czwartek, 17 lipca 2008
 

W poniedziałek dymisję złożył premier Belgii, Yves Leterme. Jej powodem ma być brak porozumienia w ramach bardzo szerokiego rządu co do zakresu reform instytucjonalnych. Po raz kolejny widmo rozpadu krąży nad Belgią.

W moim drugim (a właściwie pierwszym, jeśli nie liczyć powitania) wpisie na blogu, zastanawiałem się, na jak długo starczy determinacji Leterme'owi, a co za tym idzie - jak długo Belgowie będą cieszyć się ze swojego nowego rządu. A cieszyć się mieli z czego - na sformowanie tego rządu czekać musieli prawie 200 dni od ogłoszenia wyników wyborów i wydawało się już, że obie strony konfliktu, a więc Flamandowie i Walonowie, doszły do wniosku, że muszą dojść do porozumienia. 

Niestety, nadzieje okazały się płonne. Proponowane przez stronę flamandzką głębokie reformy polegające przede wszystkim na dalszej  decentralizacji i autonomizacji polityki w ramach regionów, były nie do przyjęcia przez Walonów. Flamandowie nie byli zresztą zbyt chętni do ustępstw. Nie doczekawszy się porozumienia w przewidzianym przez siebie terminie, który upłynął 15 lipca, premier Belgii postanowił zrezygnować z urzędu. Znów można było usłyszeć opinie, że Belgia jest o krok od rozpadu. 

Nie pisałbym o tym, gdyby nie fakt, jak daleko idące konsekwencje w skali kontynentu, a być może i całego świata, może mieć rozpad Belgii; efekty takiej sytuacji można by podzielić na te materialne i niematerialne.

O materialnych skutkach rozpadu państwa belgijskiego napisano już wiele. Niewątpliwie najwięcej na rozpadzie straci Walonia - biedniejsza połowa Belgii, która od lat boryka się z problemami ekonomiczno-społecznymi. Trudno jednak przewidzieć, jak z ewentualną dezintegracją państwa poradzi sobie gospodarka bogatej Flandrii (gdzie mieszkają Flamandowie). Jest ona co prawda w o niebo lepszej kondycji niż walońska, ale rozpad państwa i na nią może wpłynąć destabilizująco. Wszystko zależałoby od tego, w jaki sposób Belgowie załatwią między sobą tą sprawę - przedłużający się rozwód może nie być zachęcający dla inwestorów, może obniżyć wiarygodność kredytową państwa i jego obywateli, co także odbije się na obywatelach nowopowstałych państw. Może się więc okazać, że główna pobudka, dla której Flamandowie chcą powołać własne państwo nie tylko nie zostanie zrealizowana, ale sytuacja obróci się przeciw nim samym. Ponadto, można by spodziewać się deprecjacji wartości euro, czego skutki odczułaby cała Europa.

Największym problemem dla flamandzkich secesjonistów pozostaje jednak Bruksela. Być może to właśnie stolica, a nie król (jak twierdzą niektórzy), scalają obecnie Belgię. Nie dość, że jest ona wielką, francuskojęzyczną enklawą w samym niemal sercu Flandrii, to ponadto jest zarazem miastem tak bogatym i tak znaczącym we współczesnej Europie (choćby ze względu na fakt, że znajdują się tam najważniejsze instytucje unijne), że obie strony będą chciały, aby pozostała ona w ich rękach lub choć nie dostała się pod władzę przeciwnika.   

Mimo wszystko uważam, że znacznie ważniejsze są niematerialne konsekwencje ewentualnego rozpadu, bowiem one na pewno nie ograniczyłyby się jedynie do obszaru Europy.

