Europa

poniedziałek, 13 kwietnia 2009

 <<< CZĘŚĆ I (Czy Europa znów stanie w płomieniach? Casus Grecji)

Zupełnie odmienna sytuacja panuje tysiąc kilometrów na północ od ogarniętych wywołanymi przez lewicowe organizacje terrorystyczne zamieszkami miast greckich. Na Węgrzech z każdym dniem rosną w siłę ugrupowania z przeciwnego bieguna sceny politycznej.

Bardzo obrazowo opisał nastroje sporej części społeczeństwa węgierskiego Bogdan Góralczyk w Gazecie Wyborczej (27-28/03/2009). W swoim artykule, były ambasador RP na Węgrzech opisuje rosnącą falę nastrojów skrajnie prawicowych, której początek dało - legendarne już - wystąpienie socjalistycznego premiera Ferenca Gyurcsany'ego z roku 2006, w którym przyznał się do przedwyborczych kłamstw. Od tego momentu, Węgry pogrążone są w wewnętrznym chaosie politycznym. Gospodarczo, znajdowały się jeszcze do niedawna na skraju bankructwa, ale dzięki pomocy międzynarodowej udało się im uniknąć sytuacji, w jakiej nieco wcześniej znalazła się Islandia. Politycznie, sytuacja ekonomiczna zaostrzyła nastroje społeczne na tyle, że dziś Węgry, podobnie jak i Grecja, jest państwem w pewnej mierze dysfunkcjonalnym.    

Nieszczęścia ponoć chodzą parami i przykład Węgier dobrze to obrazuje: obecny kryzys jedynie zaostrzył podziały społeczno-polityczne od lat trawiące ten kraj od środka. Wypowiedź Gyurcsany'ego sprzed dwóch lat stała się jedynie katalizatorem, który sprawił, że węgierska skrajna prawica nabrała sił. Mocne odchylenie Węgrów w kierunku prawicowej ideologii potwierdzają najnowsze sondaże opinii publicznej, które dają konserwatystom z Fidesz poparcie ok. 40% badanych (a wśród osób zdecydowanych uczestniczyć w wyborach aż 61%!), a skrajnie prawicowej partii Jobbik - nieco ponad 5%, stanowiące próg wyborczy. Oprócz nich, w parlamencie znaleźliby się jeszcze tylko socjaliści (25%); pozostałe partie, w tym i tradycyjny języczek u wagi w latach ubiegłych, a więc liberałowie z SzDSz, nie przekroczyłyby progu wyborczego. Choć w ewentualnych wcześniejszych wyborach większość zdobyłaby partia w miarę umiarkowana, "zasiedziała" w politycznym establishmencie, w większości uznająca pewien demokratyczny kanon wartości za elementarny dla nowoczesnego państwa i społeczeństwa, to nacjonaliści z Jobbik (co ciekawe, określający Fidesz jako partię centrolewicową!) zasiadający w parlamentarnych ławach na pewno nie są najlepszą prognozą na przyszłość. Ich błyskawiczna kariera może jeszcze przyspieszyć: wszystko zależy od tego, jak Węgrzy poradzą sobie z kryzysem gospodarczym; zakładając, nie bez podstaw, że ani obecnie rządzący socjaliści, ani Fidesz nie są w stanie szybko wyprowadzić kraj z zapaści, grono zwolenników prawicowej ekstremy może jeszcze wzrosnąć.  

Źródło: JezWegierski.blox.plChoć może wydawać się to nieco dziwne, zadziwiająco dużo Węgrów nadal czuje się skrzywdzonych traktatem z Trianon z roku 1920, na mocy którego Królestwo Węgier straciło ponad 2/3 terytorium oraz połowę ludności. Co ważne, resentymenty związane z tym wydarzeniem nie są marginesem życia społeczno-politycznego Węgier, ale stosunkowo ważnym jego elementem, obecnym w codziennym życiu mieszkańców tego kraju. Najlepszym źródłem informacji o Węgrzech jest moim zdaniem blog Jeża Węgierskiego i to na jego budapesztańskich obserwacjach - oraz zdjęciach - postaram się bazować.

