piątek, 08 maja 2009

Trzecim pretendentem do ewentualnej schedy po USA są Indie - największa demokracja świata, przeżywająca od kilku lat rozkwit ekonomiczny i mająca chęć na zbudowanie na tym fundamencie globalnej pozycji politycznej. Rola regionalnego mocarstwa od pewnego czasu przestaje wystarczać indyjskim decydentom, mającym świadomość tego, że ich państwo znajduje się nie dalej niż w połowie drogi, którą przez 30 ostatnich lat przeszły Chiny, a odgrywa już stosunkowo znaczącą rolę w zglobalizowanym świecie. To zacofanie Indii jest, zapewne nieco paradoksalnie, ich najmocniejszą stroną. Oznacza bowiem, że kraj ten ma jeszcze spory potencjał do wykorzystania, a w niedalekiej przyszłości czeka go wiele dużych inwestycji infrastrukturalnych. Ponadto długo jeszcze będzie mógł utrzymywać konkurencyjne wobec innych państw koszty pracy, co jest nie bez znaczenia w warunkach wzmożonej konkurencji między państwami. Jednocześnie, Indie są krajem mniej stabilnym niż autorytarne Chiny czy Rosja, bardziej podatnym na ruchy odśrodkowe wewnątrz państwa. Nieuregulowana kwestia ponad stumilionowej mniejszości muzułmańskiej, przy jednoczesnym wzroście popularności partii głoszących hindutvę, a więc hinduski szowinizm, oraz słabość władz centralnych i lokalnych w interiorze i ogromną bieda - to tylko część z czynników, które osłabiają to wielkie państwo. Indie wyraźnie odstają od Chin i Rosji na tle militarnym - nie mając okrętów podwodnych zdolnych do przenoszenia głowic atomowych, nie posiadają jeszcze tzw. triady strategicznej, będącej podstawą skutecznego systemu odstraszania nuklearnego.

Nie bez przyczyny te trzy państwa opisuję razem. Wystarczy spojrzeć na mapę, by zrozumieć, że XXI wiek będzie dla Azji przełomowy, choć niekoniecznie tylko dlatego, że rzuca ona rękawicę Zachodowi. Wydaje się, że znacznie ważniejszym zagadnieniem będzie walka między trzema opisanymi powyżej państwami o układ sił na kontynencie. Na razie stosunki między nimi można oceniać jako umiarkowanie dobre, choć oparte na surowym realizmie i niepozbawione dużej dozy nieufności. Podstawowym problemem relacji między tą azjatycką trójką jest brak formalnego, w miarę uniwersalnego forum, na którym w partnerski sposób państwa te mogłyby omawiać szczegóły swej współpracy. Powołana osiem lat temu Szanghajska Organizacja Współpracy, będąca najważniejszym obecnie kanałem konsultacji w kontynentalnej Azji, pozostaje chińsko-rosyjskim instrumentem służącym powstrzymaniu wpływów Indii (są one jedynie obserwatorem przy tej organizacji). Wydaje się więc, że jakąkolwiek próbę przełamania przez Indie status quo, pozostałe państwa potraktują ostro. Trzeba też pamiętać, że Azja to nie tylko te trzy kolosy, ale i szereg innych państw, które mogą stanowić o przyszłości kontynentu: nadal silna gospodarczo Japonia starająca się uzyskać większe znaczenie polityczne, często niedoceniana Korea Południowa, Tajwan czy ambitny  i pozostający nieco na uboczu Iran. Na tym nie koniec - status prawnomiędzynarodowy Tajwanu, rozpadający się Pakistan, wojna w Afganistanie i ekspansja radykalnego islamu w kierunku północy i wschodu zapewne na długie lata zaprzątną głowy przywódców najważniejszych państw w tym regionie; to - wraz ze wspomnianą wyżej rywalizacją i problemami wewnętrznymi - sprawi, że przywódcy wschodzących mocarstw azjatyckich będą mieć znacznie ograniczone pole manewru na arenie globalnej.

Spośród państw BRIC najbardziej niedoceniana bywa Brazylia. Niesłusznie. Państwo to posiada wiele atutów, które mogą przesądzić o jego przyszłej roli w polityce międzynarodowej i, co ciekawe, we w miarę harmonijny sposób łączy cechy Rosji, Indii i Chin. Podobnie jak ta pierwsza, posiada bogate złoża surowców naturalnych, m.in. ropy naftowej, gazu ziemnego, węgla kamiennego oraz uranu, z których korzysta sama lub je eksportuje. Mimo to, od kryzysu naftowego z roku 1973, stara się w jak największym stopniu zapewnić sobie samowystarczalność w zakresie energetyki, zastępując paliwa oparte na ropie tymi bazującymi na alkoholu (produkowanego z trzciny cukrowej) i inwestując w hydroelektrownie. Tak jak Indie, Brazylia jest państwem demokratycznym, co, dzięki elastyczności w sprawach społeczno-politycznych - przynajmniej w teorii - zapewnia jej większą stabilność w dłuższej perspektywie czasowej. Pewien stopień podobieństwa do Chin wyraża się w dobrze rozwiniętym, nowoczesnym przemyśle, nastawionym w dużej mierze na eksport produktów lub półproduktów do bogatszych państw.

