wtorek, 24 lutego 2009

W życiu każdego blogu przychodzi taki czas, że aby zachować swą atrakcyjność musi przejść niewielki lifting. Dla Rzutu oka... ten czas właśnie nadszedł. 

Przymierzałem się do tego od tak dawna, że aż wstyd się przyznać - dotychczas jednak brakowało mi wytrwałości i wiedzy, by całą sprawę doprowadzić do szczęśliwego końca. Ostatnimi czasy uznałem jednak, że Rzut oka... za mocno już odstaje pod względem wizualnym od innych blogów, które lubię i zdecydowałem się zintensyfikować prace nad nowym szablonem. Oczywiście, cała praca byłaby znacznie trudniejsza - jeśli nie niemożliwa - gdyby bloksosferze zabrakło porad Kate_Mac, skryptów S.z.y.m.o.na i Eskeya oraz Blogu o CSS. Dzięki Wam!  

Tworząc nowy szablon, postanowiłem przede wszystkim skupić się na jego graficznej stronie. Priorytetem stało się zwiększenie czytelności wpisów, na co - o ile wiem - kilka osób narzekało. Nowy layout cechować miał się ponadto znacznie bardziej nowoczesnym i atrakcyjnym wyglądem całości.  Jednocześnie, nie chciałem wprowadzać rewolucyjnych zmian - nie zdecydowałem się więc na szablon trzyszpaltowy (vide: Świat Inaczej), lecz zostałem przy tradycyjnym układzie strony. Mam nadzieję, że w obu aspektach zamierzony efekt osiągnąłem, a zmiany przypadną Wam do gustu.

Artur 

PS. Oczywiście czekam na wszelkie opinie dotyczące nowego wyglądu blogu - a w szczególności ewentualnych błędów, na które natraficie.

AKTUALIZACJA (18/03/09): Dzięki pomocy nieocenionej KateMac udało się wprowadzić do blogu "klikalny" tytuł - na pewno ułatwi to poruszanie się po blogu. Dziękuję, KateMac :) 

 

wtorek, 17 lutego 2009
Pakistańskie władze ugięły się przed żądaniami talibów z prowincji Swat i zdecydowały się zezwolić na wprowadzenie szariatu, a więc prawa koranicznego, w zamian za zawieszenie walk w tym regionie. 

O niespokojnym pograniczu pakistańsko-afgańskim pisałem już jakiś czas temu, mając wtedy nadzieję, że Asif Ali Zardari stanie oko w oko z największym zagrożeniem dla stabilności rządzonego przez siebie państwa: islamskiemu fundamentalizmowi, który rozsadza północne prowincje Pakistanu i przemienia je - jak to bardzo zgrabnie ujął ostatnio Wojciech Jagielski - talibski emirat, wyjęty spod władzy w Islamabadzie. Uważałem - i uważam nadal - że:

Zardari znajduje się już pod ścianą. Na szczęście. W odróżnieniu od Muszarrafa, który będąc w znacznie lepszej sytuacji, przez długi czas mógł mydlić oczy społeczności międzynarodowej anemiczną w jego wykonaniu "walką" z ekstremizmem, nowy prezydent nie ma wyjścia: musi podjąć wyzwanie, podnieść rzuconą mu rękawicę i faktycznie zacząć działać. Pakistan albo wyjdzie z tej opresji cało, a Zardari - wzmocniony, albo padnie. Trzeciej drogi nie ma. To gra o najwyższą stawkę. (Link).

Na pierwszy rzut oka, wydaje się, że zawartym w poniedziałek rozejmem, Zardari rzucił ręcznik na ring, mimo iż - trzymając się sportowego slangu - jego zawodnik ani razu nie leżał na deskach. Zastanawiać więc może łatwość, z jaką armia pakistańska poddaje się w tej walce. Na co więc liczy Pakistan, oddając kolejną prowincję pod panowanie talibów?

