czwartek, 30 października 2008
Czy w afrykańskich warunkach integracaj gospodarcza ma sens? (World Bank)
22 października, na wspólnej konferencji w stolicy Ugandy, Kampali, trzy ugrupowania integracji gospodarczej w Afryce zadecydowały o połączeniu się w jedną strefę wolnego handlu. Idea piękna, ale czy tego typu inicjatywy mają szansę w targanej konfliktami Afryce?

Działające dotąd oddzielnie organizacje zadecydowały, że jedynym sposobem na zmniejszenie dystansu dzielącego Afrykę od bogatszych kontynentów jest powołanie jak najszerszej strefy wolnego handlu, a w dłuższej perspektywie - dalsze pogłębienie integracji (co najmniej do etapu unii celnej). Mająca powstać w ciągu roku  organizacja zrzeszać ma 26 państw członkowskich Wspólnego Rynku dla Wschodniej i Południowej Afryki (COMESA), Wspólnoty Afryki Wschodniej (EAC) i Południowoafrykańskiej Wspólnoty Rozwoju (SADC), zamieszkiwanych przez 527 mln ludzi wytwarzających łącznie PKB o wartości 642 miliardów dolarów. Choć bez wątpienia jest to krok w dobrym kierunku, szanse na pełne powodzenie tej inicjatywy są niewielkie.

Warunki, panujące obecnie na kontynencie afrykańskim, są co najmniej wysoce niesprzyjające dla wszelkich działań integracyjnych. Wśród państw, które stworzyć mają tę strefę, większość stanowią kraje niestabilne, tak gospodarczo, jak i politycznie. Sudan, będący sygnatariuszem porozumienia, ćwierćwiecza jest areną okrutnych wojen domowych, toczonych najpierw między żądającymi autonomii stanami południowymi, a kontrolowaną przez rząd centralny Północą (1983-2005), a później - między rządem, a zbuntowaną prowincją na zachodzie kraju - Darfurem (od 2003 roku). Co prawda rebelia południowego Sudanu została zakończona, ale napięcie między stronami konfliktu nie osłabło na tyle, by rząd w Chartumie był pewny lojalności południowych stanów. Krwawa wojna domowa w Darfurze trwa zaś nadal i ciągle nie widać nawet najmniejszej szansy na jej zakończenie, a - jakby tego było mało - obecny prezydent Sudanu, Omar Hassan al-Baszir, jest oskarżany o zbrodnie wojenne. Ponadto, w swoim najbliższym otoczeniu międzynarodowym, Sudan ma wielu zaprzysięgłych wrogów, z Czadem na czele. Na południu kontynentu też nie jest lepiej. Kryzys w  Demokratycznej Republice Konga ciągnie się już od wielu lat, ale ostatnie wydarzenia na wschodzie tego kraju pokazują jak dynamiczna potrafi być sytuacja polityczna w każdym z afrykańskich państw. Polityczny klincz w Zimbabwe trwa już od dłuższego czasu i, mimo wielu prób mediacji, nie widać na razie perspektyw jego rozwikłania.

johnfenzel.typepad.comNiestety, powyższe przykłady to jedynie wierzchołek góry lodowej - aby zrozumieć skalę problemów, z jakimi boryka się Afryka, wystarczy nadmienić, że spośród pierwszej dwudziestki rankingu państw upadłych, ponad połowa to kraje afrykańskie. Wśród nich znajdziemy także państwa będące stronami porozumienia: Sudan, Zimbabwe, DR Kongo, Etiopię oraz Ugandę. Nie można nie doceniać także wpływu państw pozostających poza układem, ale z rozmaitych względów stanowiących zagrożenie dla integracji afrykańskiej. Tutaj przykładem może być Somalia - jedyne chyba na świecie państwo upadłe w pełnym tego słowa znaczeniu, będące elementem destabilizującym już i tak nienajlepszą kondycję państw ościennych - Etiopii, Kenii i Erytrei.