Czy to wystarczy, aby dołączyć do elitarnego klubu skupiającego największe potęgi świata? Być może nie starczyłoby, gdyby nie fakt stosunkowo dogodnego położenia geopolitycznego, które poskąpiło Brazylii wielu konkurentów do regionalnego przywództwa. Najbliższym państwem o podobnym potencjale są tak naprawdę Stany Zjednoczone, bowiem sytuacja w Meksyku - nie tylko ze względu na ogniska świńskiej grypy, ale przede wszystkim z powodu niestabilności wywołanej walką z gangami narkotykowymi - na dzień dzisiejszy wyklucza go z tej rywalizacji. Wzrost znaczenia Brazylii ma zresztą podwójny wymiar: nie tylko geopolityczny, ale i symboliczny - jako kolejny krok w emancypacji Ameryki Południowej. W tym ujęciu byłoby to drastyczne - i zapewne ostateczne - załamanie się pozycji i roli USA w regionie, który Stany tradycyjnie uważały za sferę własnych, wyłącznych wpływów. Ciężko dziś wyrokować, czy Waszyngton jest w stanie obronić swoje interesy oraz status hegemona w zachodniej hemisferze, na pewno jednak - mimo kurtuazyjnych gestów Obamy wobec Luli - nie przyjdzie mu łatwo pogodzić się z tą stratą. 

Mimo wszystkich tych przesłanek, analiza perspektyw rozwoju pozycji międzynarodowej państw grupy BRIC wydaje się być trochę jak dzielenie skóry na żywym jeszcze niedźwiedziu. Stany Zjednoczone, choć bez wątpienia osłabione, nadal mają się bowiem całkiem dobrze: pozostają jedynym supermocarstwem, zdolnym do skutecznych działań w skali globalnej, o ogromnym potencjale politycznym, militarnym, społecznym i ekonomicznym. Razem z Unią Europejską - największym organizmem gospodarczym świata, USA kilkunastokrotnie przewyższają pretendentów do globalnego przywództwa w każdej z tych dziedzin. Zachód ma oczywiście swoje problemy, ale twierdzenie, że państwa BRIC ich nie mają jest tworzeniem iluzji. Mają ich bowiem pod dostatkiem i wcale nie jest jasne, czy są w stanie znaleźć na nie skuteczne recepty.

Artur

Zdjęcia: moneycontrol.com, portlandtribune.com.


KLIKNIJ!

wtorek, 05 maja 2009
Obecny kryzys gospodarczy może ugruntować kierunek, w którym poszedł świat dwadzieścia lat temu. Może też go radykalnie zmienić.

Przełom roku 1989 i 1990 stał się kamieniem węgielnym nowego porządku globalnego: wraz z rozpadem bloku wschodniego i powolną śmiercią ZSRR, na arenie międzynarodowej pozostało jedno supermocarstwo - USA. Nowy ład międzynarodowy Charles Krauthammer ochrzcił na łamach Foreign Affaires mianem systemu jednobiegunowego (unicentrycznego). Miał on opierać się na hegemonicznej pozycji Stanów Zjednoczonych, dysponujących ilościową i jakościową przewagą w każdej niemal kwestii nad państwami, które mogłyby aspirować do miana graczy globalnych. Przez pierwsze dziesięciolecie wydawało się, że USA kroczą pewnym krokiem do światowej dominacji.

Dziś jednak, teza Krauthammera uznawana jest - nie bez przyczyny - za nazbyt optymistyczną dla USA. Uważa się, że świat jednobiegunowy był jedynie stanem przejściowym, pomostem łączącym system dwublokowy drugiej połowy XX wieku z nowym porządkiem światowym, który wyrasta i umacnia się na naszych oczach. Jego cechą charakterystyczną ma być multipolarność, a więc wielość równorzędnych ośrodków kształtujących politykę międzynarodową. Pogląd ten, moim zdaniem, też jest jednak zbyt optymistyczny dla państw-pretendentów. Mimo iż kryzys jest dla nich ogromną  szansą na to, aby zdetronizować osłabione USA, ich strukturalne problemy stawiają taką możliwość pod znakiem zapytania.

Najczęściej wśród państw, które mogłyby włączyć się do rywalizacji o globalne przywództwo, wymienia się Brazylię, Rosję, Indie oraz Chiny (tzw. kraje BRIC), ewentualnie dodając jeszcze do nich Meksyk i Koreę Południową. Już pobieżny rzut oka na te państwa musi dać nam obraz tego, jak bardzo zróżnicowany - ekonomicznie, społecznie i politycznie - jest to klub. Mamy w nim dwa mocarstwa o ugruntowanej pozycji politycznej, a więc Rosję i Chiny, oraz dwóch całkowicie nowych graczy - Brazylię i Indie; patrząc na nie pod kątem gospodarczym, widać, że Chiny i Indie specjalizują się produkcji i eksporcie dóbr i usług, podczas gdy Brazylia i Rosja opierają swój rozwój na wydobyciu i sprzedaży bogactw naturalnych. Ciągnąc dalej - Indie i Brazylia są państwami w miarę demokratycznymi, podczas gdy Rosja i Chiny to autorytarne reżimy rodem z XX wieku. Tym, co zbliża te państwa nie jest więc jakaś spójna wizja rozwoju, ale chęć podwyższenia swojego statusu międzynarodowego oraz morze problemów przed jakimi stoją lub stać będą za kilka lat.