Nie od dziś wiadomo, że rozejm bardzo często służyć ma jedynie przegrupowaniu sił przed kolejnym atakiem. Wydaje się być niezwykle prawdopodobne, że Pakistan - nie dając sobie rady w walce na wielu frontach - zdecydował się na odłożenie sprawy talibów ze Swatu na później, ustępując im jednak na pewien czas w kilku kwestiach. Nie byłoby to niczym nowym w wykonaniu Pakistanu (nieco więcej o tym w artykule Wojciecha Jagielskiego lub w Dawn). Z czysto strategicznego punktu widzenia prowincja ta ma znaczenie drugorzędne - tak dla operacji przeciw talibom w Pakistanie, jak i po drugiej stronie granicy, a więc w Afganistanie. Jeśli okazałoby się to prawdą, zarówno wojska ISAF, jak i pakistańska armia miałaby znacznie ułatwione zadanie, bo podstawowe znaczenie w tej wojnie mają prowincje położone bezpośrednio przy granicy - a przede wszystkim te "zrzeszone" w Federalnie Administrowanych Terytoriach Plemiennych (FATA).

Niestety, wydaje się wręcz niemożliwe, aby rebelianci z Doliny Swat byli na tyle naiwni by pozwolić wojskom rządowym po kolei rozprawiać się z innymi pasztuńskimi/talibskimi komendantami - na pewno są świadomi tego, że i na nich kiedyś przyjdzie czas, jeśli zawrą długotrwały rozejm. Najprawdopodobniej więc sami talibowie też grają na zwłokę, a wkrótce, po przegrupowaniu, uzupełnieniu zapasów, ruszą w dalszą walkę.

Być może jednak Zardari i armia liczą na to, że lepiej poukładać się z pakistańskimi talibami, póki jeszcze sytuacja w regionach innych niż FATA i Pólnocno-Zachodnia Prowincja Graniczna znajduje się nadal pod kontrolą Islamabadu, a przy okazji - zrobić wszystko aby idee fundamentalistów nie rozprzestrzeniły się poza kontrolowane dotychczas przez nich prowincje. Oznaczałoby to zapewne faktyczne, pełne i długotrwałe uznanie szariatu za system prawa oficjalnie obowiązujący na pograniczu. I.A. Rehman, pakistański publicysta i działacz społeczny, pisze w Dawn, że w przypadku Pakistanu idea prawa koranicznego w wielu miejscach cieszy się dużym uznaniem głównie dlatego, że nigdy nie została w tym kraju wprowadzona w życie - istnieje więc jako pewien zbiór wyobrażeń, często zupełnie odmiennych od tego, czym jest w rzeczywistości. I tu - pisze Rehman - szansa dla rządu w Islamabadzie: tak surowe prawo szybko wyjdzie bokiem Pakistańczykom, nawet tym żyjącym na pograniczu i to oni sami odrzucą fundamentalizm. Dlatego też, jego zdaniem, warto poszerzyć autonomię regionów przygranicznych.

Abstrahując już od oceny prawdopodobieństwa takiego rozwoju wydarzeń, trzeba stwierdzić, że jest to pomysł nie pozbawiony logicznych podstaw, w pewien sposób pragmatyczny i de facto jedynie sankcjonujący istniejący stan rzeczy. Mimo to, niesie on ze sobą ogromne niebezpieczeństwo: we współczesnym świecie niezwykle trudno całkowicie zamknąć obieg idei, a i sytuacja w Pakistanie sprawia, że wszelkie radykalne idee trafią tam na niezwykle podatny grunt. Jest więc to rozwiązanie niezwykle ryzykowne, a żadne państwo nie może świadomie zdecydować się na ruch, który w niedalekiej przyszłości może je doszczętnie zniszczyć. Kluczem w tej strategii byłoby powstrzymanie wzrostu znaczenia ruchów fundamentalistycznych w innych regionach Pakistanu, co w obliczu pauperyzacji społeczeństwa, nierzadko spowodowanej działaniami lub zaniechaniami rządu, wydaje się być zadaniem niezwykle trudnym, jeśli nie niewykonalnym.

Tak czy inaczej - krótkotrwały rozejm jest na rękę obu stronom, ponieważ daje możliwość zmiany patowej sytuacji, w jakiej się obecnie znajdują. Jak na razie - na punkty - wygrywają rebelianci, ale nietrudno zauważyć, że nie będą oni w stanie szybko zadać ciosu, po którym rząd w Islamabadzie znajdzie się na deskach; ten zaś - choć na pierwszy rzut oka na razie przegrywa - najwyraźniej  chce zebrać siły, by cios ten wyprowadzić za pewien czas. Do tego momentu, chce grać na remis - a to o tyle niebezpieczna taktyka, że jego zdeterminowny przeciwnik może uznać to za słabość i - podbudowany wizją łatwego zwycięstwa - zaatakuje zacieklej niż zazwyczaj.

dev

Zdjęcie: usatoday.net, blog.reuters.com.      


       
wtorek, 03 lutego 2009
Irańska rakieta Safir-2 (Xinhua.net/Reuters Photo)
Trzydziestą rocznicę islamskiej rewolucji Iran uczcił umieszczając na orbicie swojego pierwszego satelitę. Musiało to wywołać potężną dawkę niepokoju na niemal całym świecie. Czy słusznie?

