środa, 17 czerwca 2009

Sytuacja w Iranie rozwija się w takim tempie, że trudno zebrać myśli. Setki tysięcy - jeśli nie miliony - ludzi protestują przeciw wynikom wyborów. W tym samym czasie, duchowni szyiccy toczą własną rozgrywkę o władzę.

Tak jak można było przewidzieć, zamieszki na ulicach to tylko część z tego co dzieje się w irańskiej polityce w ostatnich kilku dniach. Bardzo ważna część - bo polało się już niemało krwi: w Teheranie, Szirazie, Isfahanie, Tebrizie, Raszcie, Awazie i Meszhedzie. Warto jednak pamiętać o tym, że równie ważne jest to co dzieje się niejako na uboczu tych wszystkich wydarzeń - a więc w obrębie szeroko pojętej irańskiej elity politycznej, a szczególnie duchowieństwa. Tutaj liczy się jedno miasto: święty Kom - duchowa stolica Iranu i jedno z najważniejszych, obok Karbali i Nadżafu, miast szyizmu. To stamtąd nadeszła wiadomość o niezwykle ważnym geście ajatollaha Montazeriego, który we wczorajszym liście poparł demonstrantów; to trzeci po Rafsandżanim (ale on od początku popiera Musawiego) i Saneim przedstawiciel najwyższych warstw irańskiego duchowieństwa. Co ważne, zarówno Sanei, jak i Montazeri, posiadając tytuł mardża-e taklid (literalnie: "godny naśladowania"), należą do absolutnie najważniejszych duchownych współczesnego szyizmu, niemal równych autorytetem Chameneiemu. Wydaje się, że to kolejny przykład - opisywanej przezez mnie wcześniej - walki pokoleń wewnątrz struktur władz Iranu, w której tzw. "generacja 1979" (dzisiejsi reformiści) staje naprzeciw młodym wilkom pokolenia Ahmadineżada. Jak widać, z każdym dniem konflikt przybiera na sile i dziś naprawdę nie wiadomo, jak się skończy.

Niestety media koncentrują się tylko na tym, co dzieje się w stolicy. Z jednej strony słusznie, bo jest ona nie tylko scenerią niesamowitych wydarzeń, ale i miejscem, gdzie mogą zapaść najważniejsze decyzje; z drugiej strony - ta koncentracja na Teheranie daje niepełny obraz rzeczywistości. Pewnym usprawiedliwieniem niech będzie to, że niezwykle trudno dotrzeć do jakichkolwiek informacji o tym co dzieje się w innych miastach. A dzieje się sporo ciekawego. Aby nie być gołosłownym, zamieszczam zdjęcia z Isfahanu - wieloletniej stolicy safawidzkiej Persji, trzeciego co do wielkości miasta Iranu; pochodzą z Twittera.

Powyżej zaś znajdziecie zrobioną przeze mnie mapę z zaznaczonymi miejscami prostestów, walk ze służbami bezpieczeństwa oraz domniemanych ofiar (na podstawie wiadomości z mediów i Twittera) - powiększenie dostępne jest po kliknięciu.

Zdjęcia przedstawiają isfahański Plac Nagsze-i Dżahan, jedno z najbardziej znanych miejsc w Iranie


Artur


WIĘCEJ ARTYKUŁÓW!

poniedziałek, 15 czerwca 2009

Ajatollah Chamenei, potwierdzając wyniki wyborcze przypieczętował reelekcję Mahmuda Ahmadineżada na prezydenta republiki.

Tuż po wyborach Ali Chamenei (Najwyższy Przywódca Iranu) nie odniósł się do podawanych przez Ministerstwo Spraw Wewnętrznych wyników wyborów prezydenckich, ale pochwalił Irańczyków za to, że tak tłumnie stawili się przy urnach wyborczych. Gdy atmosfera w Teheranie i kilku innych większych miastach zaczęła gęstnieć, Przywódca zdecydował się pogratulować nowemu-staremu prezydentowi reelekcji oraz zaapelował do irańskiej ulicy o spokój, rozwagę i akceptację wyniku wyborczego konserwatysty. Zwolennicy Hosejna Musawiego nie posłuchali, czego wynikiem były trwające przez cały weekend zamieszki w największych miastach Iranu.