Spośród państw BRIC, najważniejszym na pewno są - i będą w przyszłości - Chiny, pełniące obecnie rolę fabryki zglobalizowanego świata. Wbrew temu, co sądzą niektórzy, przed ChRL piętrzą się jednak coraz bardziej palące problemy, które mogą uniemożliwić Pekinowi udany finisz w biegu po czołową pozycję na globalnej szachownicy. Choć wydaje się, że kryzys gospodarczy obszedł się z Chinami wyjątkowo łagodnie, chińscy przywódcy nie mogą spać spokojnie. Wzrost gospodarczy w przyszłości będzie nadal na wysokim poziomie, choć raczej nie uda się powrócić do dwucyfrowych wskaźników sprzed kilku lat. Większym problemem jest jednak sytuacja społeczna wewnątrz Chin. Zachowanie względnie wysokiego tempa rozwoju ekonomicznego Chińczycy okupili zwiększeniem bezrobocia, które szczególnie mocno dotknęło najniższe warstwy społeczne. W dłuższej perspektywie Państwo Środka czekają zmiany społeczne równie gwałtowne, co wzrost gospodarczy w ubiegłych dekadach. Młodzi, niewykwalifikowani robotnicy, którzy nie będą mogli zrealizować własnych aspiracji, tak na polu zawodowym, jaki osobistym, staną się czynnikiem rozsadzającym reżim od wewnątrz: w Chinach istnieje ogromny, bo kilkudziesięciomilionowy, stale pogłębiający się "deficyt" kobiet w wieku 15-64 lat, który sprawia, że mężczyźni ci, pracując za marne pieniądze i nie mając perspektyw awansu społecznego, już teraz mają ogromny problem z założeniem rodzin. To ich szczególnie dotknęły zwolnienia związane z ograniczaniem produkcji w czasach kryzysu i to oni, a wraz nimi niezadowoleni ze swojego położenia mieszkańcy biednego, zacofanego zachodu kraju, a nie - jak niektórzy sądzą - korzystająca z dobrodziejstw globalizacji klasa średnia, mogą stać się przyczynkiem drastycznych (choć zapewne niedemokratycznych) zmian w Państwie Środka.

Chiny czeka również wiele innych, nierzadko trudnych problemów do rozwiązania: reformy wymaga system emerytalny, nie radzący sobie z szybko starzejącym się społeczeństwem, a gospodarka nadal jest za bardzo uzależniona od eksportu. Odmiennym zagadnieniem jest stan chińskich sił zbrojnych; choć w ich modernizację pompowane są co roku ogromne kwoty (oficjalnie ok. 70 mld $, nieoficjalnie - zapewne dwa razy więcej), ich jakość nadal jest dyskusyjna. Szczególne braki odczuwa marynarka, ciągle niezdolna do działań w skali globalnej. Warto także zwrócić uwagę na to, że Chinom nie opłaca się podważać na razie status quo, bowiem pozycja "drugiego w hierarchii" bardzo im odpowiada - nie traktują więc jeszcze siebie jako bezpośredniego konkurenta dla USA.

Również droga Rosji do światowej ekstraklasy nie jest usłana różami. Federacja Rosyjska boryka się z wieloma problemami, a podstawy jej rozwoju są na pewno mniej stabilne niż te, na których budują swoją pozycję Chiny. Obecnie, największym kapitałem Rosji na arenie międzynarodowej jest jej potężny arsenał atomowy, zaś gospodarczo i demograficznie jest to państwo nie posiadające zasobów pozwalających na realizację supermocarstwowych ambicji. O ile Chiny mają jeszcze ogromny "zapas mocy" w zanadrzu, Rosja przez ostatnich kilka lat jechała już najprawdopodobniej na najwyższych obrotach - głównie dzięki wysokim cenom surowców energetycznych. Jej przyszłość zależeć będzie od tego, czy uda się jej wystarczająco szybko przestawić swoją gospodarkę na modernizacyjne tory. Tak czy inaczej, Rosja na pewno pozostanie mocarstwem regionalnym aspirującym do roli globalnego lidera, choć najprawdopodobniej jej status będzie oparty jedynie na sile jej potencjału nuklearnego.

Artur

Zdjęcia: DefesaBR.com, beppegrillo.it. 


KLIKNIJ!

 

poniedziałek, 13 kwietnia 2009

 <<< CZĘŚĆ I (Czy Europa znów stanie w płomieniach? Casus Grecji)

Zupełnie odmienna sytuacja panuje tysiąc kilometrów na północ od ogarniętych wywołanymi przez lewicowe organizacje terrorystyczne zamieszkami miast greckich. Na Węgrzech z każdym dniem rosną w siłę ugrupowania z przeciwnego bieguna sceny politycznej.

Bardzo obrazowo opisał nastroje sporej części społeczeństwa węgierskiego Bogdan Góralczyk w Gazecie Wyborczej (27-28/03/2009). W swoim artykule, były ambasador RP na Węgrzech opisuje rosnącą falę nastrojów skrajnie prawicowych, której początek dało - legendarne już - wystąpienie socjalistycznego premiera Ferenca Gyurcsany'ego z roku 2006, w którym przyznał się do przedwyborczych kłamstw. Od tego momentu, Węgry pogrążone są w wewnętrznym chaosie politycznym. Gospodarczo, znajdowały się jeszcze do niedawna na skraju bankructwa, ale dzięki pomocy międzynarodowej udało się im uniknąć sytuacji, w jakiej nieco wcześniej znalazła się Islandia. Politycznie, sytuacja ekonomiczna zaostrzyła nastroje społeczne na tyle, że dziś Węgry, podobnie jak i Grecja, jest państwem w pewnej mierze dysfunkcjonalnym.    