Na tym jednak nie koniec. Aby integracja gospodarcza powiodła się, trzeba spełnić szereg warunków dotyczących strony ekonomicznej przedsięwzięcia. Przede wszystkim, kraje podejmujące działania integracyjne, powinny być blisko siebie położone i mieć infrastrukturę, dzięki której handel między nimi jest opłacalny. Niestety, rozciągające się na całej szerokości kontynentu o tak słabej infrastrukturze jak Afryka, ugrupowanie integracyjne nie może skorzystać ze wszystkich korzyści, jakie daje strefa wolnego handlu (nie mówiąc już o unii celnej czy jednolitym rynku). Drugim czynnikiem wymaganym w procesie integracji jest podobny poziom rozwoju gospodarczego, który pozwala uniknąć większości kosztów społecznych liberalizacji obrotu towarami. Niestety, tu państwa mające stworzyć nową strefę wolnego handlu są niezwykle zróżnicowane: sama względnie bogata (choć nękana wieloma problemami) Republika Południowej Afryki wytwarzałaby około 40% PKB całego ugrupowania, a wraz z Libią, Egiptem, Sudanem i Kenią - ponad 80%!. Taka dysproporcja byłaby oczywiście niezwykle niekorzystna dla państw odpowiedzialnych za pozostałe 20% PKB wytwarzanego w strefie. Gospodarki państw mających powołać nową strefę wolnego handlu, ze względu na ogólne zapóźnienie technologiczne całego kontynentu, w niewielkim stopniu spełniają też kolejny warunek: komplementarności.

Miliony mieszkańców Afryki zostało zmuszonych do opuszczenia swoich domów ze wzgledu na krwawe kondilkty (Doctors without borders)Jednego jednak przywódcom państw afrykańskich nie można odmówić: szczerej woli politycznej. Czy to jednak wystarczy w obliczu tak niekorzystnych warunków na kontynencie? Pewnie nie, ale czy Afrykanie mają wybór? Afryka do dziś - mimo kilku szybko bogacących się państw - jest najbiedniejszym kontynentem właśnie dlatego, że pozostaje poza głównym obiegiem międzynarodowego handlu. Państwa afrykańskie, będąc jeszcze w większości właściwie w erze przedindustrialnej, zajmują się głównie wytwarzaniem mało dochodowych produktów rolnych, co w połączeniu z protekcjonistyczną postawą państw wysokorozwiniętych w kwestii importu tych towarów sprawia, że większość rynków zbytu jest dla nich zamknięta. Nawet sukces tych państw, których dynamika wzrostu gospodarczego jest najwyższa na kontynencie (Angola, Sudan), opiera się właściwie tylko na wysokiej cenie surowców, przede wszystkim ropy, a nie na faktycznej sile ich gospodarek; można spodziewać się, że gdy cena ropy spadnie jeszcze niżej, ich sytuacja będzie nie do pozazdroszczenia. Obu grupom państw - tym posiadającym surowce energetyczne, i tym, które ich nie posiadają - nie zostaje nic innego, jak intensyfikacja handlu między sobą. Zapewne część z państw na tym straci, ale część na pewno zyska na tyle, że będzie mogło w pełni włączyć się do światowego obrotu handlowego - dopiero wtedy Afryka, być może, przestanie być wyrzutem sumienia wysokorozwiniętej Północy.

dev

Zdjęcia: World Bank, Doctors without borders.


Polityka globalna
czwartek, 23 października 2008
Chaos wewnętrzny Indii nie pomoże im w realizacji ich ambicji do odgrywania większej roli w dzisiejszym swiecie (moinansari.wordpress.com)
Indie postrzegane są jako państwo, które ma odegrać kluczową rolę w światowej polityce XXI wieku. Czując pismo nosem, największa demokracja świata za wszelką cenę stara się potwierdzić swoje globalne ambicje (np. wysyłając bezzałogową misję na Księżyc), ale czy skomplikowana sytuacja wewnętrzna nie pokrzyżuje indyjskich planów? 

Zgodnie z wieloma przewidywaniami, środek ciężkości dzisiejszego świata przesuwa się z zachodniego kręgu cywilizacyjnego w kierunku wschodnim. Globalne przetasowanie, którego początku jesteśmy świadkami, może wynieść na piedestał dwa państwa: Chiny i Indie. Pozycja międzynarodowa Państwa Środka jest z grubsza znana: dzisiejsze Chiny to nie tylko największa fabryka świata, państwo posiadające największe rezerwy walutowe świata i ogromny rynek zbytu, ale i potęga polityczna - stały członek Rady Bezpieczeństwa ONZ, główny rozgrywający na arenie afrykańskiej i azjatyckiej.  