Przede wszystkim, musimy pamiętać, że choć Belgia jest obecnie państwem o najwyższym chyba w  Europie stopniu autonomizacji (lub, jak kto woli, dewolucji), kraje takie jak Hiszpania niewiele im pod tym względem ustępują, a przewyższają nawet w temperaturze sporów w tej sferze. Niemal pewnym kandydatem do secesji wydaje się być Baskonia, zaś Katalonia i Galicja na pewno wykorzystałyby sytuację w Belgii do wysunięcia postulatów o zwiększenie własnych - i tak bardzo już szerokich - uprawnień. Niematerialna idea szybko przeistoczyć by się więc mogła w materialny rozpad kolejnego państwa.

Dlatego też Hiszpania zapewne utrzymałaby swoją politykę niepopierania żadnych secesji; słowem - państwa powstałe po rozpadzie Belgii mogłyby mieć problemy z uzyskaniem uznania od Hiszpanii. Trudno przewidzieć, jakie konsekwencje mogłaby mieć kuriozalna sytuacja, w której istnieją dwa oddzielne państwa postbelgijskie, ale żadne z nich nie jest uznawane przez Hiszpanię. Powstaje także inne pytanie: czy Flandria i Walonia umiałyby współpracować ze sobą w strukturach unijnych i czy nie żywiłyby do siebie nawzajem niechęci.

Nie mniej ważne byłyby konsekwencje na arenie międzynarodowej. Rozpad Belgii przyczyniłby się zapewne do podważenia coraz silniejszej roli Unii Europejskiej na arenie międzynarodowej. Istotnym problemem byłaby także - z punktu widzenia UE - kwestia Brukseli, przysłowiowej już wręcz stolicy zjednoczonej Europy. Na razie brzmieć to może jak futurologia, ale chyba najlogiczniejszym wyjściem w razie podziału Belgii, byłoby przekształcenie okręgu Brukseli europejski dystrykt federalny, na kształt amerykańskiej stolicy. Na pewno nie spotkałoby się to jednak z akceptacją społeczeństw europejskich; zresztą - nie wiadomo, czy UE w ogóle chciałaby brać na siebie taką odpowiedzialność.

Co ciekawe, aspiracje Flamandów wpisują się w szerszy kontekst rozwoju państw. Dla jednych, rozpad Belgii byłby unaocznieniem tezy Jerry'ego Z. Mullera, który twierdzi, że przednowoczesny nacjonalizm długo jeszcze pozostanie siłą napędową stosunków między państwami, nawet w - wydawać by się mogło postnowoczesnej - Europie. Inni twierdzą zaś, że sytuacja Belgów jest typowym wzorcem rozwoju właśnie państwa postnowoczesnego, w którym obumarciu ulegają więzy czysto narodowe, a ich miejsce zajmują więzy oparte przede wszystkim na wspólnocie interesów i lokalnym czy regionalnym patriotyzmie. Z jakiejkolwiek perspektywy by nie patrzeć, podział Belgii może przynieść wiele zmian, na które być może nie jesteśmy jeszcze przygotowani.

dev

Zdjęcia:Adam's political blog (bp1.blogspot.com), Belgium studs (belgiumstuds.blogspot.com).

piątek, 11 lipca 2008

 Pan Bartosz Węglarczyk, szef działu zagranicznego Gazety Wyborczej, na swoim blogu zamieścił bardzo ciekawą, ostrą polemikę z przeciwnikami budowy tarczy antyrakietowej w Polsce. Choć dotychczas nie zabierałem tej sprawie głosu na moim własnym blogu, tym razem uznałem, że warto skomentować całą sprawę.

Pan Bartosz jest oczywiście zagorzałym zwolennikiem budowy bazy systemu obrony antybalistycznej w Polsce, zachęca więc nas w tytule: bierzmy tarczę, bo się przyda. Niestety - moim zdaniem - autor nie przytacza argumentów, które mogłyby przekonać sceptyków, a kilkukrotnie sam sobie strzela w stopę. Słowem, Pan Bartosz twierdzi, że tarcza się przyda, ale nie wyjaśnia do czego.