Wielkie Węgry - a więc te sprzed roku 1920 - jako symbol lepszych czasów, stały się podstawowym elementem, mniejszych czy większych, prawicowych demonstracji i wieców, które od roku 2006 zdążyły wtopić się w krajobraz miejski Budapesztu, w taki sposób, że niedługo staną się chyba kolejnym symbolem tego miasta. Ludzie biorący w nich udział, na pierwszy rzut oka nie mają ze sobą niemal nic wspólnego: wśród hałaśliwych, agresywnych skinheadów, kiboli i węgierskiej odmiany dresiarzy, stoją stateczni - zdawać by się mogło - panowie w średnim wieku, a obok nich, wywijającym tradycyjne hołubce kobietom w strojach ludowych, przygrywają pseudo-gotyckie kapele. Dodatkowego smaczku - i to dosłownie - dodają garkuchnie i nachalni sprzedawcy asortymentu patriotyczno-propagandowego, okraszając to całe przedziwne zjawisko szczyptą komercji. Kicz? Na pewno. Ale z własnego doświadczenia wiem, że nastroje wśród uczestników tych demonstracji są nad wyraz poważne. Tu nie chodzi - tak jak w przypadku demonstracji NOP i Młodzieży Wszechpolskiej w Polsce - o zwrócenie na siebie uwagi przez zmarginalizowane ugrupowania polityczne, ale o faktyczne niezadowolenie, prawdziwą frustrację i gniew, który szybko przeradza się w agresję. I o prawdziwe poparcie pewnej - znacznie większej od promila - części społeczeństwa.

Symbol Wielkich Węgier pojawia się zresztą nie tylko w tak poważnych sytuacjach. Wspomniany wcześniej Jeż Węgierski, pisał kiedyś, że w dzielnicowej gazetce znalazł krzyżówkę w kształcie - a jakżeby inaczej - państwa węgierskiego w granicach sprzed 1920 roku. Innym razem, przechadzając się po parku Városliget, natknął się na wynajmowane turystom spacerowe czterokołowce z wymalowanym z tyłu oparcia kształtem Wielkich Węgier "w połowie w pasy Árpádów a w połowie w kolorach flagi węgierskiej z podwójnym krzyżem z herbu" (jak pisał Jeż i jak możecie zobaczyć na jego zdjęciu). Jakby tego było mało, każdy z pojazdów został ochrzczony nazwą miasta niegdyś należącego do Węgier, a obecnie znajdującego się na terytorium jednego z ich sąsiadów. Przesada? Skądże znowu - dla wielu to normalność. Tak jak i motocykliści-goje czy Wielkie Węgry ukrzyżowane lub na zastawie stołowej w restauracji w Esztergomie, pierwszej stolicy Węgier.   

Plac przed Parlamentem (2006; źródło: Jeż Węgierski)Nie mogące pogodzić się ze swoją przeszłością Węgry są zdaniem ich sąsiadów problemem, który w przyszłości może doprowadzić do wzrostu napięć w tym regionie Europy. Fala resentymentów szczególnie niepokoi Słowację i Rumunię, w których nie tylko mieszka łącznie blisko 2 mln Węgrów, ale i w obrębie ich granic znajdują się ziemie przez Madziarów uznawane za rdzennie węgierskie - Siedmiogród i Południowa Slowacja. Wraz z umacnianiem się skrajnej prawicy na Węgrzech, sąsiednie państwa coraz bardziej zaczynają obawiać się ewentualnych konsekwencji tego procesu, z odkurzeniem idei Wielkich Węgier i postulatami rewizji granic włącznie. Choć wydaje się to być czystym political fiction, by przy obecnym układzie sił w Europie jakakolwiek próba zmiany ustalonych granic mogła mieć miejsce, dołączenie do głównego nurtu polityki nad centralnym odcinkiem Dunaju, partii sugerującej ponowne zespolenie wszystkich ziem węgierskich musi wzbudzać obawy rządów w Bratysławie i Bukareszcie.

Strach ma oczywiście wielkie oczy - choć Gwardia Węgierska wyglądać może jak nazistowskie SA, a trauma Trianon być może wielu Węgrom nie daje spać po nocach, Węgry nie są, i nie staną się, drugą III Rzeszą. Nie możemy jednak zapominać, że radykalizm nie jest chorobą, na którą Europejczycy się uodpornili. Problemy Grecji i Węgier pokazują, jak niewiele trzeba, by masowy ekstremizm polityczny ponownie stał się problemem dzielącym społeczeństwa i państwa naszego kontynentu. Czas zdać sobie sprawę, że fundamenty naszej przyszłości wcale nie są tak solidne, jak chcielibyśmy - frustracja, zaszłości historyczne, przekonanie o nieudolności państwa oraz atomizacja społeczeństw, skutkująca brakiem rozwiniętego systemu instytucji demokratycznych i społeczeństwa obywatelskiego, mogą szybko zmienić sen o zjednoczonej Europie, jako prosperującym obszarze bezpieczeństwa i stabilności, w znany od setek lat koszmar. I co z tego, że mądre przysłowie mówi, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, skoro dobrze wiemy, że mało kto słucha mądrości ludowych. Szczególnie w trudnych czasach.

