wtorek, 24 czerwca 2008
Premierzy: Chin (Wen Jiabao) i Indii (Manmohan Singh) w Pekinie
Chiny i Indie to chyba jedne z najbardziej fascynujących obecnie państw świata. Ich niesamowity skok w nowoczesność, jaki dokonuje się na naszych oczach, jest przedmiotem badań politologów i ekonomistów z całego świata.
 
Frapujący tekst p.t. "The next asian miracle" możecie znaleźć na łamach lipcowo-sierpniowego wydania czasopisma Foreign Policy; jego autor - Yasheng Huang - porównując dwie zgoła odmienne drogi modernizacji, stara się (w miarę skutecznie, jak na mój gust) nie tylko obalić stosunkowo popularną obecnie tezę, że demokracje kiepsko radzą sobie z ekonomią, ale i udowodnić, że to właśnie demokratyzacja jest czynnikiem, który potrafi - jak żaden inny - pobudzić zastałą gospodarkę.
 
Za przykład autor podaje Indie i Chiny. Oczywistym wydaje się być stwierdzenie, że oba te państwa są krajami o zupełnie innej specyfice, doświadczeniach historycznych czy - przede wszystkim - ustroju społeczno-politycznym. Z tej odmiennej specyfiki wynika zupełnie inny model rozwoju, jaki obrały. Mimo to, jest pewna reguła, która - według autora - rządzi historią najnowszą Chin i Indii; jest nią uzależnienie szybkiego rozwoju gospodarczego od liberalizacji, tak w życiu gospodarczym, jak i, przede wszystkim, społeczno-politycznym.
 
Indira Gandhi na wiecu przedwyborczym (rok 1971)Choć Indie od powstania są krajem demokratycznym, indyjska demokracja miała swoje wzloty i upadki.  Wraz z tymi pierwszymi, państwo to doświadczało szybkiego wzrostu gospodarczego, wraz z drugimi - tempo rozwoju wyraźnie spadało. Stagnacja gospodarcza w latach 70. i 80. spowodowana była nie do końca demokratycznymi wieloletnimi rządami pani premier Indiry Gandhi, która - dążąc do centralizacji państwa i monopolizacji władzy na poziomie rządu federalnego - obsadzała najważniejsze stanowiska ludźmi sobie zaufanymi, choć nie zawsze odpowiednio do tego przygotowanymi. Wynikiem takiej polityki była ogromna skala korupcji, niestabilność instytucji demokratycznych, a w ostateczności - słaby rozwój gospodarczy i ogromna bieda wielosetmilionowej populacji Indii.
 
Na pierwszy rzut oka, Chiny zdecydowały się zupełnie inną drogę rozwoju. Wszystko - jak wiemy - zaczęło się niemal dokładnie 30 lat temu, wraz z początkiem reform gospodarczych Denga Xiaopinga. Dekada lat 80. była niezwykłym okresem dla gospodarki i społeczeństwa chińskiego - nie tylko ta pierwsza trafiła wreszcie na właściwe tory, ale - co ważne - mieszkańcy Chin zaczęli odczuwać tą poprawę warunków. Jednym z pierwszych kroków po objęciu władzy reformatorów była rehabilitacja własności prywatnej i prywatnych przedsiębiorców. Dzięki reformom z lat 80. XX wieku, Chiny zredukowały rozległe obszary dramatycznej wręcz biedy i zrobiły to w większości nie - tak jak powszechnie się sądzi - w ostatniej dekadzie wieku XX czy też na początku  kolejnego stulecia  - ale między rokiem 1980, a 1984! Na chińskim wzroście gospodarczym przez całe lata korzystała ogromna część tego wielkiego, jakże zróżnicowanego, społeczeństwa. Za reformami gospodarczymi szły w parze zmiany systemu politycznego, szczególnie na poziomie samorządowym. Z zadowolenia z reform gospodarczych, społecznych i politycznych wynikać miało niewielkie poparcie dla studenckich protestów na placu Tiananmen z roku 1989
 