Satelita noszący nazwę Omid ("Nadzieja") zdaniem szefa irańskiej dyplomacji ma być wykorzystywany jedynie w celach pokojowych i - według Johna Pike'a z GlobalSecurity.org - jego żywot zakończy się za około dwa miesiące, gdy wejdzie on ponownie w atmosferę. Jednak to nie sam satelita, lecz rakieta, która wyniosła go w przestrzeń kosmiczną budzić ma niepokój społeczności międzynarodowej: jeśli za jej pomocą Iranczykom udało się umieścić obiekt na orbicie, to być może na jej bazie w przyszłości będą mogli opracować strategiczną rakietę balistyczną zdolną do przenoszenia broni nuklearnej. 

Być może ku zaskoczeniu niektórych, stwierdzę jednak, że poniedziałkowy start nie jest wcale kamieniem milowym w rozwoju irańskiego arsenału rakietowego. W kwestiach technicznych, start rakiety Safir ("Posłaniec") nie przynosi wiele nowego irańskim naukowcom - nadal jest to bowiem projekt bazujący na przestarzałym pocisku Szahab-3 (wykorzystywanym jako pierwszy człon). Jest to przestarzała konstrukcja, która osiągnęła już najprawdopodobniej maksimum swoich możliwości: wykorzystując ciekłe paliwo, nigdy nie stanie się ona bazą dla niezawodnych, łatwych w użyciu rakiet balistycznych, których stworzenie jest warunkiem wstępnym do osiągnięcia wyraźnej strategicznej przewagi na Bliskim Wschodzie.

Oczywiście, patrząc na zagadnienie z drugiej strony możemy dojść do wniosku, że test ten pokazuje, że i Szahab-3 może być całkiem skuteczną rakietą. Mimo to, start Safira, choć na pewno w pewien sposób niepokojący, niewiele zmienia w sferze zdolności rakietowych Iranu - w tej kwestii za kamień milowy uznałbym listopadowy test Sidżdżila. Pocisk ten napędzany jest paliwem stałym, co czyni go nie tylko znacznie bardziej niezawodnym i prostszym w obsłudze, ale i znacznie skraca czas potrzebny do jego operacyjnego użycia. Jedynie taka konstrukcja może być z powodzeniem zastosowana na współczesnym polu walki i to właśnie w tym kierunku swoje badania od lat ukierunkowuje Iran. 

Cała operacja nastawiona jest na wywarcie określonego efektu propagandowego, zarówno w samym Iranie, jak i poza jego granicami. W sferze wewnętrznej Mahmud Ahmadineżad gra na dumie rodaków: oto Iran dołącza do bardzo elitarnego grona dziewięciu państw, które są w stanie samemu umieścić własnego satelitę na orbicie okołoziemskiej. Dzięki temu nie tylko ukazuje własny rząd w znacznie lepszym świetle, ale i odciąga tym samym uwagę Irańczyków od bieżących kłopotów gospodarczych kraju. Sukces Safira zmienia także ewentualną pozycję Iranu w rozmowach z nowym prezydentem USA, Barackiem Obamą. Oba te czynniki są nie bez znaczenia w kontekście czerwcowych wyborów prezydenckich w Iranie, w których obecny prezydent wcale nie jawi się jako pewny faworyt do zwycięstwa.

Start Safira nie jest więc przełomem w irańskim programie rakietowym i nie przybliża znacznie Teheranu do posiadania efektywnego systemu przenoszenia broni atomowej - ma natomiast bardzo konkretne i praktyczne zastosowanie propagandowe. Czy Ahmadineżadowi uda się zdyskontować ten sukces i wygra wybory prezydenckie? Na razie trudno dać jednoznaczną odpowiedź - wszystko zależy od tego, ile podobnych asów w rękawie trzyma obecna administracja.