Ponowne wybory są niemożliwe

Ali Chamenei widząc, że jego nawoływania nie spotykają się z pozytywnym odzewem ze strony zwolenników Musawiego, zdecydował się na dwa kroki, które mają przywrócić porządek w Iranie. Przede wszystkim, do regularnych jednostek policji rozganiających protesty, szybko dołączono - w większości nieumundurowanych - członków milicji Basidż. Najprawdopodobniej to właśnie basidżowcy odpowiedzialni są za najbardziej brutalne ataki na opozycję, łącznie ze zdemolowaniem  - w nocy z niedzieli na poniedziałek - jednego z teherańskich akademików. Wykorzystanie sił Basidż oznacza, że władze w Teheranie przestały patrzeć na demonstracje zwolenników Musawiego jak na nic nie znaczące protesty o niewielkiej sile oddziaływania, które mogły kwalifikować się jako "wybryki natury chuligańskiej" (mniej więcej takich słów użył Mahmud Ahmadineżad w rozmowie z dziennikarką CNN, porównując wybory do meczu, a wybuchłe po nich protesty - do pomeczowych zamieszek); dostrzeżono i doceniono zatem polityczne tło tych zamieszek.

Ta zmiana percepcji wymusiła na Chameneim podjęcie drugiego - wbrew pozorom znacznie poważniejszego - kroku: oficjalnego zatwierdzenia wyniku wyborów. Wraz z tym oświadczeniem, legalna droga rewizji wyników została dla Musawiego de facto zamknięta. Jego odwołanie do Rady Strażników staje się w tym momencie krokiem czysto formalnym, bowiem ta nie zdecydowałaby się sprzeciwić woli Najwyższego Przywódcy, którego władza pochodzi przecież od Allaha i jest właściwie niepodważalna. Jest to tym bardziej nieprawdopodobne, że Rada Strażników zdominowana jest przez duchownych o bardzo konserwatywnych poglądach, a na jej czele stoi - od lat popierający Ahmadineżada - ajatollah Dżanati.

Czy miały miejsce oszustwa wyborcze?

Choć zapewne nigdy nie będziemy mieć pewności, czy wybory zostały zmanipulowane w tak dużym stopniu, jak twierdzą zwolennicy Musawiego, istnieje kilka przesłanek, które mogą potwierdzać ich tezy. Przede wszystkim, irański system oddawania i liczenia głosów nie zapewnia niestety odpowiedniej kontroli nad przebiegiem głosowania: głosuje się na akt urodzenia, a nie dowód, nie istnieje coś takiego jak rejestr wyborców, członkowie Basidż piszą za analfabetów (20% społeczeństwa) nazwisko kandydata na karcie wyborczej, a system weryfikacji głosów w MSW nie daje gwarancji przejrzystości.

O tym, że wyniki nie odzwierciedlają prawdziwych nastrojów społeczeństwa świadczyć ma kilka poszlak. Przede wszystkim, zdaniem reformistów mało wiarygodne jest to, że Musawi przegrać miał we wszystkich dużych miastach, w tym i najbardziej postępowym Tebrizie, gdzie rozpoczęła się irańska rewolucja konstytucyjna w 1906 roku i w którym w latach 70. miały miejsce wielkie wystąpienia przeciw władzy szacha. Ponadto, reformistów dziwi nadzwyczajna efektywność liczenia głosów - twierdzą, że niezwykle ciężko jest podliczyć 2 miliony kart wyborczych w ciągu zaledwie godziny, a właśnie z taką prędkością liczono je w nocy z piątku na sobotę. Tak jak przed 12 laty, gdy wybrano prezydentem Chatamiego, za Musawim miała przemawiać także olbrzymia frekwencja wyborcza. Reformiści uważają, że właściwie niemożliwe jest to, by w tak krótkim czasie "wyparowało" kilkanaście milionów wyborców, którzy dali reelekcję Chatamiemu w roku 2001 - a warto dodać, że zdobył on wtedy 78% głosów. Nawet biorąc pod uwagę swoistą labilność ideową wyborców nie tylko w Iranie, ale i na całym świecie, argument ten nie jest bezpodstawny. Mimo to, ten i wszystkie pozostałe zarzuty reformistów pozostają niepotwierdzone i zapewne takimi już zostaną. 

Zielona rewolucja? Raczej nic z tego...