Zupełnie odmienne są drogi rozwoju obu tych państw w ciągu ostatnich dwudziestu lat. Indie potrafiły podnieść się z kolan, po niezbyt udanenym okresie lat 80. głównie dzięki liberalizacji i demokratyzacji przeprowadzonej w latach 90. Dziś ich wzrost gospodarczy jest równie imponujący, co tempo rozwoju Chin, ale podstawy, na których jest zbudowany cały system społeczno-gospodarczy wydają się być bardziej trwałe, niż w przypadku ich północnego sąsiada. Indie zainwestowały w społeczną bazę całego systemu - a więc w kapitał ludzki; Chiny - wręcz przeciwnie. Ich wzrost oparty był głównie na ogromnych inwestycjach bezpośrednich z Zachodu i wielkich projektach infrastrukturalnych, a w mniejszym zaś stopniu  - w kapitał ludzki.  Autor podaje wymowny przykład takiego podejścia: w ciągu zaledwie jednej dekady, Chiny zbudowały 3,000 drapaczy chmur w samym Szanghaju, ale zarazem nie zrobiły nic, aby zapobiec zwiększeniu się analfabetyzmu dorosłych z poziomu 85 mln do 117 mln osób (sic!). 
 
Najsłynniejsze zdjęcie XX wieku - masakra na placu TiananmenTeza postawiona przez Yashenga Huanga w opisywanym przeze mnie artykule, wydaje się być nieźle udokumentowana i nie pozbawiona racjonalnych podstaw. Moim zdaniem, to przede wszystkim jej antyteza jest absurdalna - w końcu nie bez znaczenia jest fakt, że spośród dziesięciu najbogatszych państw świata, większość to kraje demokratyczne. Nie jest to żaden zbieg okoliczności, ale pewna reguła, którą sukces autorytarnych Chin - jako wyjątek - jedynie potwierdza.
 
Chiny - także dzięki wspomnianym wieżowcom - wyglądać dziś mogą na państwo znacznie bardziej nowoczesne i bogate niż Indie, ale pamiętajmy, że to nie budynki, nie  sama infrastruktura, ale ludzie i ich pomysły kreują wzrost gospodarczy. Na tym polu chiński smok musi się jeszcze wiele nauczyć - choćby od swojego południowego sąsiada. Niestety, dziś po reformistycznym i elastycznym myśleniu z okresu rządów Denga Xiaopinga zostało niewiele, czego najlepszym dowodem są choćby przesiedlenia ludności w celu kontynuowania budowy takich obiektów, jak Tama Trzech Przełomów czy obiekty olimpijskie w Pekinie. Obrazują one  - w moim przekonaniu - nie tylko brak demokracji oraz poszanowania praw własności, ale i nieumiejętność rozwiązwania kryzysów społecznych przez władze w Pekinie. Ten brak elastyczności - z której słynęły dotąd chińskie elity władzy - może zakończyć się fatalnie dla państwa chińskiego.
 
dev
 
Zdjęcia: strona internetowa ambasady Chin w Chorwacji (hr.china-embassy.org), cla.calpoly.edu, britannica.com.
AKTUALIZACJA: Dostęp do Foreign Policy jest płatny, ale artykuł został przedrukowany w kilku mediach - np. Praja Bangalore
poniedziałek, 16 czerwca 2008
Tak właśnie wygląda rakieta Szahab-3 (farsnews.org)
Czy pamiętacie jeszcze Abdula Kadira Khana, pakistańskiego handlarza atomem, o którym pisałem już jakiś czas temu (Historia powstania nuklearnego Wal-Martu w dwóch częściach - I i II)? Niepokojące informacje na temat jego działalności mają znaleźć się w raporcie przygotowywanym przez byłego inspektora ONZ ds. rozbrojenia, Davida Albrighta.