Hinduski ekstremizm jest zagrożeniem dla stabilności Indii (CFR.org)Zgoła inaczej jest w przypadku Indii - określenie ich dzisiejszej pozycji w porządku (a może już nie-porządku?) światowym jest mocno problematyczne. Z jednej strony jest to państwo o ogromnym potencjale gospodarczym i ludzkim, równie mocno co Chiny zakorzenione w zglobalizowanym świecie, o bardziej nowoczesnej od nich strukturze uzyskiwanego dochodu narodowego, a z drugiej - polityczny karzeł, o nieproporcjonalnie małym znaczeniu do potencjału oraz ambicji. Indie chciałyby to zmienić, więc za wszelką cenę starają się zademonstrować światu, że są panstwem silnym, nowoczesnym i bogatym - a co za tym idzie, zdolnym do kreowania rzeczywistości politycznej świata. Konkurentem nie tylko dla Chin, ale i dla USA, Unii Europejskiej czy Rosji.  

Jednak Indie mają wiele problemów, z którymi od lat nie potrafią sobie poradzić kolejne rządy, a które mogą zadecydować o tym, czy kraj ten wykorzysta pełnię swego potencjału. Najpoważniejszym z nich, przy którym nawet wysoki poziom korupcji czy niewielka mobilność społeczna Indusów są niczym, jest fakt, iż Indie są państwem tak zróżnicowanym, że aż właściwie całkowicie podzielonym w niemal każdej dziedzienie życia społecznego. Lini tych podziałów - jak przystało na tak wielkie państwo - jest wiele: wystarczy powiedzieć, że Indie zamieszkują przedstawiciele wszystkich największych religii świata (oraz niezliczonej liczby mniejszych kultów), używający setek języków i dialektów i pochodzący z różnych plemion, kast i grup społecznych. Jeśli nałożymy na to ogromne dysproporcje w podziale dochodu narodowego, możemy otrzymać niezwykle wybuchową mieszankę.

Szczególnie niebezpiecznym zjawiskiem jest coraz szerzej rozpowszechniony hinduski integryzm, którego ostrze wymierzone jest przede wszystkim w drugą co do wielkości grupę religijną - 138-milionową społeczność muzułman. Wyznawcy Islamu oskarżani są o separatyzm lub o działanię na szkodę Indii, a na pożytek jego sąsiadów - Pakistanu i Bangladeszu. Inne grupy religijne, w tym kolejne jeśli chodzi o liczebność: sikhowie i chrześcijanie, także padają ofiarą prześladowań ze strony hinduskiej większości. Oprócz regularnych aktów niezorganizowanej przemocy, problemem Indii jest działalność setek organizacji terrorystycznych różnej proweniencji - hinduskich i islamskich integrystów, rozmaitych grup separatystycznych. W przeprowadzanych przez nie zamachach co roku ginie ponad 1,000 ludzi, co stawia Indie w ścisłej czołówce w tej kategorii - zaraz po Iraku, Afganistanie i Pakistanie. Tej przemocy nie może ukrócić słaba i skorumpowana władza, zarówno ta na szczeblu lokalnym, stanowym, jak i federalnym, więc co pewien czas (zazwyczaj co kilka miesięcy) Indiami wstrząsają kolejne niepokoje na tle religijnym, czego efektem są samosądy, pogromy i wypędzenia.

Zwolennicy Raja Thackeray'a odpowiedzialni są za wiele brutalnych pobić (MSN.com/AP)Co więcej, sama hinduska większość jest także niezwykle podzielona: zarówno na tle ekonomiczno-społecznym, jak i etniczno-tożsamościowym. W Indiach działa wiele ekstremistycznych partii, których program opiera się na sprzeciwie wobec imigrantów - hindusów spoza danego stanu czy regionu. Liderem jednej z takich partii jest aresztowany kilka dni temu Raj Thackeray, nawołujący do występowania rodowitych Maharasztran przeciw osiedlającym się w tym stanie hindusom z innych części Indii. Powody są takie same, jak w każdej innej części świata: imigranci zabierać mają miejscowym pracę, obniżać ich dochody, a ponadto są zagrożeniem dla tożsamości kulturowej regionu; mimo to w niewielu państwach demokratycznych dochodzi do tak częstych i tak trudnych do opanowania zamieszek na aż tak dużą skalę, jak w Indiach.