Bezkrwawej rewolucji zatem nie będzie, a Hosejn Musawi nie ma najmniejszych szans na to, by pokojowo doprowadzić do unieważnienia wyników piątkowych wyborów. Na razie tylko delikatnie podważa autorytet Chameneiego, lecz ten - wiedząc, że w porównaniu ze swoim wybitnym poprzednikiem, Chomeinimi, wypada co najmniej blado - jest ponoć bardzo wyczulony na punkcie legitymacji własnej władzy. Były kandydat reformistów musi więc czuć, że wchodzi na niepewny grunt. Jeśli chce dalej walczyć, musi odwołać się do bardziej radykalnej części swoich zwolenników, a to równie dobrze mogłoby być początkiem jego klęski jako polityka kreującego się na osobę umiarkowaną i racjonalną. Już teraz policja stara się zdyskredytować protestujących, nierzadko dewastując "w ich imieniu" samochody czy sklepy.

Podejrzewam, że Musawi dobrze wie, że dopóki po stronie władz stoją siły bezpieczeństwa, a za prezydentem-konserwatystą duża część społeczeństwa, w Iranie nie ma szans na żadną systemową zmianę. Pokojowa zielona rewolucja nie dojdzie do skutku - albo w ciągu kilku dni zostanie uciszona, albo przybierze na sile na tyle, by stać się niemal wojną domową; w niej jednak reformiści nie mają szans. Musawi - będąc pragmatykiem - dobrze wie o tym, ale chyba na razie daje się ponieść sytuacji.

Artur

Zdjęcia: Musawi1388, Agencja REUTERS/Jumana El Heloueh.


Wejdź na stronę z większą ilością artykułów!

sobota, 13 czerwca 2009

Niemal pewne jest to, że przez kolejne cztery lata urząd prezydenta Iranu sprawować będzie Mahmud Ahmadineżad. Urzędujący prezydent zdobyć miał około 63% wszystkich głosów, a jego najważniejszy konkurent, reformista Hosejn Musawi, przekonał do siebie około 34% wyborców. Dwóch pozostałych kandydatów - zgodnie z przedwyborczymi przewidywaniami - miało znaczenie co najwyżej marginalne: Razai otrzymał około 2% głosów, a poparcie dla Karrubiego mieści się w granicach błędu statystycznego (0,88%). Ogromna przewaga Ahmadineżada sprawia, że nie odbędzie się nawet druga tura wyborów. Taki scenariusz jeszcze wczoraj wydawał się być niemożliwy, bowiem wszystko zapowiadało bardzo wyrównany pojedynek, który będzie musiał zostać rozstrzygnięty dopiero w drugiej rundzie.O ile jednak samo zwycięstwo kandydata konserwatystów nie jest wielką niespodzianką, to jego skala - jak najbardziej.

Wyniki inne niż spodziewane

Ahmadineżad stał się niekwestionowanym zwycięzcą tych wyborów. Szybko jednak pojawiły się głosy - szczególnie głośno słyszane w otoczeniu Musawiego - że podczas głosowania doszło do poważnych nadużyć, które w ogromnym stopniu wpłynęły na jego wynik. Potwierdzeniem tego ma być fakt, że Ahmadineżad wygrał nawet w tych okręgach, w których zwycięstwo Musawiego było niemal pewne. Z jednej strony można powiedzieć, że taki już jest urok demokracji, z drugiej jednak opozycja może mieć rację. Zaskoczone rekordowo wysoką frekwencją Ministerstwo Spraw Wewnętrznych nie przygotowało odpowiedniej ilości kart do głosowania, przez co czterokrotnie przedłużano czas przeznaczony na oddawanie głosów; mimo to w wielu miejscach miało zabraknąć kart do głosowania. Zdaniem sztabu Musawiego, dziwnym trafem dodrukowane już w czasie wyborów karty z dużym opóźnieniem docierały do miejsc, gdzie mógł on znacznie wygrać nad urzędującym prezydentem.

