Szahab-3 do zaledwie pół godziny w przypadku Sidżdżilu. Nie bez znaczenia jest także względna prostota obsługi, która sprawia, że pociski napędzane paliwem stałym nazywane są bronią typu "push-button", a więc obsługiwaną za pomocą jednego przycisku. Ponadto, transport rakiet tego typu jest znacznie mniej skomplikowany i tańszy niż ich odpowiedników na paliwo płynne, które wymagają dodatkowych samochodów transportowych z paliwem. Cechy te sprawiają, że pociski nowego typu stanowią znacznie większe zagrożenie niż wysłużone Szahab-3, oparte jeszcze na kontrukcji radzieckiego SCUD - w razie ewentualnego konfliktu z Iranem, Sidżdżile mogą w niezwykle krótkim czasie dosięgnąć większości celów na Bliskim Wschodzie i (częściowo) w Europie. Równie ważną cechą nowych pocisków jest ich dwustopniowość, która sprawia, że mamy do czynienia z kontrukcją rozwojową, na bazie której w bliżej nieokreślonej przyszłości mogą powstać irańskie rakiety dalekiego zasięgu (ICBM).
 
Irańska rakieta typu Szahab-3 bazuje na radzieckim projekcie ScudTest Sidżdżila jest więc nie tylko swego rodzaju ciekawostką (taką jak nieudane próby Szahab-3), ale także niemal namacalnym dowodem na to, że Iran - wbrew temu co twierdzą władze w Teheranie - intensywnie pracuje na budową broni atomowej. Co prawda, na razie niewiele wiadomo na temat głowic, w jakie mogą zostać wyposażone nowe rakiety, ale pociski podobnej klasy skontruowane w Pakistanie i Korei Północnej mogą przenosić ładunki o masie do 1 tony. Oczywistym jest fakt, że nowy pocisk będzie mógł zostać wyposażony w głowice atomowe, gdy/jeśli tylko Iran je zdobędzie - nikt nie prowadzi badań nad tak zaawansowanymi rakietami, aby uzbroić je w mało skuteczne ładunki konwencjonalne. Czy zatem powinniśmy się już zacząć obawiać? Moim zdaniem, nie - irański program atomowy jest nadal na stosunkowo wczesnym etapie rozwoju, Teheran wysyła pozytywne sygnały w sprawie normalizacji relacji ze światem Zachodu, a antyzachodnim mesjanistom skupionym wokół obecnego prezydenta Iranu, Mahmuda Ahmedineżada, władza powoli wysuwa się z rąk. Mamy więc jeszcze wiele czasu, by zapobiec zagrożeniu, ale trzeba działać racjonalnie i skutecznie.   
 
dev
Zdjęcia:blog.reidreport.com, bp3.blogger.com.
Wideo: Reuters.com


czwartek, 09 października 2008
Dokończenie części pierwszej.
Rosyjski duet wyczuł, w którą stronę wieje obecnie wiatr (abcnews.com)Co takiego stało się ostatnio, że Rosja zaczęła prowadzić bardziej agresywną politykę? Przecież jeszcze do niedawna Kreml, choć bez wątpienia miał ambicje globalne, nie decydował się aż tak mocno zaangażować w światową politykę: wystarczało mu, że był uznawany za jedną z najważniejszych sił kształtujących porządek międzynarodowy, a co za tym idzie - liczono się z jego zdaniem przy podejmowaniu kluczowych dla świata decyzji. Nigdy jednak Rosja - ani za czasów rządów Borysa Jelcyna, ani nawet podczas prezydentury Władimira Putina - nie starała się przejąć inicjatywy  w tej sferze. Co więc pcha Rosję do gry o znacznie wyższą stawkę?
 