Artur

Wszystkie zdjęcia pochodzą z blogu Jeża Węgierskiego - http://jezwegierski.blox.pl.


KLIKNIJ! 

sobota, 04 kwietnia 2009

Dzięki ponad dwóm dekadom spokoju, Europejczycy zapomnieli, że stabilność, bezpieczeństwo i demokracja nie są dane raz na zawsze; jeśli czasem mała iskierka potrafi rozsadzić nawet opresyjne systemy totalitarne, dlaczegóż nie miałaby roznieść w pył demokracji?

Przez lata dobrobytu łudziliśmy się, że choć historia świata wcale się nie skończyła, jak twierdził Francis Fukuyama, to jej wyroki będą dla nas wyjątkowo łaskawe. W swoim zaślepieniu, nieprędko zauważyliśmy, w jak wielkim błędzie byliśmy. Ataki z 11 września 2001 roku uświadomiły nam, że świat pozostał równie, lub nawet stał się bardziej niebezpieczny niż przed upadkiem żelaznej kurtyny. Kolejne, choć mniej już spektakularne, zamachy w Londynie i Madrycie wytworzyły w nas przekonanie, że wszystko co osiągneliśmy - sprawnie działające pańswa, ich dobrobyt, stabilność i bezpieczeństwo - może być zagrożone nie tylko z zewnątrz, ale i od wewnątrz. Mimo to, swego rodzaju nieszczęściem dla Europy był fakt, że za zamachami stali imigranci z Maroka (Hiszpania) i Pakistanu (Wielka Brytania). Choć problem fundamentalizmu części europejskich muzułmanów jest moim zdaniem nierzadko rozdmuchiwany, częstokroć wyłącznie w celach doraźnej polityki, naiwnością byłoby twierdzić, że w ogóle on nie istnieje; dodatkowo, w percepcji ogromnej części społeczeństw państw europejskich - słusznie czy nie - nierozerwalnie złączył się on z kwestią niezasymilowanych imigrantów. Młodzi, pozbawieni pracy i perspektyw potomkowie imigrantów z byłych europejskich kolonii stali się nie tylko kozłem ofiarnym (przyznać trzeba, że na własne życzenie), ale i wymówką, dzięki której mogliśmy żyć w spokoju, myśląć, że "ich" radykalizm i irracjonalizm "nam" jest obcy. I tu znów się pomyliliśmy.

Wystarczył kryzys finansowy, by radykalizm drzemiący w europejskich społeczeństwach uaktywnił się na nowo. Podsycany narastającą od lat frustracją o podłożu ekonomicznym, stał się zarzewiem fali przemocy w wielu miejscach w Europie. Nigdzie jednak nie stał się aż tak widoczny, jak w Grecji. Od ponad 4 miesięcy, każdy dzień w największych greckich miastach poprzeplatany jest kolejnymi strajkami, demonstracjami oraz aktami wandalizmu. Na porządku dziennym są ataki na sklepy, banki i centra handlowe, podpalenia oraz regularne walki z policją; w ostatnich dwóch miesiącach do już i tak pokaźnego repertuaru "środków nacisku" używanych przez pretestujących Greków, doszedł kolejny - znacznie bardziej niebezpieczny. W marcu przeprowadzono dwa udane ataki bombowe; pierwszy z nich skierowany byl przeciwko oddziałowi Citibanku, drugi zaś  - prywatnemu biznesmenowi. Do pierwszego przynała się skrajnie lewicowa organizacja terrorystyczna Walka Rewolucyjna, mająca na koncie m.in. próbę zabójstwa Giorgiosa Voulgarakisa, ówczesnego ministra kultury (2006), spektakularny ostrzał ambasady USA za pomocą pocisku przeciwpancernego (2007) oraz poprzednią - nieudaną - próbę wysadzenia w powietrze oddziału Citibanku (luty 2009). 