Nieszczęścia ponoć chodzą parami i przykład Węgier dobrze to obrazuje: obecny kryzys jedynie zaostrzył podziały społeczno-polityczne od lat trawiące ten kraj od środka. Wypowiedź Gyurcsany'ego sprzed dwóch lat stała się jedynie katalizatorem, który sprawił, że węgierska skrajna prawica nabrała sił. Mocne odchylenie Węgrów w kierunku prawicowej ideologii potwierdzają najnowsze sondaże opinii publicznej, które dają konserwatystom z Fidesz poparcie ok. 40% badanych (a wśród osób zdecydowanych uczestniczyć w wyborach aż 61%!), a skrajnie prawicowej partii Jobbik - nieco ponad 5%, stanowiące próg wyborczy. Oprócz nich, w parlamencie znaleźliby się jeszcze tylko socjaliści (25%); pozostałe partie, w tym i tradycyjny języczek u wagi w latach ubiegłych, a więc liberałowie z SzDSz, nie przekroczyłyby progu wyborczego. Choć w ewentualnych wcześniejszych wyborach większość zdobyłaby partia w miarę umiarkowana, "zasiedziała" w politycznym establishmencie, w większości uznająca pewien demokratyczny kanon wartości za elementarny dla nowoczesnego państwa i społeczeństwa, to nacjonaliści z Jobbik (co ciekawe, określający Fidesz jako partię centrolewicową!) zasiadający w parlamentarnych ławach na pewno nie są najlepszą prognozą na przyszłość. Ich błyskawiczna kariera może jeszcze przyspieszyć: wszystko zależy od tego, jak Węgrzy poradzą sobie z kryzysem gospodarczym; zakładając, nie bez podstaw, że ani obecnie rządzący socjaliści, ani Fidesz nie są w stanie szybko wyprowadzić kraj z zapaści, grono zwolenników prawicowej ekstremy może jeszcze wzrosnąć.  

Źródło: JezWegierski.blox.plChoć może wydawać się to nieco dziwne, zadziwiająco dużo Węgrów nadal czuje się skrzywdzonych traktatem z Trianon z roku 1920, na mocy którego Królestwo Węgier straciło ponad 2/3 terytorium oraz połowę ludności. Co ważne, resentymenty związane z tym wydarzeniem nie są marginesem życia społeczno-politycznego Węgier, ale stosunkowo ważnym jego elementem, obecnym w codziennym życiu mieszkańców tego kraju. Najlepszym źródłem informacji o Węgrzech jest moim zdaniem blog Jeża Węgierskiego i to na jego budapesztańskich obserwacjach - oraz zdjęciach - postaram się bazować.

Wielkie Węgry - a więc te sprzed roku 1920 - jako symbol lepszych czasów, stały się podstawowym elementem, mniejszych czy większych, prawicowych demonstracji i wieców, które od roku 2006 zdążyły wtopić się w krajobraz miejski Budapesztu, w taki sposób, że niedługo staną się chyba kolejnym symbolem tego miasta. Ludzie biorący w nich udział, na pierwszy rzut oka nie mają ze sobą niemal nic wspólnego: wśród hałaśliwych, agresywnych skinheadów, kiboli i węgierskiej odmiany dresiarzy, stoją stateczni - zdawać by się mogło - panowie w średnim wieku, a obok nich, wywijającym tradycyjne hołubce kobietom w strojach ludowych, przygrywają pseudo-gotyckie kapele. Dodatkowego smaczku - i to dosłownie - dodają garkuchnie i nachalni sprzedawcy asortymentu patriotyczno-propagandowego, okraszając to całe przedziwne zjawisko szczyptą komercji. Kicz? Na pewno. Ale z własnego doświadczenia wiem, że nastroje wśród uczestników tych demonstracji są nad wyraz poważne. Tu nie chodzi - tak jak w przypadku demonstracji NOP i Młodzieży Wszechpolskiej w Polsce - o zwrócenie na siebie uwagi przez zmarginalizowane ugrupowania polityczne, ale o faktyczne niezadowolenie, prawdziwą frustrację i gniew, który szybko przeradza się w agresję. I o prawdziwe poparcie pewnej - znacznie większej od promila - części społeczeństwa.

Symbol Wielkich Węgier pojawia się zresztą nie tylko w tak poważnych sytuacjach. Wspomniany wcześniej Jeż Węgierski, pisał kiedyś, że w dzielnicowej gazetce znalazł krzyżówkę w kształcie - a jakżeby inaczej - państwa węgierskiego w granicach sprzed 1920 roku. Innym razem, przechadzając się po parku Városliget, natknął się na wynajmowane turystom spacerowe czterokołowce z wymalowanym z tyłu oparcia kształtem Wielkich Węgier "w połowie w pasy Árpádów a w połowie w kolorach flagi węgierskiej z podwójnym krzyżem z herbu" (jak pisał Jeż i jak możecie zobaczyć na jego zdjęciu). Jakby tego było mało, każdy z pojazdów został ochrzczony nazwą miasta niegdyś należącego do Węgier, a obecnie znajdującego się na terytorium jednego z ich sąsiadów. Przesada? Skądże znowu - dla wielu to normalność. Tak jak i motocykliści-goje czy Wielkie Węgry ukrzyżowane lub na zastawie stołowej w restauracji w Esztergomie, pierwszej stolicy Węgier.   