Niestety, w całym wpisie niewiele informacji można znaleźć na tematy związane z samą tarczą, z jej znaczeniem dla bezpieczeństwa państwa, skutecznością i ewentualnymi konsekwencjami instalacji bazy w Polsce. Autor skupia się bowiem na uwarunkowaniach wewnętrznych, skądinąd słusznie dostrzegając, że tarcza antyrakietowa stała się obecnie dla nas jedynie kartą przetargową w wewnętrznej polityce Polski, z jej ciągłymi przepuchankami, walkami o przysłowiową pietruszkę i niezrozumiałymi decyzjami politycznymi. Niestety, koncentrując się na wystykaniu błędów kolejnym polskim rządom, Pan Bartosz także dołącza do chóru osób, które rozpatrują cały problem przez pryzmat polskiej polityki. Pisze:  

O tym, że Polska nie ma skutecznej obrony przeciwlotniczej, wie już dziś w Polsce każde dziecko. Wykorzystując okazję, postanowiliśmy naciągnąć Amerykanów, by nam ją załatali. Czy nie jest to jednak przede wszystkim obowiązek polskiego rządu? Co zrobiły poprzednie rządy, by tę dziurę zlikwidować?

Niestety, odpowiedź na podkreślone (przeze mnie, a nie przez BW) pytanie brzmi: nie zrobiły nic; tylko jaką to stwierdzenie ma wartość? Otóż żadną! Problem należy rozpatrywać nie w czasie przeszłym, a teraźniejszym i przyszłym.  Jaką bowiem wartość w dyskusji nad nim ma stwierdzenie, że ktoś czegoś nie zrobił dawno temu? Przecież powinno nas interesować to, co jest tu i teraz lub to, co może się wydarzyć w najbliższej przyszłości. Mamy twardą rzeczywistość, w której Polska nie posiada odpowiedniego systemu obrony przeciwlotniczej - oczywistym jest przecież fakt wielkiego zaniedbania w tej sferze. Pytanie stawiane przez Pana Bartosza powinno więc brzmieć: co zrobią kolejne polskie rządy, aby poprawić naszą obronę przeciwlotniczą? Niestety, nie zrobią zapewne zbyt wiele. System ten musi zostać w końcu zmodernizowany (a raczej: odbudowany niemal od postaw), ale  polskich sił zbrojnych nie będzie, w dającej się przewidzieć perspektywie, stać na samodzielne sfinansowanie tego zadania, a wydaje się być oczywistością stwierdzenie, że mając bazę tarczy antyrakietowej u siebie, będziemy musieli zdecydować się na sprzęt najwyższej jakości. Czy mając to wszystko na uwadze, można uznać lokalizację w Polsce bazy systemu za element zwiększający bezpieczeństwo państwa? Moim zdaniem, absolutnie nie.

Koronnym argumentem strony polskiej w negocjacjach z USA jest właśnie niedostosowanie naszego systemu obrony przeciwlotniczej i antybalistycznej do sytuacji, w jakiej znajdzie się Polska w razie umieszczenia na jej terytorium bazy tarczy. Dlatego też, stara się - jak możecie przeczytać w poprzednim cytacie - naciągnąć Stany Zjednoczone na sfinansowanie jego odbudowy - przynajmniej w niewielkim, w stosunku do potrzeb, zakresie. Symbolem tej - wątpliwej zresztą - odbudowy, jest warunek przekazania Polsce systemu Patriot. Oto, co na ten temat pisze Bartosz Węglarczyk:  

To absurd, bo jedna czy dwie baterie rakiet Patriot będą w stanie osłonić najwyżej mały kawałek Polski, np. ową amerykańską bazę antyrakietową. Zwolennicy strategii rządu w sprawie tarczy mówią, że potrzebujemy Patriotów, bo zły dyktator przed atakiem na USA może najpierw spróbować zniszczyć tarczę - czyli zaatakować Polskę. Jeśli jednak Patrioty będą chronić mały wycinek naszego kraju, to co stoi na przeszkodzie, by ów dyktator zaszantażował polski rząd, że w razie użycia tarczy zaatakowana zostanie niechroniona przez Patrioty baza, lecz Warszawa albo Gdańsk, albo Kraków