Sytuacja w tym kraju dawno wymknęła się spod kontroli administracji rządowej, kierowanej przez niezbyt popularnego premiera Kostasa Karamanlisa, a powstały chaos wykorzystują bojówki z obu stron sceny politycznej, a także zwykli przestępcy. W całej tej sytuacji, motywacje ideologiczne mieszają się z pobudkami czysto rabunkowymi, tak więc na dzień dzisiejszy nie da się zapewne stwierdzić, czy antyrządowe i antybiznesowe zamieszki w Grecji mają szansę na przerodzenie się w szerszy i trwalszy ruch społeczny, który mógłby być może nawet zagrozić podstawom instytucjonalnym państwa. Pewne natomiast jest to, że trzonem całej akcji są skrajnie lewicowe ugrupowania polityczne, kontestujące podupadły w wyniku kryzysu obecny porządek gospodarczy. Za grupką tych - jak chciał Lenin - zawodowych rewolucjonistów, poszła spora część tzw. pokolenia tysiąca euro: sfrustrowanych niskopłatną, niepozwalającą na pełne usamodzielnienie się pracą, greckich dwudziestoparolatków.

Sytuacja jest niebezpieczna: z każdym kolejnym dniem nastroje społeczne ulegają dalszemu pogorszeniu, co może bezpośrednio przełożyć się na wzrost siły skrajnie lewicowych ugrupowań i nierzadko powiązanych z nimi organizacji terrorystycznych. Oznaczałoby to zapewne odrodzenie się lewicowego terroryzmu politycznego w Grecji - zjawiska obecnego w życiu tego państwa od dawna, choć w minionych kilkunastu latach wyraźnie słabnącego. Sami Grecy zastanawiają się, jak długo przetrwa romans radykałów z pokoleniem 1000 euro: czy to tylko chwilowe zauroczenie, czy może związek na dłużej? Obie grupy mają podobne cele doraźne, ale w dłuższej perspektywie ich drogi zapewne się rozejdą. Poprzednia fala terroryzmu w Grecji wyrosła na bazie sprzeciwu wobec prawicowej dyktatury wojskowej, rządzącej tym krajem w latach 1967-74 oraz głębokich podziałów społeczno-politycznych sięgających czasów drugiej wojny światowej; obecna ma z nią wiele cech wspólnych, ale brakuje jej doświadczeń, które by ją spoiły. W latach 70. takim spoiwem była masakra studentów Politechniki Ateńskiej 17 listopada 1973, która rozpoczęła erozję dyktatury "czarnych pułkowników" oraz przyczyniła się do powstania najbardziej niebezpiecznej organizacji terrorystycznej współczesnej Grecji - Ruchu 17N (17 Listopada).

Co miałoby być takim wydarzeniem dla nowego pokolenia greckich rewolucjonistów? Śmierć piętnastoletniego Aleksandrosa Grigoropulosa, przypadkowo zastrzelonego przez policjanta? Atak na Konstantinę Kunevę, działaczkę społeczną? Żadne z tych wydarzeń nie jest na tyle nośne, by stworzyć mit założycielski, który mógłby stać się podwaliną szerokiego, silnego ruchu społecznego, zdolnego do zagrożenia podstawom ustroju społeczno-gospodarczego Grecji. Nie należy jednak bagatelizować sytuacji, w jakiej znajduje się obecnie ten kraj - chaos, jaki obecnie w nim panuje sprawia, że trzeba szczególnie uważnie przypatrywać się zarówno poczynaniom nieskutecznego, skompromitowanego rządu, jak i protestujących. Jeśli któreś z nich posunie się za daleko, może mieć to znacznie większe konsekwencje, niż jesteśmy w stanie przewidzieć: spirala terroru z obu stron może na długo zdestabilizować Grecję i stać się zapalnikiem dla podobnych problemów w innych państwach Europy Południowej.

CZĘŚĆ II >>>

Artur

Zdjęcia: The Economist, Gazeta Wyborcza.

poniedziałek, 16 czerwca 2008
Po odrzuceniu traktatu lizbońskiego przez społeczeństwo Irlandii, trudno przewidzieć dalszy jego los. Fakt, że na razie UE działa w miarę sprawnie, nie oznacza jednak - moim zdaniem - że nowy traktat jest zbędny.

Wręcz przeciwnie! Europa jak nigdy potrzebuje ożywczego impulsu, który nie tylko popchnie ją w nowym kierunku, ale będzie też odpowiedzią na wyzwania i zagrożenia XXI wieku. Jeśli Europa chce jeszcze w nadchodzącym stuleciu odgrywać rolę taką jak przez kilka poprzednich, musi wyjść z impasu instytucjonalnego i zacząć myśleć o przyszłości globalnie. Do tego potrzebne jest jednak nowe spojrzenie, głębsze zrozumienie procesów jakie zachodzą w dzisiejszym świecie, a przede wszystkim - chęć wyjścia im naprzeciw i działania w taki sposób, aby potencjalne wyzwania nie przerodziły się w namacalne zagrożenia.