Plac przed Parlamentem (2006; źródło: Jeż Węgierski)Nie mogące pogodzić się ze swoją przeszłością Węgry są zdaniem ich sąsiadów problemem, który w przyszłości może doprowadzić do wzrostu napięć w tym regionie Europy. Fala resentymentów szczególnie niepokoi Słowację i Rumunię, w których nie tylko mieszka łącznie blisko 2 mln Węgrów, ale i w obrębie ich granic znajdują się ziemie przez Madziarów uznawane za rdzennie węgierskie - Siedmiogród i Południowa Slowacja. Wraz z umacnianiem się skrajnej prawicy na Węgrzech, sąsiednie państwa coraz bardziej zaczynają obawiać się ewentualnych konsekwencji tego procesu, z odkurzeniem idei Wielkich Węgier i postulatami rewizji granic włącznie. Choć wydaje się to być czystym political fiction, by przy obecnym układzie sił w Europie jakakolwiek próba zmiany ustalonych granic mogła mieć miejsce, dołączenie do głównego nurtu polityki nad centralnym odcinkiem Dunaju, partii sugerującej ponowne zespolenie wszystkich ziem węgierskich musi wzbudzać obawy rządów w Bratysławie i Bukareszcie.

Strach ma oczywiście wielkie oczy - choć Gwardia Węgierska wyglądać może jak nazistowskie SA, a trauma Trianon być może wielu Węgrom nie daje spać po nocach, Węgry nie są, i nie staną się, drugą III Rzeszą. Nie możemy jednak zapominać, że radykalizm nie jest chorobą, na którą Europejczycy się uodpornili. Problemy Grecji i Węgier pokazują, jak niewiele trzeba, by masowy ekstremizm polityczny ponownie stał się problemem dzielącym społeczeństwa i państwa naszego kontynentu. Czas zdać sobie sprawę, że fundamenty naszej przyszłości wcale nie są tak solidne, jak chcielibyśmy - frustracja, zaszłości historyczne, przekonanie o nieudolności państwa oraz atomizacja społeczeństw, skutkująca brakiem rozwiniętego systemu instytucji demokratycznych i społeczeństwa obywatelskiego, mogą szybko zmienić sen o zjednoczonej Europie, jako prosperującym obszarze bezpieczeństwa i stabilności, w znany od setek lat koszmar. I co z tego, że mądre przysłowie mówi, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, skoro dobrze wiemy, że mało kto słucha mądrości ludowych. Szczególnie w trudnych czasach.

Artur

Wszystkie zdjęcia pochodzą z blogu Jeża Węgierskiego - http://jezwegierski.blox.pl.


KLIKNIJ! 

sobota, 04 kwietnia 2009

Dzięki ponad dwóm dekadom spokoju, Europejczycy zapomnieli, że stabilność, bezpieczeństwo i demokracja nie są dane raz na zawsze; jeśli czasem mała iskierka potrafi rozsadzić nawet opresyjne systemy totalitarne, dlaczegóż nie miałaby roznieść w pył demokracji?

Przez lata dobrobytu łudziliśmy się, że choć historia świata wcale się nie skończyła, jak twierdził Francis Fukuyama, to jej wyroki będą dla nas wyjątkowo łaskawe. W swoim zaślepieniu, nieprędko zauważyliśmy, w jak wielkim błędzie byliśmy. Ataki z 11 września 2001 roku uświadomiły nam, że świat pozostał równie, lub nawet stał się bardziej niebezpieczny niż przed upadkiem żelaznej kurtyny. Kolejne, choć mniej już spektakularne, zamachy w Londynie i Madrycie wytworzyły w nas przekonanie, że wszystko co osiągneliśmy - sprawnie działające pańswa, ich dobrobyt, stabilność i bezpieczeństwo - może być zagrożone nie tylko z zewnątrz, ale i od wewnątrz. Mimo to, swego rodzaju nieszczęściem dla Europy był fakt, że za zamachami stali imigranci z Maroka (Hiszpania) i Pakistanu (Wielka Brytania). Choć problem fundamentalizmu części europejskich muzułmanów jest moim zdaniem nierzadko rozdmuchiwany, częstokroć wyłącznie w celach doraźnej polityki, naiwnością byłoby twierdzić, że w ogóle on nie istnieje; dodatkowo, w percepcji ogromnej części społeczeństw państw europejskich - słusznie czy nie - nierozerwalnie złączył się on z kwestią niezasymilowanych imigrantów. Młodzi, pozbawieni pracy i perspektyw potomkowie imigrantów z byłych europejskich kolonii stali się nie tylko kozłem ofiarnym (przyznać trzeba, że na własne życzenie), ale i wymówką, dzięki której mogliśmy żyć w spokoju, myśląć, że "ich" radykalizm i irracjonalizm "nam" jest obcy. I tu znów się pomyliliśmy.

Wystarczył kryzys finansowy, by radykalizm drzemiący w europejskich społeczeństwach uaktywnił się na nowo. Podsycany narastającą od lat frustracją o podłożu ekonomicznym, stał się zarzewiem fali przemocy w wielu miejscach w Europie. Nigdzie jednak nie stał się aż tak widoczny, jak w Grecji. Od ponad 4 miesięcy, każdy dzień w największych greckich miastach poprzeplatany jest kolejnymi strajkami, demonstracjami oraz aktami wandalizmu. Na porządku dziennym są ataki na sklepy, banki i centra handlowe, podpalenia oraz regularne walki z policją; w ostatnich dwóch miesiącach do już i tak pokaźnego repertuaru "środków nacisku" używanych przez pretestujących Greków, doszedł kolejny - znacznie bardziej niebezpieczny. W marcu przeprowadzono dwa udane ataki bombowe; pierwszy z nich skierowany byl przeciwko oddziałowi Citibanku, drugi zaś  - prywatnemu biznesmenowi. Do pierwszego przynała się skrajnie lewicowa organizacja terrorystyczna Walka Rewolucyjna, mająca na koncie m.in. próbę zabójstwa Giorgiosa Voulgarakisa, ówczesnego ministra kultury (2006), spektakularny ostrzał ambasady USA za pomocą pocisku przeciwpancernego (2007) oraz poprzednią - nieudaną - próbę wysadzenia w powietrze oddziału Citibanku (luty 2009). 