Główny kandydat reformistów zapowiedział już, że publicznie ujawni wszystkie manipulacje wyborcze obecnej administracji; ponadto poważnie rozważa złożenie oficjalnego protestu do Rady Strażników (ciała m.in. nadzorującego wybory) w sprawie nadużyć we wczorajszym głosowaniu. Niestety, nawet jeśli miałby niepodważalne dowody na fałszerstwa wyborcze, Musawi ma raczej niewielkie szanse na uznanie wyników za nieważne. Rada najprawdopodobniej przyjrzałaby się wnioskowi, ale nie dopatrzyłaby się żadnych większych nieprawidłowości - nie tylko z braku dobrej woli, ale i z powodu nikłego zakresu kontroli jaki posiada w tej kwestii. Nadzór Rady nad Ministerstwem Spraw Wewnętrznych jest czysto iluzoryczny, bowiem irańskie prawo daje jej minimalny zestaw instrumentarium wymaganego do prawidłowej kontroli wyborów.

Dwie drogi: zielona rewolucja albo powszechna apatia

Mimo braku pomocy ze strony czynników oficjalnych, wydaje się, że Musawi nie odpuści łatwo; jego zwolennicy poczuli się oszukani przez władzę i już nocą wyszli na ulicę protestując przeciw - ich zdaniem sfałszowanym - wynikom wyborów. Mimo ogromnej mobilizacji obozu reformistycznego, scenariusz zielonej (od koloru kampanii Musawiego), bezkrwawej rewolucji wydaje się być bardzo mało prawdopodobny. O to, by do niej nie doszło zadbać mają Strażnicy Rewolucji oraz członkowie paramilitarnej organizacji Basidż, którzy spacyfikują każde wystąpienie przeciw władzy swojego faworyta - Mahmuda Ahmadineżada.

Bez względu na to, czy zwolennicy Musawiego zdecydują się na bardziej radykalne kroki, czy też pogodzą się z przegraną lidera reformistów, ogromna przewaga Ahmadineżada wywoła zapewne powszechną apatię wśród bardziej liberalnych Irańczyków. Okazało się bowiem, że bez względu na ich determinację i ich głosy, o obliczu współczesnego Iranu decydują głównie najniższe warstwy społeczne, bowiem zapewne to właśnie głosami konserwatywnej ludności wiejskiej, wspomaganej przez miejską biedotę, obecny prezydent wygrał te wybory. Zwolennicy zmian mają zatem prawo poczuć się bezsilni w obliczu tak wielkiej przewagi konserwatystów, co oznaczać będzie zapewne całkowitą dominację opcji zachowawczej w dyskursie politycznym Iranu.

Walka o supremację w Iranie i w regionie?

Nie mniej ciekawa jest reakcja Alego Chameneiego, który - co do niego raczej niepodobne - z wielką powściągliwością skomentował wybory. Wydaje się więc, że prawdopodobna jest teza, mówiąca o tym, że ogromna skala zwycięstwa Ahmadineżada, którego Chamenei sam wylansował w poprzednich wyborach, przeraziła nie tylko bardziej liberalną część irańskiego społeczeństwa, ale też niego samego. Ahmadineżad okazał się  znacznie lepszym i bardziej niezależnym politykiem niż wydawał się być w roku 2005. Choć jego pozycja - jako prezydenta - w systemie politycznym Iranu jest ograniczona zasadą welajat-e fakih (rządów prawnika muzułmańskiego w osobie Najwyższego Przywódcy), tak wielkie poparcie dla niego musi budzić nawet w Chameneim niepokój, pokazuje bowiem, jak wielką siłą - zarówno w administracji, jak wśród Irańczyków dysponuje nowy-stary prezydent Iranu.

Konflikt ten może przybrać na wadze w nowej kadencji Ahmadineżada - nie tylko dlatego, że dostał on teoretycznie ogromny kredyt zaufania (inną sprawą jest to, czy w pełni legalnie) od wyborców, ale także z powodu odmiennych wizji Islamu propagowanych przez prezydenta i Przywódcę Iranu. Nie ulega wątpliwości, że obaj są zapalonymi konserwatystami, przeciwnikami liberalizacji życia społeczno-politycznego oraz zbliżenia z Zachodem, mimo to nawet Chamenei wydaje się być znacznie bardziej pragmatyczny, niż Ahmadineżad. Wiąże się to z faktem, że ten drugi jest jest mahdystą - przedstawicielem skrajnej, millenarystycznej frakcji w łonie szyickiej odmiany islamu. Duchowy autorytet Ahmadineżada, ajatollah Mesbah Jazdi, uznawany jest za jednego z największych orędowników konfrontacyjnej postawy wobec innych państw, programu nuklearnego i terroryzmu, a jego kontrowersyjne tezy wzbudzają emocje także wśród samych Irańczyków. Uważany za szarą eminencję rządów obecnego prezydenta i głównego inspiratora jego nieprzejednanej postawy wobec Zachodu, dzięki wygranej swego protegowanego Jazdi umacnia własne wpływy polityczno-religijne w państwie.