Artur   

Zdjęcie: Xinhua.net/Reuters Photo.


niedziela, 01 lutego 2009

Nie należy się jednak łudzić, że wraz ze zniszczeniem państwa stworzonego przez Tygrysy, poparcie dla tej organizacji wśród tamilskiej społeczności spadnie; wręcz przeciwnie – można oczekiwać wzrostu poparcia. Dowodzona przez generała Saratha Fonsekę operacja przeciw rebeliantom nie jest chirurgicznym uderzeniem w stylu do jakiego przyzwyczaili nas Amerykanie, Europejczycy czy – mimo wszystko – Izrael; jest to raczej klasyczna wojna z ogromną ilością ofiar po obu stronach, w której w równym stopniu cierpią dziesiątki, jeśli nie setki, tysięcy niewinnych cywilów, jak i wojska biorące udział bezpośrednio w konflikcie. O dramatycznej sytuacji w północnych regionach wyspy alarmują organizacje pozarządowe - około 250 tysięcy osób może przebywać w rejonach ogarniętych najcięższymi walkami. Niestety, najprawdopodobniej, ani Tamilskie Tygrysy, ani wojsko rządowe nie mają zamiaru pozwolić im opuścić strefę wojny i zrzucają odpowiedzialność za ich los na drugą stronę, oskarżając ją o zbrodnie przeciwko ludzkości.

W tej sytuacji, niechęć Tamilów do mieszkających na południu – i popierających rząd w Kolombo – Syngalezów będzie zapewne jedynie wzrastać. Pokój może zapewnić jedynie włączenie Tamilów do głównego nurtu życia społecznego na wyspie; jak zwykle więc, oprócz kija, trzeba zaoferować także marchewkę. Czy prezydentowi Radżpakse uda się zaoferować ludności tamilskiej alternatywę dla Tygrysów? Obawiam się, że nie ma on pomysłu na zagospodarowanie luki, która powstanie po eliminacji oficjalnych struktur tamilskiego quasi-państwa: niechętnie patrzy na propozycje dania Tamilom choćby namiastki autonomii, a bez tego ciężko liczyć na ich przychylność. Rządy w Kolombo wielokrotnie próbowały pomagać konkurencyjnym wobec LTTE frakcjom politycznym o zdecydowanie bardziej ugodowym charakterze, ale dotychczas próby te kończyły się niepowodzeniem.   

Zarówno ciężki los ludności tamilskiej, jak i brak realnej - i satysfakcjonującej - alternatywy dla władzy LTTE, sprawiają, że niezwykle trudne będzie zburzenie bazy społecznej, na której swoją potęgę opierały Tygrysy. Poparcie dla dążeń separatystycznych jest wśród Tamilów od lat wysokie, a ostatnie wydarzenia mogą jeszcze dodatkowo zradykalizować tą społeczność, a to ona de facto przez lata utrzymywała rządy Tygrysów. Skutkiem zniszczenia tamilskiego quasi-państwa będzie oczywiście znaczne zmniejszenie możliwości finansowych LTTE, jednak można przypuszczać, że nielegalne formy wsparcia finansowego dla separatystów zostaną utrzymane. Warto także pamiętać, że szczególnie duże znaczenie dla finansowania walki z armią lankijską ma liczna i radykalna diaspora tamilska. Szacuje się, że od 1983 roku ze Sri Lanki wyemigrowało około 800 tysięcy Tamilów, w większości do państw Zachodu, a ponadto Tamilowie są jedną z liczniejszych grup etnicznych zamieszkujących południowe stany Indii (Tamil Nadu). Otrzymywane od tych grup fundusze nie dość, że od lat stanowią najprawdopodobniej jedno z głównych źródeł utrzymania LTTE, to - w odróżnieniu od podatków - są jeszcze całkowicie niezależne od posiadania przez Tygrysy zwierzchnictwa nad jakimkolwiek terytorium. Wiedząc jak wielkim problemem, nawet dla państw znacznie lepiej rozwiniętych niż Sri Lanka, jest kontrola nielegalnych transferów międzynarodowych, można zakładać, że pieniądze z zagranicy będą długo jeszcze napływać szerokim strumieniem do separatystów.   