Można przewidywać, że wraz z upływem czasu nastroje będą się jeszcze bardziej radykalizować. Paradoksalnie, największy dziś atut Indii w systemie globalnej gospodarki, a więc ogromny i nadal nie do końca wykorzystany kapitał ludzki może być głównym czynnikiem rozsadzającym ten kraj od wewnątrz. Obecny wzrost bogactwa dotyczy właściwie jedynie mieszkańców miast, a ci nie stanowią jeszcze nawet 1/3 całej populacji kraju. Cała reszta, a więc 70%, nadal mieszka na terenach wiejskich, na które fala bogactwa nie spłynęła i raczej już nie spłynie; wiedząc to, Indusi coraz bardziej masowo przenoszą się ze wsi do bogatszych metropolii. I natrafiają na ludzi takich jak Raj Thackeray i im podobnych. Kolejnym elementem destabilizującym jest wspomniany terroryzm, który przybiera na sile wraz z rosnącym radykalizmem hinduistycznej większości. Pozbawione możliwości artykulacji własnych interesów, mniejsze grupy etniczne, religijne czy językowe, coraz częściej będą sięgać po terroryzm, jako najbardziej adekwatną w ich położeniu metodę walki.

Wydaje się więc, że przed Indiami długa jeszcze droga - nie tylko do statusu globalnego aktora stosunków międzynarodowych, ale nawet do normalności. Indie mają kilka niewątpliwych atutów, takich jak ogromna, stosunkowo młoda, w pewnej mierze nieźle wykształcona populacja (posługująca się do tego językiem angielskim) czy nadal bardzo niskie koszty pracy. Największym z nich jest jednak system demokratyczny, który - jeśli działa poprawnie - pozwala unikać nadmiernych napięć, nagłych przewrotów, a niepokoje społeczne kanalizuje w pokojową działalność polityczną. Niestety, największa demokracja świata zacina się niezwykle często. Dopóki komuś nie uda się usunąć tych awarii, albo przynajmniej zmarginalizować ich skutki, Indie nie mogą liczyć na stałe miejsce wśród możnych tego świata.

dev

Zdjęcia: moinansari.wordpress.com; CFR.org, MSN.com/AP.


PolitykaGlobalna.pl - analizy i komentarze sytuacj międzynarodowej (www.politykaglobalna.pl)
piątek, 17 października 2008
Irańskie F-14: najnowocześniejsze z samolotów, które wezmą udział w manewrach (modelingmadness.com)
Starym bliskowschodnim sposobem, Iran stara się dać do zrozumienia Izraelowi, że ewentualny atak na jego instalacje nuklearne nie pozostanie bez odpowiedzi.

Wczoraj w północnym Iranie rozpoczęły się trzydniowe manewry lotnictwa wojskowego państwa ajatollahów. Co ciekawe i nieprzypadkowe, są one niemal lustrzanym odbiciem izraelskich ćwiczeń z czerwca: dystans, jaki mają przelecieć irańskie samoloty wynosi około 2,500 km, co odpowiada odległości, jaką miałyby do pokonania w przypadku ataku na terytorium Izraela oraz powrotu znad niego, zaś podstawowym celem jest zniszczenie obiektów naziemnych. Co więcej, weźmie w nich udział około 100 samolotów (bojowych i wsparcia), co także odpowiada liczbie maszyn użytych przez Izrael w czerwcu. 

Gdy w Izrael przeprowadził zakrojone na niezwykle szeroką skalę manewry lotnicze, nikt nie miał cienia wątpliwości, że miały one jak najwierniej odzwierciedlać warunki nalotu na irańskie obiekty nuklearne. Ich zadaniem było nie tylko sprawdzenie własnych możliwości bojowych, ale przede wszystkim wywołanie efektu psychologicznego: Izrael pokazał, że nie zawaha się użyć siły, aby sprawę programu nuklearnego Teheranu zakończyć w najbardziej dla siebie pomyślny sposób. Tym razem jest dokładnie tak samo: choć sam fakt przeprowadzania manewrów nie jest w najmniejszym nawet stopniu niezwykły, wszystkie towarzyszące im okoliczności wskazują na podobne, co w przypadku ćwiczeń lotnictwa izraelskiego, motywacje: pokazanie gotowości do obrony własnych interesów i zdecydowania w ich realizacji. Cele militarne mają w tym wypadku znaczenie drugorzędne, tym bardziej, że lotnictwo Iranu złożone jest głównie z przestarzałych maszyn kupionych w większości w USA jeszcze za czasów szaha, które na domiar złego nie są odpowiednio serwisowane ze względu na wieloletnią izolację Iranu. 