Sytuacja w tym kraju dawno wymknęła się spod kontroli administracji rządowej, kierowanej przez niezbyt popularnego premiera Kostasa Karamanlisa, a powstały chaos wykorzystują bojówki z obu stron sceny politycznej, a także zwykli przestępcy. W całej tej sytuacji, motywacje ideologiczne mieszają się z pobudkami czysto rabunkowymi, tak więc na dzień dzisiejszy nie da się zapewne stwierdzić, czy antyrządowe i antybiznesowe zamieszki w Grecji mają szansę na przerodzenie się w szerszy i trwalszy ruch społeczny, który mógłby być może nawet zagrozić podstawom instytucjonalnym państwa. Pewne natomiast jest to, że trzonem całej akcji są skrajnie lewicowe ugrupowania polityczne, kontestujące podupadły w wyniku kryzysu obecny porządek gospodarczy. Za grupką tych - jak chciał Lenin - zawodowych rewolucjonistów, poszła spora część tzw. pokolenia tysiąca euro: sfrustrowanych niskopłatną, niepozwalającą na pełne usamodzielnienie się pracą, greckich dwudziestoparolatków.

Sytuacja jest niebezpieczna: z każdym kolejnym dniem nastroje społeczne ulegają dalszemu pogorszeniu, co może bezpośrednio przełożyć się na wzrost siły skrajnie lewicowych ugrupowań i nierzadko powiązanych z nimi organizacji terrorystycznych. Oznaczałoby to zapewne odrodzenie się lewicowego terroryzmu politycznego w Grecji - zjawiska obecnego w życiu tego państwa od dawna, choć w minionych kilkunastu latach wyraźnie słabnącego. Sami Grecy zastanawiają się, jak długo przetrwa romans radykałów z pokoleniem 1000 euro: czy to tylko chwilowe zauroczenie, czy może związek na dłużej? Obie grupy mają podobne cele doraźne, ale w dłuższej perspektywie ich drogi zapewne się rozejdą. Poprzednia fala terroryzmu w Grecji wyrosła na bazie sprzeciwu wobec prawicowej dyktatury wojskowej, rządzącej tym krajem w latach 1967-74 oraz głębokich podziałów społeczno-politycznych sięgających czasów drugiej wojny światowej; obecna ma z nią wiele cech wspólnych, ale brakuje jej doświadczeń, które by ją spoiły. W latach 70. takim spoiwem była masakra studentów Politechniki Ateńskiej 17 listopada 1973, która rozpoczęła erozję dyktatury "czarnych pułkowników" oraz przyczyniła się do powstania najbardziej niebezpiecznej organizacji terrorystycznej współczesnej Grecji - Ruchu 17N (17 Listopada).

Co miałoby być takim wydarzeniem dla nowego pokolenia greckich rewolucjonistów? Śmierć piętnastoletniego Aleksandrosa Grigoropulosa, przypadkowo zastrzelonego przez policjanta? Atak na Konstantinę Kunevę, działaczkę społeczną? Żadne z tych wydarzeń nie jest na tyle nośne, by stworzyć mit założycielski, który mógłby stać się podwaliną szerokiego, silnego ruchu społecznego, zdolnego do zagrożenia podstawom ustroju społeczno-gospodarczego Grecji. Nie należy jednak bagatelizować sytuacji, w jakiej znajduje się obecnie ten kraj - chaos, jaki obecnie w nim panuje sprawia, że trzeba szczególnie uważnie przypatrywać się zarówno poczynaniom nieskutecznego, skompromitowanego rządu, jak i protestujących. Jeśli któreś z nich posunie się za daleko, może mieć to znacznie większe konsekwencje, niż jesteśmy w stanie przewidzieć: spirala terroru z obu stron może na długo zdestabilizować Grecję i stać się zapalnikiem dla podobnych problemów w innych państwach Europy Południowej.

CZĘŚĆ II >>>

Artur

Zdjęcia: The Economist, Gazeta Wyborcza.

wtorek, 24 marca 2009
Wszystko wskazuje na to, że rok 2009 upłynie pod znakiem atomu. Choć na pewno nie umilkną dyskusje wokół zalet i wad zastosowania energii nuklearnej w celach cywilnych, tym co wzbudza najwięcej kontrowersji jest oczywiście militarne wykorzystanie atomu. W tej sferze rok 2009 z kilku powodów może być przełomowy.