Albright w swoim - nieopublikowanym jeszcze - raporcie stwierdza, że siatka Khana przekazywać miała swoim "kontrahentom" plany budowy nowoczesnych, stosunkowo małych, głowic atomowych. Zważywszy na fakt, że odbiorcami technologii udostępnianych przez pakistańskiego naukowca były kraje takie jak Iran czy Korea Północna oraz - najprawdopodobniej - organizacje terrorystyczne, rzuca to nowe światło na wiele aktualnych problemów. Raport zawierać ma dwie ciekawe tezy.

Pierwsza z nich mówi o tym, że siatka Abdula Khana mogła sprzedać plany budowy broni atomowej jakiejś organizacji terrorystycznej. Oczywiście, w świetle tego, co wiemy o Khanie, niemal pewnym kandydatem na ewentualnego odbiorcę tego typu technologii jest Al-Kaida. Przypomnijmy, że to właśnie kontakty współpracowników ojca pakistańskiej bomby atomowej z wysłannikami właśnie tego ugrupowania sprawiły, że cała siatka została zneutralizowana, a sam jej twórca - osadzony w areszcie domowym. Mimo to, kwestia zaopatrzenia jakichkolwiek organizacji terrorystycznych w plany nowoczesnych głowic nie wydaje się być szczególnym zagrożeniem, bowiem nadal nie posiadają one odpowiednih warunków do tego, aby plany te przekuć w działającą, gotową do użycia broń atomową. Terrorystyczny atak atomowy to nadal czyste science-fiction i - miejmy taką nadzieję - długo jeszcze takim pozostanie.

Zasięg irańskich rakiet Szahab-3 - kliknij aby powiększyć (farsnews.com) Z tego też powodu znacznie bardziej niebezpieczna wydaje sie perspektywa pozyskania tych planów przez Iran i Koreę Północną. To pierwsze państwo - jak wiemy - posiada stosunkowo zaawansowany program atomowy, choć jeszcze nie wyprodukowało żadnej głowicy atomowej. Dotychczas jednak zakładano, że nawet jeśli Iran takową stworzy, nie będzie miał odpowiednich środków, aby ją przenieść - zwyczajnie będzie za duża. Zakładano, że Irański program atomowy będzie musiał poświęćić jeszcze wiele czasu na doskonalenie odpowiednich technologii miniaturyzacyjnych, dzięki którym będzie możliwe umieszczenie głowicy w rakietach typu Szahab-3. Wraz z odkryciem materiałów świadczących o przekazaniu tych planów Iranowi i państwu Kimów, zachodzi obawa, że w najbliższej przyszłości mogą one wejść w posiadanie łatwej do umieszczenia w wyprodukowanych przez siebie rakietach średniego zasięgu, broni atomowej. Oczywiście zmienia to zupełnie spojrzenie na obecny program nuklearny Iranu, który automatycznie staje się znacznie bardziej niebezpieczny, niż się wydawało jeszcze do niedawna, co może wpłynąć na decyzję o ewentualnej agresji Stanów Zjednoczonych na Iran.

dev

Zdjęcia: farsnews.com, vitalperspective.typepad.com.
______

Nieco więcej na ten temat na DEBKAfile.

Po odrzuceniu traktatu lizbońskiego przez społeczeństwo Irlandii, trudno przewidzieć dalszy jego los. Fakt, że na razie UE działa w miarę sprawnie, nie oznacza jednak - moim zdaniem - że nowy traktat jest zbędny.

Wręcz przeciwnie! Europa jak nigdy potrzebuje ożywczego impulsu, który nie tylko popchnie ją w nowym kierunku, ale będzie też odpowiedzią na wyzwania i zagrożenia XXI wieku. Jeśli Europa chce jeszcze w nadchodzącym stuleciu odgrywać rolę taką jak przez kilka poprzednich, musi wyjść z impasu instytucjonalnego i zacząć myśleć o przyszłości globalnie. Do tego potrzebne jest jednak nowe spojrzenie, głębsze zrozumienie procesów jakie zachodzą w dzisiejszym świecie, a przede wszystkim - chęć wyjścia im naprzeciw i działania w taki sposób, aby potencjalne wyzwania nie przerodziły się w namacalne zagrożenia.