Wygrana Ahmadineżada sprawia, że mesjanistyczny kierunek, wśród przeciwników nazywany islamem apokaliptycznym, zostanie utrzymany, co oznacza nie lada kłopoty dla Zachodu. Tak wysokie poparcie nie tylko doda mu pewności siebie na arenie międzynarodowej, ale wzbudzić może przekonanie o własnej nieomylności i słuszności założeń własnej polityki wobec innych państw. Umocnienie się konserwatystów w Iranie może więc stać się przeszkodą w realizacji wysuwanych przez Baracka Obamę planów normalizacji stosunków na linii Teheran-Waszyngton, które stały się filarem nowej polityki USA wobec świata islamu. Napięcia między Iranem, a Stanami Zjednoczonymi bez wątpienia mogą stać się głównym powodem fiaska obamowskiej wizji porządku międzynarodowego na Bliskim Wschodzie. Bez wątpienia Iran, który po amerykańskim ataku na Irak sprzed sześciu lat wyrósł na regionalną potęgę, podczas drugiej kadencji Ahmadineżada będzie starał się umocnić swoją pozycję i wpływy na Bliskim Wschodzie, szczególnie kosztem Arabii Saudyjskiej. Dotychczasowy kurs zostanie więc utrzymany; prowadzić to będzie do narastania kolejnych napięć, a te w efekcie do regionalnych zbrojeń i zwiększenia groźby konfliktu.

Mój dom murem podzielony

Wybór Mahmuda Ahmadineżada nie jest niestety przypadkowy. Zadecydowało o nim irańskie społeczeństwo, które nie tylko doceniło jego charyzmę i charakter, ale po prostu zgadza się z nim w wielu kluczowych sprawach. Wbrew przedwyborczym przypuszczeniom, Irańczycy nie zagłosowali przeciw nieudolnej polityce ekonomicznej, ale za nieustępliwą polityką zagraniczną, która - choć pogłębiła izolację kraju - sprawiła, że poczuli się ważnym narodem na mapie świata. Warto jednak pamiętać, że najprawdopodobniej zarzuty opozycji nie są bezpodstawne, a prezydencka administracja "pomogła" wielu ludziom przy wyborze. Na dzień dzisiejszy przegrana Musawiego tylko spolaryzuje irańską politykę. Wynik reformisty nie tylko  robi wrażenie, ale pokazuje jak bardzo podzielony jest naród irański.  To nie żaden monolit, ale bardzo skomplikowana struktura społeczna, w odniesieniu do której każda generalizacja będzie niesprawiedliwa. Irańczycy miotając się między afirmacją zachodniego stylu życia, a jego całkowitym potępieniem, wytworzyli głębokie podziały polityczne, których istnienie zagraża dogmatowi jedności narodu i jego oddania ideałom rewolucji Chomeiniego. Ważne by reformiści zdali sobie z tego sprawę i zamiast pogrążyć się w apatii nadal działali w celu liberalizacji nierzadko bardzo opresyjnego reżimu ajatollahów.

Artur

Zdjęcia: Daylife.com, Reuters.


KLIKNIJ! Przejdziesz na stronę z większą ilością artykułów.

czwartek, 11 czerwca 2009

Czterech kandydatów zmierzy się w jutrzejszych wyborach prezydenckich w Iranie. Stawka w nich jest jednak większa niż tylko urząd prezydenta-figuranta.

W pewien sposób, jutrzejsze wybory mogą stać się punktem zwrotnym w trzydziestoletniej historii Islamskiej Republiki; historii, która - trzeba dodać - kilkukrotnie zaskakiwała nie tylko resztę świata, ale i samych Irańczyków. Choć jakiś czas temu wydawało się, że ktokolwiek by w nich nie wygrał, irański system polityczny skutecznie uniemożliwi mu przeprowadzenie jakichkolwiek reform (o ile takie zakładał), dziś można powiedzieć, że kolejny raz jakiekolwiek przewidywanie rozwoju sytuacji w tym państwie jest z góry skazane na porażkę.