Za nieco ponad pół roku wygaśnie porozumienie o redukcji broni strategicznej START I z roku 1991, najważniejsza umowa rozbrojeniowa między Stanami Zjednoczonymi, a Rosją. W myśl tego układu, do roku 2001 oba państwa ograniczyły swoje arsenały atomowe, zmniejszając liczbę operacyjnych (a więc gotowych do użycia) głowic atomowych do poziomu poniżej 6000 sztuk, a środków ich przenoszenia - do 1600 po każdej ze stron układu. Mimo podejmowanych kilkukrotnie prób dalszego poszerzenia tych postanowień (np. w START II, który nie został ratyfikowany przez rosyjską Dumę, czy SORT, będący jednak tylko deklaracją polityczną) START I pozostaje podstawą postzimnowojennej równowagi strategicznej między dwoma największymi potęgami atomowymi na świecie. Nie oznacza to jednak, że układ ten nie posiada wad; największą z nich jest bez wątpienia brak uregulowania kwestii wielogłowicowych pocisków balistycznych, które dają ogromną przewagę każdemu państwu które mogłoby je użyć: zasada ich działania właściwie wyklucza możliwość zastosowania jakiejkolwiek obrony antybalistycznej.

Traktat START bez wątpienia wymaga przedłużenia okresu obowiązywania, a najlepiej - zastąpienia go nowszym układem, który uwzględniałby rozwój technologii przenoszenia głowic, jaki miał miejsce w ciągu tych 18 lat od podpisania poprzednika. Jest to jedno z najważniejszych, jeśli nie najważniejsze wyzwanie dla obu atomowych supermocarstw w najbliższym czasie - jednak jak na razie żadna ze stron nie podjęła zdecydowanych kroków, które mogłyby uruchomić proces negocjacji nowego traktatu lub choćby odnowienia starego. Co prawda, obie strony deklarują takie zamiary, ale zarazem wysyłają co najmniej dwuznaczne sygnały. Administracja prezydenta Obamy, mimo wyraźnie mniejszego entuzjazmu dla pomysłu swej poprzedniczki umieszczenia elementów tarczy antyrakietowej w Europie Środkowej, nie zdecydowała się na całkowite zarzucenie tej idei, co Rosja poczytuje jako działanie sobie wrogie i odpowiada planami rozmieszczenia rakiet Iskander w Obwodzie Kaliningradzkim oraz - co brzmi prowokująco w kontekście ewentualnych rozmów - wprowadzenia do służby nowoczesnych wielogłowicowych pocisków dalekiego zasięgu RS-24.

Ta napięta - trochę wbrew oczekiwaniom obu stron - atmosfera niewątpliwie utrudnia rozpoczęcie negocjacji, na szczęście jednak oba państwa widzą swój strategiczny interes w podpisaniu nowego lub w modyfikacji starego porozumienia. Zarówno USA, jak i Rosja są świadome braku racjonalnych przesłanek natury militarnej, które wskazywałyby na potrzebę posiadania tak dużego arsenału atomowego, a dysproporcje w tej sferze między dwoma atomowymi liderami, a resztą państw atomowych są więcej niż ogromne (patrz: tabela). Nie bez znaczenia są także kwestie ekonomiczne - utrzymanie w gotowości nawet niewielkiej części potężnych arsenałów atomowych supermocarstw kosztuje ogromne pieniądze, które nie tylko w czasach kryzysu mogłyby się przydać w innych sferach obronności.

 Arsenały atomowe - ilość głowic (2008)

Państwo/Broń

StrategicznaPozostała

Wszystkie

operacyjne

Razem
USA220050027009450
Rosja280020504850
13000
Reszta świata850200750950
Razem
5850 2750830023400

Czynniki te sprawiają, że ewentualna modyfikacja START I może być znacznie bardziej radykalna niż pozostające bez mocy prawnej porozumienia START II i SORT. Z obliczeń ekspertów Arms Control Association wynika, że Stanom Zjednoczonym do skutecznej obrony i odstraszania w zupełności wystarczyłoby 1000 głowic (raport i powstała na jego podstawie rekomendacja), z czego połowa byłaby utrzymywana w gotowości operacyjnej. Byłaby to redukcja o blisko 2/3! Rosji jednak na pewno trudniej byłoby zdecydować się na aż tak radykalne posunięcie - z racji swojego położenia, Stany właściwie nie potrzebują głowic innych niż te umieszczone w pociskach interkontynentalnych; z tego punktu widzenia położenie Rosji w samym sercu Eurazji jest bez wątpienia mniej korzystne i wymusza na niej większą dywersyfikację środków przenoszenia broni atomowej, co musi pociągnąć za sobą zwiększenie łącznej liczby potrzebnych głowic. Mimo to, pułap 1500 ładunków wydaje się być racjonalny i w pełni akceptowalny dla Rosji.

Niewykluczone, że znacznie poważniejszym wyzwaniem dla społeczności międzynarodowej będzie w nadchodzących latach problem szeroko pojętej proliferacji technologii atomowych i powiększenia się grona państw wykorzystujących atom w celach cywilnych i/lub wojskowych. W tej sferze sytuacja jest o wiele bardziej zagmatwana, a co za tym idzie - niebezpieczna; obecnie obowiązujący reżim antyproliferacyjny oparty na układzie o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej z roku 1968 (NPT) okazuje się być coraz mniej wystarczający: w ciągu ostatnich kilku lat klub państw posiadających dostęp do broni atomowej powiększył się o nowego członka, Koreę Północną (NPT wypowiedziany w 2003), a przed jego drzwiami stoi Iran. Oba państwa są o wiele mniej odpowiedzialnymi graczami na arenie międzynarodowej niż te, które przed nimi osiągnęły status mocarstwa atomowego.