Nie odmawiam europejskim politykom i ich doradcom umiejętności dogłębnego wejrzenia i zdiagnozowania obecnej sytuacji międzynarodowej; wręcz przeciwnie - jestem przekonany, że mają świadomość, że stoją przed wielką szansą, aby zjednoczona Europa zaczęła myśleć i działać samodzielnie. Na naszych oczach budowany jest nowo-stary ład międzynarodowy - wracamy znów do sytuacji, gdy państwa dotychczasowych peryferii, tworzące (umowny) Trzeci Świat, będą nadawać ton globalnej rzeczywistości politycznej. W wywiadzie dla tygodnika Europa, znany brytyjski politolog M. Leonard, stwierdza, że w relatywnie niedługiej perspektywie czasowej czeka nas

(...) strukturalna zmiana w porządku światowym. (...) Po raz pierwszy od zakończenia zimnej wojny potęga niezachodnia będzie miała wpływ na definiowanie i reguły rozwiązywania najistotniejszych kwestii. Chiny zaczynają myśleć na własny rachunek i cały świat będzie to musiał wziąć pod uwagę.

Nie muszę chyba przekonywać, że Chiny to wielkie wyzwanie dla Zachodu, jedyne państwo spoza naszego kręgu kulturowego, które może faktycznie doprowadzić do zasadniczej zmiany w stosunkach międzynarodowych, zachwiać dotychczasowym monocentrycznym porządkiem, jaki wytworzył się po upadku świata dwubiegunowego.

Europa jako królowa - mapa S. Munstera z 1570 r.Nie oznacza to jednak, że na Państwo Środka nie ma mocnych - należy podjąć rzuconą przez nie rękawicę; jednak aby tego dokonać, Unia musi się radykalnie zreformować, w celu wzmocnienia swojej polityki zagranicznej. Przede wszystkim, konieczne jest nadanie jej osobowości prawnomiędzynarodowej (dziś posiadają ją jedynie Wspólnoty Europejskie), a poza tym, należy wzmocnić, lub wręcz - w dużej mierze uwspólnotowić (a więc wynieść na poziom ponadnarodowy) procedury współpracy w ramach dzisiejszej Wspólnej Polityki Zagranicznej i Bezpieczeństwa oraz stworzyć konkretne polityki współpracy z najbliższymi sąsiadami UE, w pewnej mierze wzorowane na - niestety raczej nieudanej - idei Partnerstwa Eurośródziemnomorskiego.

Rola Unii na arenie międzynarodowej nie jest jedynym wyzwaniem, przed jakim stoi obecnie Europa. Ogromnym problemem jest międzynarodowy system finansowy, nadal oparty w dużej mierze na coraz mniej stabilnym i wiarygodnym dolarze. Powoli jego pozycję zajmuje euro, ale przynieść może to równie dużo szkód, co korzyści. O nie mniejszy ból głowy, może Europejczyków w przyszłości przyprawić cena nośników energii, a przede wszystkim - ropy naftowej. Prędzej czy później, Unia i będzie musiała na poważnie zastanowić się, w jaki sposób zastąpić ropę we własnej gospodarce; nie będzie to łatwe, zważywszy na to, że ropa wykorzystywana jest nie tylko do produkcji paliwa, ale i choćby - wszechobecnego w dzisiejszym świecie - plastiku. By tego dokonać, konieczne będą wielkie inwestycje w nowoczesne technologie, co pociągnąć musi za sobą zmiany w politykach sektorowych Wspólnot, a przede wszystkim - redefinicję Wspólnej Polityki Rolnej.

To tylko wierzchołek góry lodowej. Naprawdę wiele jest do zrobienia, aby Unia zachowała w najbliższej przyszłości swoją pozycję i skuteczność. Oczywiście, możemy odkładać reformę struktur unijnych w nieskończoność, ale na wiele to się nie zda: w pewnym momencie dojdziemy do sytuacji, gdy potrzebna będzie zmiana wręcz rewolucyjna. Traktat lizboński taką zmianą - wbrew temu co można usłyszeć - wcale nie był; nie był też - niestety - dokumentem idealnym, ale wprowadzał pewną bazę, na której możliwe byłoby przeprowadzenie dalszych, pogłębionych reform za kilka lat. Moim zdaniem miał być jedynie traktatem przejściowym, korygującym pewne coraz pilniejsze kwestie, a jednocześnie miał dać Unii chwilę oddechu przed skokiem na głęboką wodę - a więc dogłębną reformą własnych instytucji, polegającą na uwspólnotowieniu kolejnych sfer polityki państw europejskich.