Zielony to kolor Musawiego (ForeignPolicy)

Wiatr odnowy dotarł bowiem i do Iranu. Na razie to zaledwie lekka bryza, ale w apatycznym ostatnimi czasy społeczeństwie irańskim to i tak dużo. Sprawcą zamieszania jest Hossejn Musawi - najpoważniejszy konkurent ubiegającego się o reelekcję obecnego prezydenta Mahmuda Ahmadineżada. Ten 68-letni architekt, były premier z czasów wojny z Irakiem, potrafił zrobić to, czego nie udało się innym pretendentom do fotela prezydenckiego: poruszył tłumy. Profesjonalnie poprowadzona, nowoczesna kampania wyborcza sprawiła, że dziś to on - a nie Ahmadineżad - zdaje się być faworytem w tym wyścigu. Nawet biorąc pod uwagę fakt, że urzędujący prezydent nie cieszy się już tak wielką popularnością jak na początku kadencji, mimo wszystko jest to niemałe zaskoczenie.

Sztab Musawiego, wzorując się niejako na Baracku Obamie, zaangażował się w kampanię w internecie, docierając do najmłodszego pokolenia wyborców poprzez Facebooka oraz serwis społecznościowy Google'a - Orkut. Dzięki temu stał się bardziej rozpoznawalny wśród młodych Irańczyków, którzy nie pamiętali czasów jego premierostwa - a była to chyba największa bariera, jaką musiał w tej kampanii pokonać. Dla starszych jest niejako legendą - gdy w roku 1989 zlikwidowano urząd premiera, miał opinię bardzo sprawnego administratora, dzięki któremu społeczeństwo nie popadło w skrajną nędzę podczas wyniszczającej wojny z Irakiem; usuwając się w cień w tym momencie, wiedział kiedy zejść ze sceny niepokonanym. Jeszcze większą niespodzianką jest jednak to, że udało się Musawiemu zmobilizować Irańczyków do działania i zażartych dyskusji politycznych. Efektem tego była barwna, a czasem i ostra kampania wyborcza, prowadzona wszelkimi możliwymi środkami przekazu. Po raz pierwszy na taką skalę wykorzystano nie tylko internet, ale i poczciwą telewizję, gdzie na żywo pokazano serię sześciu debat z udziałem kandydatów. Przyciągnęły one przed telewizory tłumy widzów. Musawi wypadł w nich dobrze, choć w tej najważniejszej nieco zawiódł, starając się w starciu z nierzadko błyskotliwym i ostrym Ahmadineżadem zachować spokój. Zabrakło mu być może nieco instynktu politycznego, a na pewno przekonania, że bardziej agresywny wizerunek nie odstraszy jego wyborców, a może tylko przyciągnąć tych niezdecydowanych.

Warto zadać sobie jednak pytanie, czy ogromne poparcie dla Musawiego to nie swoista powtórka z rozrywki. W roku 1997 i 2001 Mohammadowi Chatamiemu też udało się porwać tłumy, przekonać młodych do tego, że jest po ich stronie i zależy mu na modernizacji kraju. Z żadnych z obietnic się jednak nie wywiązał - skostniały system polityczny okazał się być przeszkodą nie do obejścia dla reformisty. Po jego dwóch kadencjach irańska klasa średnia popadła w stan apatii, czego wynikiem był wybór na prezydenta Mahmuda Ahmadineżada w roku 2005. Choć wydaje się, że po czterech latach letargu klasa średnia wreszcie się przebudziła, wcale nie jest pewne, czy wystarczy to by wynieść Musawiego do władzy, bowiem urzędujący prezydent ma wielu zwolenników na konserwatywnej prowincji, a także wśród gorzej sytuowanych mieszkańców miast. 