Mówiąc dyplomatycznie, mam sporo wątpliwości, czy argument ten działa na korzyść tarczy, czy przeciwko niej. Jaki bowiem płynie z niego wniosek? Taki, że na tarczy, w razie konfliktu, nie zyskamy absolutnie nic, bo bez względu na to, czy będziemy mieć zero, jedną czy nawet sześć baterii Patriot, żaden "zły dyktator" nie będzie się z nami patyczkował, tylko dla pewności zaatakuje i Warszawę (czy inne miasto) i instalację tarczy, a my i tak nie będziemy w stanie się obronić.

Pytam więc - jaki ma plan polski rząd, jeśli negocjacje o tarczy zakończą się fiaskiem? Skąd weźmiemy owe miliardy dolarów, by tę dziurę załatać? Czy może będzie tak, że tarcza nam przejdzie koło nosa, a dziura dalej będzie?

Być może. Ale może być - i zapewne będzie jeśli "weźmiemy"  teraz tarczę - jeszcze gorzej, bo będziemy mieć i dziurę i tarczę. W moim osobistym odczuciu, to chyba najgorsze z możliwych wyjść - wystawiamy się na pewne zagrożenia (to czy obecnie są one realne, nie ma znaczenia, ponieważ tak samo nierealne są powody, dla których powstaje tarcza - na razie przynajmniej), nie posiadając żadnych środków, które mogłyby posłużyć do ich neutralizacji. Dodam jeszcze, że osobiście uważam, że zapewne najlepiej byłoby mieć zarówno tarczę, jak i obronę przeciwlotniczą, ale musimy mieć świadomość, że jest to raczej niewykonalne, nawet w perspektywie kilkudziesięciu lat.

Wbrew opiniom wielu przeciwników tarczy jej projekt nie spotyka się ze sprzeciwem sojuszników z NATO. Z prostego powodu - bez płacenia jednego eurocenta mogą mieć na swym terytorium coś, co może ich ochronić przed zagrożeniem, które na różnych szczytach NATO zostało uznane za realne.

I czy nie lepiej też załapać się na tarczę, ale nie ponosząc za niej odpowiedzialności w razie ewentualnego konfliktu, ale i nie dostając żadnych "bonusów" ze strony USA, takich jak dozgonna - ale w gruncie rzeczy niewiele znacząca - deklaracja przyjaźni? Niestety, ze strony USA nie możemy się - moim zdaniem - spodziewać więcej. Strategiczne partnertstwo, o którym pisze Pan Węglarczyk, niestety - bez względu na to czy zdecydujemy sie na tarczę, czy nie - nie będzie udziałem Polski. Ciężar wydarzeń światowych przesuwa się od lat na Wschód, a Polska w nowym porządku światowym nie będzie odgrywać kluczowej roli w amerykańskich planach bezpieczeństwa narodowego, a raczej stanie się - z tarczą czy bez niej - pomijanymi peryferiami w ramach europejskiej ariergardy.

dev

Zdjęcie: armscontrolcenter.org

niedziela, 06 lipca 2008
 
Manoucher Mottaki, Iran, atom, broń atomowa

Iran odpowiedział na projekt porozumienia dotyczącego jego programu atomowego, przedstawiony w czerwcu 2008 roku. Problem z tym, że odpowiedź - jak zwykle - jest bardzo wymijająca.

Irański szef ministerstwa spraw zagranicznych nie odniósł się bezpośrednio do żadnej z propozycji wysuniętych przez Javiera Solanę w imieniu sześciu mocarstw. Głównym elementem projektu było tzw. freeze-for-freeze - wstrzymanie irańskiego programu wzbogacania uranu, w zamian za wstrzymanie zaostrzania sankcji nakładanych przez Radę Bezpieczeństwa ONZ i poszczególne państwa.