Czarne Tygrysy - samobójcza jednostka LTTEKoniec tamilskiego państwa jest jednocześnie końcem wojny domowej, ale niestety tylko w jej konwencjonalnej odsłonie. Pozbawione bazy logistycznej, Tygrysy będą musiały przejść do zupełnie innej fazy konfliktu: walki całkowicie asymetrycznej, co zapewne tylko nasili cały konflikt – LTTE znane jest bowiem, jako jedna z najlepiej zorganizowanych i najskuteczniejszych organizacji terrorystycznych. Szczególnie ważnym momentem w rozwoju organizacji było powołanie na początku lat 80. oddzielnej, elitarnej jednostki do zadań specjalnych - Czarnych Tygrysów, znanej ze swojego bezgranicznego i bezwarunkowego wręcz poświęcenia sprawie tamilskiej. Oddanie to było/jest na tyle silne, że to Czarne Tygrysy stały się de facto pionierami samobójczych zamachów bombowych: to one miały skonstruować i po raz pierwszy użyć "pas samobójców" przeciw Radżiwowi Gandhiemu, byłemu premierowi Indii w roku 1992. Dotychczas jednostka miała przeprowadzić kilkaset akcji bojowych - nie tylko samobójczych zamachów, ale i na wpół samobójczych misji wojskowych i zabójstw politycznych. Wraz z utratą terytorium liczba ta może jednak drastycznie wzrosnąć - LTTE zapewne będzie przeprowadzać desperackie ataki na oślep, mające na celu wywołanie jak największej paniki wśród ludności wyspy.

Paradoksalnie więc, pozbawione terytorium LTTE może stać się znacznie groźniejsze dla stabilności lankijskiego państwa. Własne quasi-państwo znacznie zmniejszało elastyczność organizacyjną Tygrysów, w pewien sposób nakazywało rozsądek i pewną dozę odpowiedzialności za los ludzi im podległym; było tym, czego Tygrysy pragnęły najbardziej, ale zarazem i tym, co najbardziej wiązało im ręce. O tym, że w antysystemowej działalności sztywna organizacja jedynie przeszkadza, najlepiej świadczy przykład al-Kaidy: będącej de facto konfederacją wielu różnych ruchów terrorystycznych, powiązanych ze sobą w sposób sieciowy, a nie hierarchiczny, co znacznie utrudnia ich rozbicie. Oczywiście, znacznie łatwiej zastosować ten model w przypadku organizacji nastawionych czysto destrukcyjnie, jak wspomniana al-Kaida, niż konstruktywnie, jak - mimo wszystko - Tamilskie Tygrysy, lecz w sytuacji tak dramatycznej, jak ta w której znalazło się to drugie ugrupowanie, wydaje się nie mieć to większego znaczenia.

Dotychczas, LTTE wykazywało się zadziwiająco dużą - jak na opisane powyżej warunki - dozą elastyczności, jednak ta zmiana wymaga całkowitego przeorientowania organizacji. W obecnym kształcie Tygrysy nie są już w stanie walczyć z wojskami rządowymi w konwencjonalny sposób, a asymetryczny konflikt - który je czeka w najbliższej przyszłości - wymaga gruntownej przebudowy organizacyjnej LTTE. Jeśli Prabhakaranowi uda się w krótkim czasie zreorganizować własną organizację z modelu hierarchicznego na sieciowe, Sri Lankę czeka jeszcze wiele lat krwawego konfliktu; jeśli nie - Tamilskie Tygrysy czeka wymarcie. 

Artur


czwartek, 29 stycznia 2009
Na naszych oczach na Sri Lance kończy się jedna z najdłuższych i najbardziej krwawych wojen domowych współczesnego świata. Niewykluczone jednak, że dla wyspy jest to dopiero początek prawdziwego horroru.

Lankijskim żołnierzom udało się odbić z rąk Tamilskich Tygrysów (LTTE) ostatnie podległe ich władzy większe miasto - położone na wschodnim brzegu wyspy, zamieszkane do niedawna przez niemal 40 tysięcy osób, a dziś w dużej mierze opustoszałe, Mullaitivu. Jest to efekt noworocznej ofensywy wojsk rządowych na terytoriach północnej i północno-wschodniej Sri Lanki, której celem było ostateczne zduszenie tamilskiej rebelii. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że cel ten został osiągnięty i ostatnie przyczółki Tygrysów systematycznie zostają niszczone przez armię rządową. Lankijski prezydent Mahinda Radżpakse oraz jego generałowie, twierdzą, że rok 2009 będzie ostatnim, w którym słyszeć będziemy o Tamilskich Tygrysach. Czy to koniec wojny domowej na Sri Lance? A może to dopiero początek jeszcze bardziej krwawego konfliktu?