Przy okazji debaty Ahmadineżad-Musawi można było się przekonać o drugim dnie tych wyborów: walce pokoleń o władzę. Konserwatyści Ahmadineżad i Razai reprezentują w niej drugie pokolenie irańskich rewolucjonistów, a Musawi i Karrubi "generację 1979" - niegdysiejszych bohaterów rewolucji i towarzyszy Chomeiniego, dziś zaś reformistów, widzących, że zmiana musi w końcu nadjeść. Dla tych pierwszych, obalenie szacha w roku 1979 było tylko początkiem mozolnej wspinaczki po szczeblach kariery w Republice Islamskiej. Reprezentują oni radykalny nurt irańskiego establishmentu, który stara się zredefiniować założenia rewolucji Chomeiniego w duchu jeszcze bardziej agresywnego islamskiego fundamentalizmu. Choć wielu uważa, że liderem tego środowiska jest Najwyższy Przywódca Ali Chamenei, może być to bardzo złudne wrażenie. Nie bez przyczyny Chamenei tym razem nie poparł jednoznacznie jednego z kandydatów, tak jak zrobił to w roku 2005, namaszczając Ahmadineżada na prezydenta. Wydaje się, że starzejący się Przywódca - mimo uprzywilejowanej pozycji - może mieć coraz mniejszy wpływ na państwo i czuje się zagrożony "młodymi", a szczególnie urzędującym prezydentem, który miał być tylko bezwolnym narzędziem w jego rękach, a okazał się być całkiem sprawnym i charyzmatycznym politykiem (choć bardzo słabym prezydentem).

Czy Ahmadineżad szykuje skok na prawdziwą władzę - tego jeszcze nie wiemy, ale przekonamy się, jeśli tylko uda mu się wygrać te wybory. Ma na to nadal spore szanse, nie tylko z powodu swej popularności, ale także dlatego, że irańska demokracja niezwykle uboga jest w narzędzia, które mogą zapobiec oszustwom wyborczym, a system oddawania i liczenia głosów w Iranie daje bardzo wiele możliwości wypaczenia wyników, szczególnie komuś związanemu z administracją rządową. Trudno nawet obliczyć, ilu Irańczyków może głosować, bowiem nie istnieje coś takiego jak oficjalny rejestr wyborców - prawo do wzięcia udziału w wyborach przyznaje się tylko na podstawie aktu urodzenia, co stwarza szerokie pole do manipulacji. Jako że rzadko komu chce się pofatygować do urzędu, aby oficjalnie odnotować śmierć bliskiej osoby i pozbyć się takiego aktu, nie da się oszacować dokładnej ilości tych dokumentów będących "w obiegu", a to - w połączeniu z faktem, że można głosować w każdym z ponad 60,000 punktów wyborczych - ułatwia sprawę osobom, które chciałyby zagłosować kilka razy: za siebie i za swoich zmarłych bliskich. W 2005 roku reformiści twierdzili, że w ten sposób oddano co najmniej dwa miliony dodatkowych głosów. A może być to tylko wierzchołek góry lodowej.

Biorąc pod uwagę brak jakichkolwiek reprezentatywnych i uczciwie prowadzonych sondaży przedwyborczych, przewidywanie wyników irańskich wyborów przypomina nieco grę w ruletkę. Tak było cztery lata temu, i tak samo będzie jutro. Mimo to, wydaje się mało prawdopodobne, by zwycięzca został wyłoniony już w pierwszej turze - tak więc na ostateczne wyniki przyjdzie nam poczekać nieco dłużej. Dopiero więc pod koniec czerwca dowiemy się, czy do Iranu dotarł wiatr odnowy, czy też był to tylko krótkotrwały powiew świeżości, a okrzyki "Ahmadi Bye-bye!" znikną z ulic równie szybko i niespodziewanie jak się pojawiły.

Artur

Zdjęcia: ForeignPolicy (BEHROUZ MEHRI/AFP/Getty Images).


KLIKNIJ!

wtorek, 12 maja 2009
Dokładnie za miesiąc, 12 czerwca 2009 roku, odbędzie się pierwsza tura wyborów prezydenckich w Iranie. Do wyścigu o fotel prezydencki zgłosiło się blisko 500 kandydatów.

Okres zgłaszania kandydatur upłynął w niedzielę 10 maja. Przez pięć dni irańskie Ministerstwo Spraw Wewnętrznych zarejestrowało 475 osób, które chciałyby objąć stanowisko prezydenta Islamskiej Republiki Iranu. Spośród nich, aż 42 to kobiety. Choć liczba zgłoszonych kandydatur może przyprawić o zawrót głowy, od pewnego czasu znamy już czterech głównych rozgrywających w tej grze. Oprócz ubiegającego się o drugą kadencję, obecnie urzędującego prezydenta, Mahmuda Ahmadineżda, najpoważniejszymi pretendentami są: były przewodniczący irańskiego madżlesu - Mehdi Karrubi, ostatni premier kraju - Hossejn Musawi i sekretarz Zgromadzenia Ekspertów - Mohsen Razaei.