Tylko dzięki pogłębieniu integracji zjednoczona Europa będzie mogła włączyć się procesy kształtowania nowego porządku światowego, a co za tym idzie - prowadzić dialog ze stale rosnącymi w potęgę Chinami, Indiami, Rosją czy - nadal przecież silnymi - Stanami Zjednoczonymi i Japonią. Nadarza się jedyna w swoim rodzaju szansa na umocnienie własnej pozycji na arenie międzynarodowej. Europa nie może jej przespać, ani - tym bardziej - roztrwonić przewagi, którą nadal przecież ma nad innymi pretendentami do tytułu globalnego lidera.

dev

Zdjęcia: chinadaily.com, mapa S. Munstera (za: strangemaps.wordpress.com).

piątek, 13 czerwca 2008
Podpisanie traktatu lizbońskiego (eurunion.org)
Jeśli potwierdzą się pierwsze doniesienia z Zielonej Wyspy, traktat reformujący działanie Unii Europejskiej (tzw. traktat lizboński), nie wejdzie w życie z powodu braku ratyfikacji we wszystkich z 27 państw UE.

Piotrek Wołejko, którego niezwykle cenię i z którym - zazwyczaj przynajmniej - się zgadzam, nawiązując do artykułu R. Magierowskiego, w swoim dzisiejszym wpisie na blogu, stwierdza, że:

Wicenaczelny „Rz" słusznie zauważa, że mieszkańcy Zielonej Wyspy mają pełne prawo decydować o traktacie. Głosy mówiące o tym, że 3 miliony decydują o losie 490 milionów można uznać za hipokryzję. Unia jest dla obywateli, a politycy europejscy mają gęby pełne frazesów o demokracji obywatelskiej oraz przybliżaniu unii do obywateli. Niestety, ale po klęsce eurokonstytucji w referendach we Francji i w Holandii, europejscy przywódcy przestraszyli się własnych obywateli. -„Nie dorośli do Europy", to bardzo częsty komentarz podsumowujący postawę coraz bardziej eurosceptycznych Europejczyków.

Tym razem jednak daleko nam do jednomyślności. Przytoczony argument jest oczywiście słuszny, bowiem mieszkańcy Irlandii powinni mieć pełne prawo decydować o traktacie - dokładnie takie samo, jak mieszkańcy innych państw członkowskich. Należy się jednak zastanowić, czy aby na pewno, prawo to - realizowane za pomocą ogólnonarodowego referendum - nie jest w gruncie rzeczy dyskryminujące dla obywateli innych państw. Referendum ogólnonarodowe sprawia, że głos trzech milionów Irlandczyków jest tak samo ważny jak 38 milionów Polaków czy ponad 82 milionów Niemców; na pierwszy rzut oka, siła głosu Irlandczyków, mierzona (tutaj akurat) możliwością zablokowania niekorzystnych - ich zdaniem - zmian w Unii, jest zatem równa sile głosów innych społeczeństw europejskich. Właśnie - społeczeństw, ale nie obywateli! Jest to jeden z odwiecznych dylematów Zjednoczonej Europy: Unia obywateli czy społeczeństw, a tak naprawdę - państw.