Wojna psychologiczna trwa zatem nadal, a manewry te są jej kolejnym rozdziałem. Pierwszym była natychmiastowa odpowiedź Iranu na czerwcowe ćwiczenia Izraela, w postaci nie do końca udanych testów rakiet balistycznych Szahab-3 (aby zatuszować problemy techniczne wynikłe podczas ćwiczeń, zdjęcia z ich odpalenia zostały zretuszowane), a kolejnymi - coraz bardziej agresywna retoryka z obu stron barykady. 

Przez lato nie cichły spekulacje o ewentualnym ataku, a obie strony nie szczędziły sobie rozmaitych, mniej lub bardziej zakamuflowanych, gróźb, jednocześnie przygotowując się do spodziewanego konfliktu. Jak napisałem na początku lipca, ta pełzająca wojna nigdy nie weszła (i zapewne nie wejdzie) w stadium klasycznego konfliktu zbrojnego, a obie strony poprzestaną jedynie na straszeniu przeciwnika oraz wspieraniu procesów, które mogłyby zaszkodzić oponentowi. Dla Izraela niewątpliwie takim procesem jest zbliżenie Libanu i Syrii (oba państwa ostatnio ponownie nawiązały ze sobą, zerwane w 2005 roku, relacje dyplomatyczne), dla Iranu - szybko spadająca cena ropy naftowej, która, jak już starałem się dowieść, może być gwoździem do trumny ultrakonserwatystów skupionych wokół Ahmedineżada.

dev

Zdjęcie: Modelingmadness.com.

_______

PolitykaGlobalna.pl - portal o sprawach międzynarodowych

Jednocześnie serdecznie zapraszam, w imieniu swoim własnym, jak i całej redakcji, do nowege serwisu o polityce międzynarodowej - PolitykaGlobalna.pl. Więcej informacji o nim znajdziecie w następnym wpisie.

poniedziałek, 13 października 2008
Ajatollah Ahmed Dżannati podczas kazania wieszczy upadek USA (IRNA)

Tematem numer jeden na całym niemal świecie od dłuższego już czasu jest kryzys finansowy, który ze Stanów Zjednoczonych powoli rozlewa się na inne państwa. Co ciekawe, nie wszystkie kraje - tak jak my - boją się widma światowego krachu: są też takie, których przywódcy (i pewnie niemała część ludności) po prostu cieszą się z trudności, które przeżywają ostatnio kraje wysokorozwinięte z USA na czele.

Z nieukrywaną satysfakcją obecne kłopoty USA przyjęli m.in. Ismail Hanija, premier Autonomii Palestyńskiej oraz jeden z popularnych libańskich duchownych, który w libańskiej telewizji uznał je za znak dany przez Allaha, zapowiadający szybki i nieuchronny koniec amerykańskiego "aroganckiego imperium". W podobny tonie wypowiadali się także członkowie Al-Kaidy na kasecie wideo z początku października.

Jednym z tych państw, które świętują obecny kryzys, jest - a jakże by inaczej - także Iran. Ajatollah Ahmed Dżannati, jeden z najbardziej prominentnych perskich duchownych, sprawujący nieprzerwanie od 1988 stanowisko przewodniczącego Rady Strażników, stwierdził ostatnio, że:

"Cieszymy się, że gospodarka Stanów Zjednoczonych przeżywa ostatnio kłopoty. (...) [Amerykanie - przyp. aut.] muszą zmierzyć się z konsekwencjami własnego postępowania. To kara boska. Im ich kłopoty będą większe, tym dla nas lepiej".   

Czyżby irańscy przywódcy uznali, że prawa globalnej ekonomii nie stosują się do ich gospodarki? Co ciekawe, na razie teherańska giełda papierów wartościowych bardzo ospale reaguje na amerykańskie kłopoty, a jej wszystkie indeksy - choć nieznacznie tracą - utrzymują się na stosunkowo wysokim poziomie, przynajmniej w porównaniu z tym, co dzieje się na rynkach finansowych Stanów Zjednoczonych, Europy i Dalekiego Wschodu. Czyżby więc był to cud?