Obecny prezydent oraz Mohsen Razaei reprezentują obóz konserwatywny, bezrefleksyjnie wierny ideałom ajatollaha Chomeiniego i przeciwny liberalizacji życia społecznego w kraju. Nie bez znaczenia jest fakt, że obaj kandydaci uważani są za twardogłowych nawet przez sporą część własnego środowiska politycznego. Poglądy Ahmadineżada na wiele tematów nawet w samym Iranie nierzadko uznawane są za co najmniej kontrowersyjne, jednak sposób sprawowania przez niego władzy podoba się wielu niewykształconym obywatelom tego kraju. Mimo to, Ahmadineżad zawiódł oczekiwania wielu Irańczyków i, pomimo ogromnej przewagi jaką daje mu jego obecne stanowisko, nie może być pewien wygranej.

Znacznie ciekawsza jest jednak druga kandydatura konserwatystów. Mohsen Razaei, obecny sekretarz Zgromadzenia Ekspertów, swoją polityczną karierę, podobnie jak Ahmadineżad, rozpoczynał w szeregach Gwardii Rewolucyjnej (IRGC). W roku 1981, mając zaledwie 27 lat, objął dowództwo IRGC i pozostawał na tym stanowisku aż 16 lat. Co ciekawe, obecnie poszukiwany jest międzynarodowym listem gończym Interpolu, wystawionym trzy lata temu przez Argentynę w związku z podejrzeniami o pomoc w organizacji zamachu bombowego na centrum kultury żydowskiej w Buenos Aires w 1994 roku. Choć szanse Razaeiego w tych wyborach są raczej niewielkie, uderza groteskowość jego kandydatury w kontekście urzędu o jaki się ubiega.

Po rezygnacji M. Chatamiego w marcu 2009 roku, po stronie reformistów pozostało dwóch głównych kandydatów. Z tej dwójki, jedynie Hossejn Musawi jest w stanie stanąć do w miarę równej walki z Ahmadineżadem. Jest postacią wyrazistą, pewną siebie i charyzmatyczną - a są to cechy, które mogą zapewnić mu spore poparcie nie tylko stosunkowo nielicznej klasy średniej, ale i niższych warstw społecznych. Choć określa się reformistą, ma zarazem świadomość, że głosami tylko ludzi o podobnych do jego przekonaniach nie jest w stanie wygrać tych wyborów; dlatego zdecydował się na przybranie wizerunku koncyliacyjnego, otwartego na dialog, ale i przywiązanego do zasad rewolucji islamskiej, umiarkowanego liberała. Za miesiąc okaże się, czy ta strategia przyniesie spodziewane efekty.   

Pozostałych 471 kandydatów nie ma właściwie żadnych szans w wyborach. Większość z nich odpadnie już w przedbiegach, czyli na etapie weryfikacji kandydatur przez Radę Nadzorującą, która zbada czy posiadają odpowiednie dla tego urzędu kwalifikacje, w tym i to, czy jest wystarczająco religijny. Choć ogłoszenie ostatecznej listy kandydatów ma nastąpić około 21 maja, można zakładać, że oprócz Ahmadineżada, Razaeiego, Karrubiego i Musawiego znajdzie się na niej około trzech-czterech mniej znanych nazwisk. Te "przystawki" nie będą jednak w stanie zakłócić układu sił między najpoważniejszymi pretendentami do prezydenckiego fotela - są jedynie listkiem figowym dla niedemokratycznego systemu wyborczego, który lata temu spetryfikował irańską politykę.

Artur

Zdjęcia: daylife.com, iran-daily.com.


SPRAWDŹ WIĘCEJ ARTYKUŁÓW!

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 14
Zakładki:
Blogi o światowej polityce (PL)
Instytuty, think-tanki i inne
Blogi o światowej polityce (inne języki)
Inne ciekawe blogi
Media
Blox.pl
Przedruki
Zasubskrybuj blog




Polityka, gospodarka i bezpieczeństwo w ujęciu globalnym



Nakarm glodne dziecko - wejdz na strone www.Pajacyk.pl Help end world hunger

Blogi Polityczne