Nie odmawiam europejskim politykom i ich doradcom umiejętności dogłębnego wejrzenia i zdiagnozowania obecnej sytuacji międzynarodowej; wręcz przeciwnie - jestem przekonany, że mają świadomość, że stoją przed wielką szansą, aby zjednoczona Europa zaczęła myśleć i działać samodzielnie. Na naszych oczach budowany jest nowo-stary ład międzynarodowy - wracamy znów do sytuacji, gdy państwa dotychczasowych peryferii, tworzące (umowny) Trzeci Świat, będą nadawać ton globalnej rzeczywistości politycznej. W wywiadzie dla tygodnika Europa, znany brytyjski politolog M. Leonard, stwierdza, że w relatywnie niedługiej perspektywie czasowej czeka nas

(...) strukturalna zmiana w porządku światowym. (...) Po raz pierwszy od zakończenia zimnej wojny potęga niezachodnia będzie miała wpływ na definiowanie i reguły rozwiązywania najistotniejszych kwestii. Chiny zaczynają myśleć na własny rachunek i cały świat będzie to musiał wziąć pod uwagę.

Nie muszę chyba przekonywać, że Chiny to wielkie wyzwanie dla Zachodu, jedyne państwo spoza naszego kręgu kulturowego, które może faktycznie doprowadzić do zasadniczej zmiany w stosunkach międzynarodowych, zachwiać dotychczasowym monocentrycznym porządkiem, jaki wytworzył się po upadku świata dwubiegunowego.

Europa jako królowa - mapa S. Munstera z 1570 r.Nie oznacza to jednak, że na Państwo Środka nie ma mocnych - należy podjąć rzuconą przez nie rękawicę; jednak aby tego dokonać, Unia musi się radykalnie zreformować, w celu wzmocnienia swojej polityki zagranicznej. Przede wszystkim, konieczne jest nadanie jej osobowości prawnomiędzynarodowej (dziś posiadają ją jedynie Wspólnoty Europejskie), a poza tym, należy wzmocnić, lub wręcz - w dużej mierze uwspólnotowić (a więc wynieść na poziom ponadnarodowy) procedury współpracy w ramach dzisiejszej Wspólnej Polityki Zagranicznej i Bezpieczeństwa oraz stworzyć konkretne polityki współpracy z najbliższymi sąsiadami UE, w pewnej mierze wzorowane na - niestety raczej nieudanej - idei Partnerstwa Eurośródziemnomorskiego.

Rola Unii na arenie międzynarodowej nie jest jedynym wyzwaniem, przed jakim stoi obecnie Europa. Ogromnym problemem jest międzynarodowy system finansowy, nadal oparty w dużej mierze na coraz mniej stabilnym i wiarygodnym dolarze. Powoli jego pozycję zajmuje euro, ale przynieść może to równie dużo szkód, co korzyści. O nie mniejszy ból głowy, może Europejczyków w przyszłości przyprawić cena nośników energii, a przede wszystkim - ropy naftowej. Prędzej czy później, Unia i będzie musiała na poważnie zastanowić się, w jaki sposób zastąpić ropę we własnej gospodarce; nie będzie to łatwe, zważywszy na to, że ropa wykorzystywana jest nie tylko do produkcji paliwa, ale i choćby - wszechobecnego w dzisiejszym świecie - plastiku. By tego dokonać, konieczne będą wielkie inwestycje w nowoczesne technologie, co pociągnąć musi za sobą zmiany w politykach sektorowych Wspólnot, a przede wszystkim - redefinicję Wspólnej Polityki Rolnej.

To tylko wierzchołek góry lodowej. Naprawdę wiele jest do zrobienia, aby Unia zachowała w najbliższej przyszłości swoją pozycję i skuteczność. Oczywiście, możemy odkładać reformę struktur unijnych w nieskończoność, ale na wiele to się nie zda: w pewnym momencie dojdziemy do sytuacji, gdy potrzebna będzie zmiana wręcz rewolucyjna. Traktat lizboński taką zmianą - wbrew temu co można usłyszeć - wcale nie był; nie był też - niestety - dokumentem idealnym, ale wprowadzał pewną bazę, na której możliwe byłoby przeprowadzenie dalszych, pogłębionych reform za kilka lat. Moim zdaniem miał być jedynie traktatem przejściowym, korygującym pewne coraz pilniejsze kwestie, a jednocześnie miał dać Unii chwilę oddechu przed skokiem na głęboką wodę - a więc dogłębną reformą własnych instytucji, polegającą na uwspólnotowieniu kolejnych sfer polityki państw europejskich.