W żadnym bądź razie! Teherańska giełda, tak jak i cały irański rynek finansowy, jest w stosunkowo niewielkim stopniu powiązana z jej odpowiednikami na Zachodzie. System transnarodowych współzależności, który w XX wieku objął swoim zasięgiem niemal cały świat, nie w każdym miejscu na Ziemi aż tak na trwałe wrósł w rzeczywistość społeczno-ekonomiczną jak stało się to w krajach wysokorozwiniętych. Iran, nie należąc do tej kategorii państw, a w dodatku od kilku lat - mniej lub bardziej skutecznie - izolowany od dopływu wielkiego kapitału z innych krajów, pozostaje praktycznie poza głównym obiegiem globalnego rynku finansowego.

Mimo to, Iran nie może czuć się bezpiecznie - wydaje się, że dzisiejsza, względnie dobra kondycja teherańskiej giełdy, szybko może się skończyć, tym bardziej, że stan irańskiej gospodarki stale się pogarsza. Niska produktywność, wysoka stopa bezrobocia oraz jeszcze wyższa od niej inflacja, to nic w porównaniu z bardzo niekorzystną strukturą przemysłu, zdominowanego przez samo wydobycie ropy naftowej. Dopóki cena tego surowca pozostawała na niezwykle wysokim poziomie (ponad 100$ za baryłkę), Teheran miał zapewnione ogromne wpływy do budżetu; obecnie jednak cena  czarnego złota utrzymuje się na znacznie niższym poziomie, nieznacznie przekraczając 80$ za jedną baryłkę. Wraz z rozwijającym się kryzysem zmniejsza się popyt na ropę, a co za tym idzie - kurczy się także rynek paliw płynnych; gdy/jeśli kryzys osiągnie swoje apogeum, państwa eksportujące ropę - a więc i Iran - mogą znależć się w nie lada kłopotach. Krach uderzy w nie z pełną siłą, a one, zazwyczaj nie posiadając alternatywnych źródeł dochodów, odczują to uderzenie mocniej niż państwa rozwinięte. Iran co prawda posiada tzw. fundusz stabilizacyjny, powołany w celu zapobiegania kryzysom społecznym i finansowany z dochodów uzyskiwanych z eksportu ropy, ale prezydent Ahmedineżad, korzystając ze sprzyjającej koniunktury światowej, przeznaczał te pieniądze na cele doraźnej polityki wewnętrznej.

Dalszy spadek cen ropy mógłby więc poważnie zachwiać irańską gospodarką, pozbawiając ją dziesiątek miliardów dolarów rocznie (całkowity przychód z eksportu ropy w poprzednim roku wyniósł 70 miliardów dolarów), powiększając rzesze biedoty oraz obniżając spory, bo ponad sześcioprocentowy, wzrost PKB. Taka sytuacja jest szczególnie niebezpieczna dla Mahmuda Ahmedineżada, obecnego - coraz mniej popularnego - prezydenta Iranu, którego za nieco ponad pół roku czeka ciężka walka o reelekcję nie tylko z kontrkandydatami z obozu reformistów (na razie zgłosił się tylko Mehdi Karrubi),  ale i z szeregów konserwatystów (najczęściej wymienia się tu Alego Laridżani'ego, jako głównego przeciwnika). Tak czy inaczej, sprzeciw wobec rządów Ahmedineżada rośnie, więc jeśli na obecny kryzys gospodarczy Iranu nałoży się światowy kryzys finansowy, może okazać się, że ten drugi - z którego jak dzieci cieszą się dziś islamscy radykałowie w Iranie - może wywrzeć znacznie poważniejszy wpływ na państwo ajatollahów, niż im samym się wydaje.

dev

Zdjęcia: IRNA. Artykuł ukaże się w najbliższym (43/2008) numerze tygodnika Wprost, dnia 20.10.2008. Znajdziecie go w dziale Wprost z blogu.

PolitykaGlobalna.pl - portal o sprawach międzynarodowych

czwartek, 09 października 2008
Dokończenie części pierwszej.
Rosyjski duet wyczuł, w którą stronę wieje obecnie wiatr (abcnews.com)Co takiego stało się ostatnio, że Rosja zaczęła prowadzić bardziej agresywną politykę? Przecież jeszcze do niedawna Kreml, choć bez wątpienia miał ambicje globalne, nie decydował się aż tak mocno zaangażować w światową politykę: wystarczało mu, że był uznawany za jedną z najważniejszych sił kształtujących porządek międzynarodowy, a co za tym idzie - liczono się z jego zdaniem przy podejmowaniu kluczowych dla świata decyzji. Nigdy jednak Rosja - ani za czasów rządów Borysa Jelcyna, ani nawet podczas prezydentury Władimira Putina - nie starała się przejąć inicjatywy  w tej sferze. Co więc pcha Rosję do gry o znacznie wyższą stawkę?
 