Tamilskie Tygrysy to jedna z najciekawszych organizacji paramilitarnych współczesnego świata, która  - ze względu na niezwykle szeroki wachlarz prowadzonych działań - wymyka się każdej spośród kategorii, do której można by ją, na pierwszy rzut oka, zaliczyć. Celem powołanej w roku 1976 przez Velupillaia Prabhakarana grupy, miało być utworzenie, niezależnego od rządu w Kolombo, państwa Tamilów (Tamilski Ilam) na północnych terytoriach Sri Lanki. Od roku 1983 na wyspie nieprzerwanie trwa wojna domowa, od czasu do czasu wzmagając się (jak w latach 2008–09), by później znów zelżeć. W międzyczasie LTTE parało się także przemytem narkotyków, piractwem oraz produkcją i nielegalną sprzedażą broni.

Kluczowe znaczenie dla siły tej organizacji miały trzy – nierozerwalnie ze sobą powiązane – elementy: posiadanie terytorium, nad którym LTTE sprawowało władzę, siła militarna oraz poparcie Tamilów (na Sri Lance i poza nią) dla jej działań. Te trzy czynniki sprawiały, że kolejnym rządom w Kolombo długo nie udawało się pokonać zbuntowanych Tamilów.

Zielonym kolorem zaznaczono terytoria, które miałyby wejść - zdaniem LTTE - w skład Tamilskiego Ilamu (źródło: Wikipedia)Tym, co było najbardziej charakterystyczne dla LTTE, był fakt posiadania własnego, stosunkowo rozległego terytorium, na którym faktycznie sprawowało właściwie niepodzielną władzę quasi-państwową. Cecha ta odróżniała Tygrysy od setek innych, podobnych im, organizacji na całym świecie. Jednak, jak mówi stare porzekadło, wszystko co dobre, kiedyś się kończy; tak też stało się z dobrymi czasami dla tamilskich separatystów. Skuteczna, ale zarazem brutalna ofensywa armii lankijskiej kończy - na razie przynajmniej - żywot niezależnego, choć przez nikogo nie uznawanego, tamilskiego państwa. Zepchnięte pod koniec ubiegłego roku na północny kraniec wyspy, LTTE od początku stycznia 2009 sukcesywnie traciło kolejne przyczółki o strategicznym znaczeniu: najpierw Kilinoczczi, nieoficjalną stolicę administracyjną państwa Tamilów, a później, utracone w roku 2000, Przejście Słoniowe, łączące główną część wyspy z półwyspem Dżaffna. Gdy wczoraj Tygrysy utraciły Mullaitivu, stało się jasne, że to definitywny koniec tamilskiego państwa w państwie.

Utrata terytorium wydaje się więc być najbardziej dotkliwą dla LTTE konsekwencją działań wojsk rządowych: pozwalało ono Tygrysom toczyć przez wiele lat walkę niemal jak równy z równym ze słabo wyszkoloną i nie najlepiej wyposażoną armią lankijską, wykorzystują przy tym nie tylko siły lądowe, ale i własne lotnictwo i marynarkę (a nawet - prymitywne zapewne - okręty podwodne). W ciągu ponad 25 lat zbrojnej walki, LTTE poniosło wiele porażek, ale zawsze potrafiło podnieść się z kolan – właśnie dzięki posiadaniu własnego terytorium, które zapewniało organizacji nie tylko niemały dochód i nowych rekrutów, ale było niezwykle efektywną bazą logistyczną. Po utracie własnego terytorium, niezwykle trudno będzie LTTE odbudować swoją siłę militarną i najprawdopodobniej długo jeszcze – jeśli w ogóle – nie będą w stanie zagrozić wojskom rządowym.

Przeczytaj CZĘŚĆ II >>>

Artur

Zdjęcia: Daylife.com, Wikipedia.


PolitykaGlobalna.pl

 

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 14
Zakładki:
Blogi o światowej polityce (PL)
Instytuty, think-tanki i inne
Blogi o światowej polityce (inne języki)
Inne ciekawe blogi
Media
Blox.pl
Przedruki
Zasubskrybuj blog




Polityka, gospodarka i bezpieczeństwo w ujęciu globalnym



Nakarm glodne dziecko - wejdz na strone www.Pajacyk.pl Help end world hunger

Blogi Polityczne