Tak młodzieżówka Fine Gael namawiajała Irlandczyków do głosowania na Moim zdaniem, referendum w Irlandii - choć jest wyrazem jak najbardziej demokratycznej aktywności obywatelskiej - w ogólnym rozrachunku jest paradoksalnie zwycięstwem zupełnie przeciwnej jej wizji rozwoju Unii Europejskiej, która zakłada, że to państwa, a nie obywatele decydują o losie Europy. Ponadto, taka forma decydowania o losach Wspólnoty jest de facto przejawem tzw. głosowania kurialnego, gdzie głos każdej kurii (sekcji) jest równoważny, bez względu na rzeczywistą jego wagę. Dzisiejsza Europa jest więc podzielona na 27 kurii-państw, z których każde, bez względu na wielkość, potencjał gospodarczy czy społeczny, ma po jednym głosie, co jest wyraźną preferencją dla państw małych i zaprzeczeniem zasady równości

Tym właśnie różni się Europa od - podawanych przez Piotrka za przykład demokratyzmu - Stanów Zjednoczonych, gdzie liczba elektorów w Kolegium Elektorskim podczas wyborów prezydenckich, uzależniona jest od wielkości danego stanu (podobnie jest z wyborami do Kongresu). Dlatego też, waga głosu jednego z 607 827 mieszkańców* Vermont czy podobnej do Irlandii, pod względem wielkości populacji, Alabamie (niemal 4 500 000 mieszkańców*), jest zbliżona do siły głosów znacznie gęściej zaludnionych stanów, takich jak Kalifornia. Nie oznacza to jednak, że same stany mają jednakową siłę głosu. Podobnie jest zresztą w każdych niemal wyborach w państwach europejskich, gdzie istnieją przecież nierówne - pod względem liczby ludności, a co za tym idzie i ilości przydzielonych im mandatów - okręgi wyborcze.

* jest to oczywiście liczba mieszkańców ogółem, a nie uprawnionych do głosowania.

Jedynie referendum ogólnoeuropejskie miałoby szansę zmienić ten stan rzeczy; jest to jednak rzecz raczej nie do wprowadzenia w dzisiejszej Europie, tym bardziej, że ma wiele wad - mogłyby się pojawić zarzuty, że łamie ono prawa mniejszych społeczeństw do swobodnego wpływania na losy zjednoczonej Europy i jest - de facto - przejawem millowskiej (czy tocquevillowskiej) tyranii większości.
 
Nietrudno zaś zgodzić się z argumentem o braku prawdziwego przywództwa w Unii. Niestety, mimo pokładanych w nich wielkich nadziei, ani Nicolas Sarkozy, ani Angela Merkel nie potrafią pchnąć integracji na odpowiedni tor, dzięki ktoremu zjednoczona Europa będzie mogła wreszcie doprecyzować swoje cele, tak w sferze stosunków wewnętrznych, jak i roli i pozycji na arenie międzynarodowej. Takim impulsem mógł być (lub jest) jednak traktat reformujący; nie jest on może ideałem, ale wprowadza pewne kluczowe zmiany, które zadecydować by mogły o skuteczności działania UE i WE.
 
Dlatego też rozwiązanie tej kwestii jest tak niezwykle trudne. Nie "pomaga" w obejściu A tak wyglądała odpowiedź eurosceptykówtego problemu także nie do końca określony status międzynarodowy Unii Europejskiej (co miało zostać zmienione właśnie w traktacie lizbońskim) oraz charakter samej organizacji - dziś Unia trwa w zawieszeniu: nie jest już zwykłą organizacją międzynarodową, ale nie jest też państwem, co sprawia, że z jednej strony posiada ogromne kompetencje w wielu dziedzinach, a z drugiej - nie posiada odpowiednich narzędzi do prowadzenia innych, nierzadko komplementarnych w stosunku do sfer uwspólnotowionych, polityk (patrz: Bruksela na celowniku szpiegów). Tak samo jest z kwestią demokratycznej kontroli - teoretycznie my, obywatele państw członkowskich, narzekamy na "oddalenie" Unii od naszych spraw i jej niedemokratyczną strukturę, a jednak, gdy padają propozycje takie jak ogólnoeuropejskie wybory do Parlamentu Europejskiego czy wspomniane już referendum, mówimy, że to za daleko idące zmiany, które mają na celu stworzenie federacji europejskiej. Jeśli chcemy demokratycznej Unii, musimy wybrać: albo powrót do państw narodowych, albo coraz głębsza integracja i powolne obumieranie szczebla rządowego (z założeniem stałego powiększania elementu samorządowego w - nazwijmy to umownie - regionach). Wybór bardziej właściwej koncepcji pozostawiam Wam, drodzy czytelnicy.
 