Odpowiedź na to pytanie jest prosta: Rosja poczuła, że pozimnowojenny ład międzynarodowy zaczyna się łamać, a wraz z nim jego największy symbol - Stany Zjednoczone. Choć dopiero ostatnie miesiące ostatecznie pokazały realną słabość USA, oznaki kryzysu widać było już od kilku lat. Rok 2001 pokazał, że nawet taki gigant jak Stany nie jest w stanie zapewnić bezpieczeństwa swoim obywatelom na własnym terytorium, zaś operacje w Afganistanie i Iraku utrwaliły pogląd, że Dawid - w postaci niewielkich grup partyzantów czy fundamentalistycznych terrorystów - może tego giganta związać na wiele lat wyniszczającą walką o każdy kilometr kwadratowy własnego terytorium. Wojny te nie tylko obaliły mit niemal niezwyciężonej Ameryki, a więc miały znaczenie symboliczne, ale także faktycznie osłabiły polityczną, ekonomiczną i moralną pozycję Stanów Zjednoczonych na świecie. Obecny kryzys na rynkach finansowych potwierdził tylko to, co było wiadome od pewnego czasu: era jednostronnej dominacji USA na świecie kończy się, a o tym, kto zajmie ich miejsce (jeśli się jakiemukolwiek państwu to uda) zadecyduje najbliższe dziesięciolecie. Rządzącymi jednymi państwami (Chiny) zrozumiały to stosunkowo wcześnie, inne nieco później (Rosja), podczas gdy inni pretendenci nie wiedzą, czy w ogóle powinny podjąć to wyzwanie (Unia Europejska).
 
Rosja, choć dotychczas była zainteresowana utrzymaniem staus quo, zdecydowała się działać Czy jedynym argumentem Rosji w XXI wieku pozostanie siła (www.coxandforkum.com)bardziej agresywnie niż robiła to dotąd. Pierwsze oznaki tej polityki widać było choćby na monachijskiej konferencji w sprawie bezpieczeństwa z lutego 2007 roku, gdy Putin bardzo ostro skrytykował - poniekąd słusznie - działania USA na początku XXI wieku. Debaty nad kolejnymi rundami sankcji nakładanych na Iran czy bukaresztański szczyt NATO z kwietnia 2008 roku potwierdziły że Rosja coraz aktywniej włącza się w coraz bardziej wartki nurt polityki globalnej. Szczególnego tempa tej przemianie polityki zagranicznej Rosji nadało zastąpienie Władimira Putina Dmitrijem Miedwiediewem: ten pierwszy najwyraźniej poczuł, że bezpośrednia odpowiedzialność spadła z jego barków na plecy nowego prezydenta, co mogło jeszcze dodatkowo go zachęcić do obrania bardziej konfrontacyjnego kursu wobec Zachodu. Ostatnim - jak na razie - akordem tej polityki była wojna w Gruzji oraz zacieśnienie współpracy z państwami wrogimi USA: Wenezuelą, Syrią i Iranem. 
 
Dziś najważniejszym problemem dla świata Zachodu jest to, w jaki sposób tak włączyć "nowe-stare" potęgi (czyli Rosję i Chiny) do głównego nurtu światowej polityki, aby stały się odpowiedzialnymi  jej współtwórcami. Niestety, na razie nie zanosi się na to, by oba te państwa zdecydowały się przejąć  choćby część odpowiedzialności z rąk chwiejących się Stanów Zjednoczonych.  Duet Putin-Miedwiediew wyczuł, w którą stronę wieje obecnie wiatr i będzie się trzymał tego kursu, dopóki nie osiągnie swoich celów - zajęcia obecnej pozycji USA w najlepiej nadal monocentrycznym porządku światowym.
 
dev

PolitykaGlobalna.pl - portal o sprawach międzynarodowych

 
 
1 , 2
Zakładki:
Blogi o światowej polityce (PL)
Instytuty, think-tanki i inne
Blogi o światowej polityce (inne języki)
Inne ciekawe blogi
Media
Blox.pl
Przedruki
Zasubskrybuj blog




Polityka, gospodarka i bezpieczeństwo w ujęciu globalnym



Nakarm glodne dziecko - wejdz na strone www.Pajacyk.pl Help end world hunger

Blogi Polityczne