Mimo to, część komentatorów uważa odpowiedź Manuczera Mottaki'ego za swego rodzaju postęp w kontaktach Iranu z Zachodem, jako że propozycje zawarte w projekcie nie zostały odrzucone, a Iran chce kontynuować negocjacje.

Oczywiście, takie myślenie nacechowane jest naiwnością. Iran, po raz kolejny, gra na zwłokę. Ewentualne rozmowy mogłyby się zacząć dopiero za jakichś czas, a do tego momentu Iran - niepokojony - kontynuowałby proces wzbogacania uranu. Być może więc Teheran zgodzi się na negocjacje, tylko po to, aby później je zerwać; w międzyczasie potajemnie pracowałby nad ulepszeniem technologii, które pozwolić miałyby mu na stworzenie własnej broni atomowej. Trudno więc pozytywnie oceniać odpowiedź Iranu na propozycje społeczności międzynarodowej. Warto jednak zastanowić się: jaka będzie odpowiedź Izraela?

Tego nikt - zapewne nie wyłączając samych władz Izraela - jeszcze nie wie. Jedno jest pewne - Iran brnie w podobne gierki do tych, które pogrążyły Saddama Husajna. Można mieć tylko nadzieję, że - w odróżnieniu od sytuacji w jakiej znalazł się Irak 5-6 lat temu - tym razem po obu stronach wygra podejście bardziej pragmatyczne i racjonalne. Nie mam bowiem wątpliwości, że ewentualny konflikt zbrojny z Iranem wywołałby ogromny kryzys na całym świecie.

dev

Zdjęcie: Wikipedia.

UWAGA: Powyższy wpis pisałem w wielkim pośpiechu i nawet nie zauważyłem, że z jakiegoś powodu Blox nie wyświetla mi ostatniego akapitu (choć fizycznie znajdował się on w tekście notki). Powyżej możecie przeczytać wydanie drugie, poprawione ;)

czwartek, 03 lipca 2008

Od dłuższego czasu nie cichną spekulacje na temat ewentualnego ataku na Iran. Miałby on być odpowiedzią Izraela i Stanów Zjednoczonych na atomowe aspiracje Teheranu.

Oczywiście, mówiąc "atak na Iran", de facto mówimy o ataku  - zapewne lotniczym - na instalacje kluczowe dla jego programu atomowego. Celami zostałyby zapewne zakłady zlokalizowane w Isfahanie, będące głównym ośrodkiem irańskiego programu atomowego, oraz w Natanz, gdzie znajduje się zakład wzbogacania uranu (patrz: mapa na dole notki).

Osobiśćie raczej wątpię w bezpośrednie zaangażowanie Stanów Zjednoczonych w ewentualny atak. Wydaje się, że George W. Bush ma wystarczająco dużo powodów, by nie popierać rozwiązania siłowego, co nie oznacza, że potępi je, jeśli do niego dojdzie.

Przede wszystkim, amerykańskie siły zbrojne są zaangażowane w dwa, niezwykle wymagające, konflikty - misję stabilizacyjną w Iraku oraz podjazdową wojnę w Afganistanie. Szczególnie ciężka sytuacja panuje w tym drugim państwie, gdzie cały czas toczą sie regularne, ciężkie i - jak przyznał nawet sam prezydent George W. Bush - krwawe walki. Ten teatr działań może w przyszłości przynieść jeszcze więcej problemów, bowiem przez najbliższych kilka miesięcy można spodziewać się dalszej intensyfikacji działań rebeliantów.