Tylko dzięki pogłębieniu integracji zjednoczona Europa będzie mogła włączyć się procesy kształtowania nowego porządku światowego, a co za tym idzie - prowadzić dialog ze stale rosnącymi w potęgę Chinami, Indiami, Rosją czy - nadal przecież silnymi - Stanami Zjednoczonymi i Japonią. Nadarza się jedyna w swoim rodzaju szansa na umocnienie własnej pozycji na arenie międzynarodowej. Europa nie może jej przespać, ani - tym bardziej - roztrwonić przewagi, którą nadal przecież ma nad innymi pretendentami do tytułu globalnego lidera.

dev

Zdjęcia: chinadaily.com, mapa S. Munstera (za: strangemaps.wordpress.com).

piątek, 13 czerwca 2008
Podpisanie traktatu lizbońskiego (eurunion.org)
Jeśli potwierdzą się pierwsze doniesienia z Zielonej Wyspy, traktat reformujący działanie Unii Europejskiej (tzw. traktat lizboński), nie wejdzie w życie z powodu braku ratyfikacji we wszystkich z 27 państw UE.

Piotrek Wołejko, którego niezwykle cenię i z którym - zazwyczaj przynajmniej - się zgadzam, nawiązując do artykułu R. Magierowskiego, w swoim dzisiejszym wpisie na blogu, stwierdza, że:

Wicenaczelny „Rz" słusznie zauważa, że mieszkańcy Zielonej Wyspy mają pełne prawo decydować o traktacie. Głosy mówiące o tym, że 3 miliony decydują o losie 490 milionów można uznać za hipokryzję. Unia jest dla obywateli, a politycy europejscy mają gęby pełne frazesów o demokracji obywatelskiej oraz przybliżaniu unii do obywateli. Niestety, ale po klęsce eurokonstytucji w referendach we Francji i w Holandii, europejscy przywódcy przestraszyli się własnych obywateli. -„Nie dorośli do Europy", to bardzo częsty komentarz podsumowujący postawę coraz bardziej eurosceptycznych Europejczyków.

Tym razem jednak daleko nam do jednomyślności. Przytoczony argument jest oczywiście słuszny, bowiem mieszkańcy Irlandii powinni mieć pełne prawo decydować o traktacie - dokładnie takie samo, jak mieszkańcy innych państw członkowskich. Należy się jednak zastanowić, czy aby na pewno, prawo to - realizowane za pomocą ogólnonarodowego referendum - nie jest w gruncie rzeczy dyskryminujące dla obywateli innych państw. Referendum ogólnonarodowe sprawia, że głos trzech milionów Irlandczyków jest tak samo ważny jak 38 milionów Polaków czy ponad 82 milionów Niemców; na pierwszy rzut oka, siła głosu Irlandczyków, mierzona (tutaj akurat) możliwością zablokowania niekorzystnych - ich zdaniem - zmian w Unii, jest zatem równa sile głosów innych społeczeństw europejskich. Właśnie - społeczeństw, ale nie obywateli! Jest to jeden z odwiecznych dylematów Zjednoczonej Europy: Unia obywateli czy społeczeństw, a tak naprawdę - państw.

Tak młodzieżówka Fine Gael namawiajała Irlandczyków do głosowania na Moim zdaniem, referendum w Irlandii - choć jest wyrazem jak najbardziej demokratycznej aktywności obywatelskiej - w ogólnym rozrachunku jest paradoksalnie zwycięstwem zupełnie przeciwnej jej wizji rozwoju Unii Europejskiej, która zakłada, że to państwa, a nie obywatele decydują o losie Europy. Ponadto, taka forma decydowania o losach Wspólnoty jest de facto przejawem tzw. głosowania kurialnego, gdzie głos każdej kurii (sekcji) jest równoważny, bez względu na rzeczywistą jego wagę. Dzisiejsza Europa jest więc podzielona na 27 kurii-państw, z których każde, bez względu na wielkość, potencjał gospodarczy czy społeczny, ma po jednym głosie, co jest wyraźną preferencją dla państw małych i zaprzeczeniem zasady równości

Tym właśnie różni się Europa od - podawanych przez Piotrka za przykład demokratyzmu - Stanów Zjednoczonych, gdzie liczba elektorów w Kolegium Elektorskim podczas wyborów prezydenckich, uzależniona jest od wielkości danego stanu (podobnie jest z wyborami do Kongresu). Dlatego też, waga głosu jednego z 607 827 mieszkańców* Vermont czy podobnej do Irlandii, pod względem wielkości populacji, Alabamie (niemal 4 500 000 mieszkańców*), jest zbliżona do siły głosów znacznie gęściej zaludnionych stanów, takich jak Kalifornia. Nie oznacza to jednak, że same stany mają jednakową siłę głosu. Podobnie jest zresztą w każdych niemal wyborach w państwach europejskich, gdzie istnieją przecież nierówne - pod względem liczby ludności, a co za tym idzie i ilości przydzielonych im mandatów - okręgi wyborcze.