Korea Północna regularnie urządza najbliższemu otoczeniu międzynarodowemu wszelkiej maści prowokacje, których celem jest chyba w większym stopniu poprawienie nastroju partyjnej wierchuszki, niż faktyczna demonstracja siły. Obecnie relacje między reżimem Kim Dzong-Ila, a jego sąsiadami jest więcej niż napięta: Phenian zapowiedział na kwiecień start rakiety, która ma wynieść satelitę komunikacyjnego na orbitę okołoziemską, co inne państwa w regionie - zapewne słusznie zresztą - odczytują jako test pocisku balistycznego Taepdong-2. USA i Japonia zapowiedziały już, że użyją systemu AEGIS do jego zestrzelenia, co - zdaniem KRL-D - będzie casus belli. Nie byłby to pierwszy raz, gdy obie strony grożą sobie agresją, ale odkąd Korea Północna posiada broń atomową wszystkie zatargi wyglądają o wiele groźniej, a i jej retoryka staje się z roku na rok coraz ostrzejsza. Strategiczne implikacje posiadania przez "raj Kimów" broni atomowej nie są jednak aż tak poważne, jak ewentualne dołączenie do atomowego klubu przez Iran. Pod każdym możliwym względem, KRL-D jest obecnie państwem peryferyjnym i  gdyby nie fakt posiadania potencjału nuklearnego i konfrontacyjnego nastawienia wobec sąsiadów, mówiłoby się o nim jedynie w kontekście łamania praw człowieka, wielkiej biedy i równie wielkiego głodu. Sytuacja z Iranem jest zgoła odmienna - strategicznie to jedno z najważniejszych państw Eurazji: sworzeń na światowej szachownicy Brzezińskiego, część mackinderowskiego heartlandu, jeden z największych wydobywców ropy naftowej i gazu ziemnego na świecie, a co za tym wszystkim idzie - kraj o wpływach ponadregionalnych i takich też aspiracjach. Wraz z uruchomieniem - na razie próbnym - cywilnego reaktora w Buszirze, atomowy Iran stał się faktem, z którym społeczność międzynarodowa musi się pogodzić; państwo ajatollahów na razie zapewne skupi się na rozwijaniu technologii cywilnych, ale nie spodziewałbym się odstąpienia od możliwości zbudowania broni atomowej: na razie korzystna dla Iranu jest sytuacja, w której jeśli tylko chciałby, może on - lecz nie musi - stworzyć ładunki nuklearne. Prawdziwym problemem staje się jednak zapobieżenie regionalnym i globalnym negatywnym następstwom irańskiego sukcesu: przede wszystkim uniknięcie dalszej proliferacji w regionie Zatoki Perskiej (co - zważywszy na niechęć Arabów do Persów - może okazać się trudne) oraz pohamowanie państw spoza regionu, które mogłyby chcieć podążyć śladami Iranu. Niewykluczone, że wymagać to będzie stworzenia całkowicie nowych, bardziej skutecznych niż NPT, instrumentów polityki antyproliferacyjnej; trudno sobie jednak wyobrazić stworzenie reżimu prawnego, który w jeszcze większym stopniu ingerowałby w politykę państw-sygnatariuszy niż robi to obecnie obowiązujący układ.

Problemem staje się także stworzenie systemu pewnych dostaw paliwa nuklearnego dla państw prowadzących cywilne programy atomowe; musiałby on być na tyle elastyczny, by nie utrudniać rozwoju tych programów, niedyskryminacyjny dla mniejszych państw, a jednocześnie poddany odpowiedniej kontroli, która wykluczyłaby możliwość sprzedaży materiałów rozczepialnych państwom, które mogłyby go używać w celach wojskowych. Powołanie ponadnarodowego magazynu paliwa pod auspicjami Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej na pewno byłoby krokiem w dobrym kierunku - wymagałoby jednak modyfikacji NPT lub podpisania całkowicie nowego układu.    

Przed społecznością stoi wiele problemów związanych bezpośrednio z energią atomową: od pośrednich, takich jak erozja systemu zapobiegania rozprzestrzenianiu technologii atomowych w myśl układu NPT, po te bezpośrednie, jak militarne zagrożenie ze strony państw posiadających broń atomową, a nie będących stabilnymi i odpowiedzialnymi graczami na arenie międzynarodowej. Stworzone lata temu ramy, dzięki którym świat wydawał się być bezpieczniejszy, dziś wydają się być niewystarczające. Rok 2009 przynosi wiele wyzwań: części z nich na pewno nie da się zneutralizować w najbliższym czasie, ale nawet w ich przypadku należy już teraz podjąć kroki mające na celu rozwiązanie problemów w niedalekiej przyszłości. Wszystko zależy jednak od wielkich tego świata: Stanów Zjednoczonych, Rosji, Chin, Indii i Unii Europejskiej; jeśli państwa te nie zaczną działać w celu poprawy istniejącego systemu międzynarodowego nadzoru nad energią atomową, za kilka lat możemy obudzić się w świecie, w którym każde - nawet najbardziej niestabilne państwo - z łatwością zdobędzie broń atomową.     

Artur


KLIKNIJ! Wejdź na www.politykaglobalna.pl     

Zdjęcia: DW-World.de, khqa.com. Tabela: opracowanie własne na podstawie danych z FAS, Global Security oraz Center for Arms Control and Non-Proliferation.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 14
Zakładki:
Blogi o światowej polityce (PL)
Instytuty, think-tanki i inne
Blogi o światowej polityce (inne języki)
Inne ciekawe blogi
Media
Blox.pl
Przedruki
Zasubskrybuj blog




Polityka, gospodarka i bezpieczeństwo w ujęciu globalnym



Nakarm glodne dziecko - wejdz na strone www.Pajacyk.pl Help end world hunger

Blogi Polityczne