Odpowiedź na to pytanie jest prosta: Rosja poczuła, że pozimnowojenny ład międzynarodowy zaczyna się łamać, a wraz z nim jego największy symbol - Stany Zjednoczone. Choć dopiero ostatnie miesiące ostatecznie pokazały realną słabość USA, oznaki kryzysu widać było już od kilku lat. Rok 2001 pokazał, że nawet taki gigant jak Stany nie jest w stanie zapewnić bezpieczeństwa swoim obywatelom na własnym terytorium, zaś operacje w Afganistanie i Iraku utrwaliły pogląd, że Dawid - w postaci niewielkich grup partyzantów czy fundamentalistycznych terrorystów - może tego giganta związać na wiele lat wyniszczającą walką o każdy kilometr kwadratowy własnego terytorium. Wojny te nie tylko obaliły mit niemal niezwyciężonej Ameryki, a więc miały znaczenie symboliczne, ale także faktycznie osłabiły polityczną, ekonomiczną i moralną pozycję Stanów Zjednoczonych na świecie. Obecny kryzys na rynkach finansowych potwierdził tylko to, co było wiadome od pewnego czasu: era jednostronnej dominacji USA na świecie kończy się, a o tym, kto zajmie ich miejsce (jeśli się jakiemukolwiek państwu to uda) zadecyduje najbliższe dziesięciolecie. Rządzącymi jednymi państwami (Chiny) zrozumiały to stosunkowo wcześnie, inne nieco później (Rosja), podczas gdy inni pretendenci nie wiedzą, czy w ogóle powinny podjąć to wyzwanie (Unia Europejska).
 
Rosja, choć dotychczas była zainteresowana utrzymaniem staus quo, zdecydowała się działać Czy jedynym argumentem Rosji w XXI wieku pozostanie siła (www.coxandforkum.com)bardziej agresywnie niż robiła to dotąd. Pierwsze oznaki tej polityki widać było choćby na monachijskiej konferencji w sprawie bezpieczeństwa z lutego 2007 roku, gdy Putin bardzo ostro skrytykował - poniekąd słusznie - działania USA na początku XXI wieku. Debaty nad kolejnymi rundami sankcji nakładanych na Iran czy bukaresztański szczyt NATO z kwietnia 2008 roku potwierdziły że Rosja coraz aktywniej włącza się w coraz bardziej wartki nurt polityki globalnej. Szczególnego tempa tej przemianie polityki zagranicznej Rosji nadało zastąpienie Władimira Putina Dmitrijem Miedwiediewem: ten pierwszy najwyraźniej poczuł, że bezpośrednia odpowiedzialność spadła z jego barków na plecy nowego prezydenta, co mogło jeszcze dodatkowo go zachęcić do obrania bardziej konfrontacyjnego kursu wobec Zachodu. Ostatnim - jak na razie - akordem tej polityki była wojna w Gruzji oraz zacieśnienie współpracy z państwami wrogimi USA: Wenezuelą, Syrią i Iranem. 
 
Dziś najważniejszym problemem dla świata Zachodu jest to, w jaki sposób tak włączyć "nowe-stare" potęgi (czyli Rosję i Chiny) do głównego nurtu światowej polityki, aby stały się odpowiedzialnymi  jej współtwórcami. Niestety, na razie nie zanosi się na to, by oba te państwa zdecydowały się przejąć  choćby część odpowiedzialności z rąk chwiejących się Stanów Zjednoczonych.  Duet Putin-Miedwiediew wyczuł, w którą stronę wieje obecnie wiatr i będzie się trzymał tego kursu, dopóki nie osiągnie swoich celów - zajęcia obecnej pozycji USA w najlepiej nadal monocentrycznym porządku światowym.
 
dev

PolitykaGlobalna.pl - portal o sprawach międzynarodowych

 
 
1 , 2
Zakładki:
Blogi o światowej polityce (PL)
Instytuty, think-tanki i inne
Blogi o światowej polityce (inne języki)
Inne ciekawe blogi
Media
Blox.pl
Przedruki
Zasubskrybuj blog




Polityka, gospodarka i bezpieczeństwo w ujęciu globalnym



Nakarm glodne dziecko - wejdz na strone www.Pajacyk.pl Help end world hunger

Blogi Polityczne