* jest to oczywiście liczba mieszkańców ogółem, a nie uprawnionych do głosowania.

Jedynie referendum ogólnoeuropejskie miałoby szansę zmienić ten stan rzeczy; jest to jednak rzecz raczej nie do wprowadzenia w dzisiejszej Europie, tym bardziej, że ma wiele wad - mogłyby się pojawić zarzuty, że łamie ono prawa mniejszych społeczeństw do swobodnego wpływania na losy zjednoczonej Europy i jest - de facto - przejawem millowskiej (czy tocquevillowskiej) tyranii większości.
 
Nietrudno zaś zgodzić się z argumentem o braku prawdziwego przywództwa w Unii. Niestety, mimo pokładanych w nich wielkich nadziei, ani Nicolas Sarkozy, ani Angela Merkel nie potrafią pchnąć integracji na odpowiedni tor, dzięki ktoremu zjednoczona Europa będzie mogła wreszcie doprecyzować swoje cele, tak w sferze stosunków wewnętrznych, jak i roli i pozycji na arenie międzynarodowej. Takim impulsem mógł być (lub jest) jednak traktat reformujący; nie jest on może ideałem, ale wprowadza pewne kluczowe zmiany, które zadecydować by mogły o skuteczności działania UE i WE.
 
Dlatego też rozwiązanie tej kwestii jest tak niezwykle trudne. Nie "pomaga" w obejściu A tak wyglądała odpowiedź eurosceptykówtego problemu także nie do końca określony status międzynarodowy Unii Europejskiej (co miało zostać zmienione właśnie w traktacie lizbońskim) oraz charakter samej organizacji - dziś Unia trwa w zawieszeniu: nie jest już zwykłą organizacją międzynarodową, ale nie jest też państwem, co sprawia, że z jednej strony posiada ogromne kompetencje w wielu dziedzinach, a z drugiej - nie posiada odpowiednich narzędzi do prowadzenia innych, nierzadko komplementarnych w stosunku do sfer uwspólnotowionych, polityk (patrz: Bruksela na celowniku szpiegów). Tak samo jest z kwestią demokratycznej kontroli - teoretycznie my, obywatele państw członkowskich, narzekamy na "oddalenie" Unii od naszych spraw i jej niedemokratyczną strukturę, a jednak, gdy padają propozycje takie jak ogólnoeuropejskie wybory do Parlamentu Europejskiego czy wspomniane już referendum, mówimy, że to za daleko idące zmiany, które mają na celu stworzenie federacji europejskiej. Jeśli chcemy demokratycznej Unii, musimy wybrać: albo powrót do państw narodowych, albo coraz głębsza integracja i powolne obumieranie szczebla rządowego (z założeniem stałego powiększania elementu samorządowego w - nazwijmy to umownie - regionach). Wybór bardziej właściwej koncepcji pozostawiam Wam, drodzy czytelnicy.
 
dev
 
Zdjęcia: eurunion.org,yfg.ie.
_____
Paniom zapewne bardziej spodoba się drugi z plakatów Young Fine Gael - też operujący niezbyt wyszukanym skojarzeniem.
czwartek, 29 maja 2008

Czy Unia Europejska potrafi obronić się przed obcymi wywiadami?

Wraz z narastaniem ilości kompetencji, przekazywanych przez państwa członkowskie Unii Europejskiej, coraz większym problemem staje się kwestia bezpieczeństwa informacji pozyskiwanych i przetwarzanych przez instytucje unijne. Niestety, stosunkowo rzadko usłyszeć można pytanie: czy UE potrafi sobie z tym poradzić?

Posiadając ogromne ilości danych z każdego z państw członkowskich, Unia Europejska - a w szczególności Komisja - powinna szczególnie dbać o ich bezpieczeństwo. Jednak, jak zauważa The Economist, obecnie nie dysponuje ona odpowiednimi narzędziami, które pozwalałyby jej na zachowanie należytego stopnia pofuności ważnych danych, czego wynikiem może być zagrożenie nie tylko dla niej samej, ale także i dla państw ją tworzących. Tym bardziej, że (tak przynajmniej twierdzi autor artykułu w Economiście) rosyjskie służby specjalne w coraz większym stopniu interesują się instytucjami unijnymi i informacjami, w których posiadaniu są one.