Niezbyt zachęcające dla polityków amerykańskich są także prognozy ekonomiczne. Przede wszystkim obecny, nienajlepszy stan gospodarki światowej, związany ze stale wzrastającą ceną ropy naftowej nie wróży najlepiej jakimkolwiek krokom militarnym podejmowanym w obszarze Zatoki Perskiej. Iran w razie ataku na pewno będzie starał się odciąć Zachód od ropy wydobywanej w tym regionie, a ma ku temu odpowiednie środki - wystarczy, że uda mu się (w jakikolwiek sposób) zabarykadować cieśninę Ormuz, przez którą  "przepływa" ponad jedna trzecia światowego wydobycia ropy naftowej (17 mln baryłek dziennie), by wywindować na niebotyczny poziom jej cenę na rynkach światowych. W dzisiejszych warunkach, byłby to zabójczy cios nie tylko dla państw bezpośrednio zaangażowanych w ewentualny konflikt.

Zupełnie inaczej na sprawę musi patrzeć Izrael - dla niego irańska bomba atomowa jest namacalnym zagrożeniem. Kwestią sporną oczywiście pozostaje realna możliwość użycia  przez państwo ajatollahów ładunków nuklearnych w celu ataku na Izrael, ale bez względu na stopień prawdopodobieństwa takiego rozwiązania, samo posiadanie tego atomowego straszaka przez Iran może wpływać bardzo destabilizująco na cały region. Już dziś, dotychczas raczej niezainteresowane energią atomową w żadnej postaci, arabskie kraje Zatoki - nieśmiało jeszcze - zaczynają poszukiwać możliwości rozpoczęcia własnych programów nuklearnych. Jeszcze za wcześnie, aby mówić o zbrojeniach atomowych w regionie, ale kto wie, co może sie stać za kilka lat...

Izrael, jako, że kwestia irańskiej bomby, to dla niego sprawa życia i śmierci, nie cofnie się przed atakiem, o ile prowadzone z Teheranem negocjacje nie zakończą się sukcesem Zachodu. Bez względu na możliwe problemy z gospodarką światową, cenę ropy czy jakiekolwiek inne czynniki, zaatakuje, jeśli tylko poczuje się zagrożony. Ostatnie doniesienia o manewrach nad Morzem Śródziemnym oraz zniszczenie syryjskiego reaktora, świadczyć mogą o tym, że przygotowania do ataku mogą już być w bardzo zaawansowanym stadium.

Iran zresztą także przygotowuje się do ewentualnej wojny. Jak donosi nieoceniony serwis DEBKA, cały kraj został podzielony na 31 wojskowych regionów administracyjnych i... szykuje tysiące grobów dla żołnierzy agresora (oczywiście, są to zapewne czcze przechwałki).

Choć na razie jednak zarówno Iran, jak i USA zaprzeczają możliwości rozpoczęcia działań ofensywnych, wraz z upływem czasu sytuacja będzie stawać się coraz bardziej napięta. Można jednak sobie zadać pytanie, czy przypadkiem wojna już się tak naprawdę nie zaczęła. Oczywiście, nie klasyczna, otwarta wojna, ale pełzający konflikt, w którym obie strony na razie "sprawdzają" przeciwnika. Tym sprawdzianem dla Izraela jest wojna libańska i działania Hezbollahu, a dla Iranu - izraelskie manewry śródziemnomorskie i atak na syryjski reaktor. Są to klasyczne przykłady konfliktów zastępczych (proxy wars); fakt, że zimnowojenne wojny tego typu nie przekształciły sie w bezpośrednie starcie USA i ZSRR, nie sprawia, że w przypadku Iranu i Izraela będzie podobnie. Jedno jest pewne - im Iran będzie bliżej osiągnięcia swojego celu, a więc posiadania broni nuklearnej, tym z większym niepokojem będziemy patrzeć w kierunku Bliskiego Wschodu.

dev

Zdjęcia: Daylife, Wikipedia, Der Spigel.

Zakładki:
Blogi o światowej polityce (PL)
Instytuty, think-tanki i inne
Blogi o światowej polityce (inne języki)
Inne ciekawe blogi
Media
Blox.pl
Przedruki
Zasubskrybuj blog




Polityka, gospodarka i bezpieczeństwo w ujęciu globalnym



Nakarm glodne dziecko - wejdz na strone www.Pajacyk.pl Help end world hunger

Blogi Polityczne