W państwach narodowych, ochroną informacji kluczowych dla funkcjonowania państwa zajmuje się kontrwywiad. Jako, że jego zadania są bardzo kompleksowe, a odpowiedzialność - ogromna, posiada więc on status służby specjalnej, a więc takiej, która może stosować czynności operacyjno-rozpoznawcze w znacznie szerszym zakresie niż inne państwowe służby (takie jak, np. policja). Unia nie jest jednak państwem, a jedynie organizacją międzynarodową i jako takowa nie posiada agencji kontrwywiadowczej, która rozpostarła by nad nią parasol ochronny przeciw obcym wywiadom. Oczywiście, nie oznacza to, że jest całkowicie w tej sferze bezsilna - opiera się na ochronie wywiadowczej państw członkowskich, a przede wszystkim - na kontrwywiadzie Belgii. Niestety, belgijskie służby specjalne nie należą do światowej czołówki i właściwie dopiero niedawno poszerzono ich uprawnienia na tyle, by mogły prowadzić skuteczne działania przeciw obcym służbom specjalnym.

Zdjęcie: armeniadiaspora.comNajbardziej oczywistym sposobem na zapewnienie UE odpowiedniego stanu bezpieczeństwa tej sferze, byłoby stworzenie unijnej agencji kontrwywiadowczej lub choć jej namiastki. Oczywiście, na takie rozwiązanie nie ma - i w najbliższej przyszłości nie będzie - przyzwolenia ani państw, ani społeczeństw europejskich. Te pierwsze boją się oddać tak delikatny instrument w ręce brukselskich eurokratów, a drugie, odczuwając i tak spory deficyt demokracji w strukturach unijnych, nie kwapią się do popierania pomysłów coraz głębszej integracji. Ponadto, niezwykle utrudniona byłaby demokratyczna kontrola nad takimi służbami, co już całkowicie przekreśla możliwość powołania takiej instytucji.

Pozostają więc Unii odpowiednie procedury bezpieczeństwa, które dotyczyć mogą wielu różnych aspektów funkcjonowania danej instytucji (od zasad wewnętrznej korespondencji, po warunki, na jakich urzędnicy mają dostęp do różnych typów dokumentów) i - o ile są w pełni przestrzegane - mogą pomóc w walce z ewentualnym szpiegostwem. Takie procedry istnieją od wielu lat w organach UE, trudno jednak powiedzieć, na ile są one skuteczne. Tym bardziej, że do wielu kluczowych dokumentów mają dostęp także posłowie Parlamentu Europejskiego, którzy - jak pisze The Economist - mogą znacznie mniej poważnie podchodzić do kwestii bezpieczeństwa poufnych danych.

W ten sposób dochodzimy do sedna problemu - wbrew obiegowej opinii, Unia Europejska jest strukturą na tyle przejrzystą i otwartą, że utrzymanie odpowiedniego poziomu bezpieczeństwa informacji może być niezwykle trudne. Większość dokumentów czy np. projektów legislacyjnych jest w pełni jawna, a nawet te, do których dostęp jest oficjalnie utrudniony, można stosunkowo łatwo pozyskać, choćby drogą legalnego i - w dużej mierze - sformalizowanego lobbingu. Nierzadko więc, aby uzyskać potrzebne informacje, nie trzeba nawet prowadzić tajnych działań wywiadowczych - wystarczy biały wywiad i lobbing.

Kwestia bezpieczeństwo informacji zbieranych przez rozmaite instytucje unijne jest tym bardziej ważna w kontekście kolejnego poszerzenia zakresu uprawnień tych organów w Traktacie lizbońskim. Unia musi wreszcie przestać podchodzić w (w sumie) nonszalancki sposób do tych zagadnień, szczególnie jeśli faktycznie chce stać się ważnym aktorem na arenie międzynarodowej. Globalny gracz nie może bowiem sobie pozwolić na tak pobłażliwe podejście do bezpieczeństwa wywiadowczego.

dev

Zdjęcia: Rzut oka na świat (na bazie: wired.com, euparl.europa.eu), armeniadiaspora.com

 
1 , 2
Zakładki:
Blogi o światowej polityce (PL)
Instytuty, think-tanki i inne
Blogi o światowej polityce (inne języki)
Inne ciekawe blogi
Media
Blox.pl
Przedruki
Zasubskrybuj blog




Polityka, gospodarka i bezpieczeństwo w ujęciu globalnym



Nakarm glodne dziecko - wejdz na strone www.Pajacyk.pl Help end world hunger

Blogi Polityczne