dev
 
Zdjęcia: eurunion.org,yfg.ie.
_____
Paniom zapewne bardziej spodoba się drugi z plakatów Young Fine Gael - też operujący niezbyt wyszukanym skojarzeniem.
sobota, 07 czerwca 2008
Czy wpadka Radka zakończy się jego dymisją w przyszłości? (zdjęcie: pardon.pl)

Trochę bez refleksji przeszła wypowiedź polskiego ministra spraw Zagranicznych, Radosława Sikorskiego, na temat Gulbuddina Hekmatiara, jednego z pasztuńskich przywódców walczących z wojskami NATO na wschodzie Afganistanu. Szkoda, bo - niestety - trudno ocenić ją pozytywnie.

Oczywiście, trudno polemizować z samą tezą postawioną przez naszego ministra, bo jest ona - o ile mi wiadomo - w miarę trafna. To właśnie Hekmatiar, a dokładniej stworzona przez niego organizacja paramilitarna (a później także legalna partia) Hezb-e-Islami, ponosi odpowiedzialność za eskalację konfliktu afgańskiego (tzw. afgańskiej wojny domowej) w latach 90. i tysiące jej ofiar oraz za zabójstwa dziennikarzy - tak afgańskich, jak i zagranicznych, w tym także przyjaciela Sikorskiego - Andy'ego Skrzypkowiaka.

Nietrudno zrozumieć rozgoryczenie polskiego ministra faktem, że zabójcy jego przyjaciela uniknęli - jak na razie przynajmniej - kary. Niestety jednak, po - jakby nie patrzeć - doświadczonym polityku (a takim jest Sikorski), można by spodziewać się nieco bardziej wyważonego języka. Tym bardziej, że Sikorski pełni przecież funkcję jednego z trzech najwyższych przedstawicieli państwa poza jego granicami, a więc - ministra spraw zagranicznych. Jego słowo jest zatem oficjalnym stanowiskiem państwa w danej kwestii i musi być traktowane właściwie tak samo, jak gdyby wypowiedział je premier czy prezydent.

Karykatura Galbuddina Hekmatiara (warlordsofafganistan.com)Groźbę skierowaną przeciw przywódcy wrogiego obozu można odczytywać na dwa sposoby: albo jako przejaw pewności siebie i optymizmu odnośnie wyniku toczącego się konfliktu, albo jako niczym nie uzasadnioną butę. Obawiam się, że wypowiedź Sikorskiego jest przejawem jedynie tej drugiej postawy. Nie mamy niestety żadnych podstaw by twierdzić, że wojna w Afganistanie wygasa (choć można takie opinie usłyszeć i to z ust dowódców sił interwencyjnych); wręcz przeciwnie, obawiam się, że im trwa ona dłużej i im bardziej siły ISAF cisną talibskich i pasztuńskich rebeliantów, tym sytuacja staje się coraz poważniejsza, słowem - im bardziej wydaje się nam, że jesteśmy blisko wygranej, tym bardziej możemy się mylić w tej kwestii. Asymetryczność tego konflitku utrudnia bowiem realną ocenę sił i wpływów (które są może nawet ważniejsze niż sam potencjał militarny) przeciwnika, a co za tym idzie - sprawia, że niemożliwe staje się dokładne oszacowanie terminu zakończenia działań zbrojnych i ich wyniku.

Osobiście uważam, że konsekwencje sprawy ograniczą się jedynie do polskiego podwórka - opozycja na pewno wykorzysta ewentualne straty poniesione przez polskie wojsko w Afganistanie, wliczając je w poczet ofiar ministra Sikorskiego.

Zupełnie inną kwestią jest jednak potencjalny wpływ tej deklaracji na bezpieczeństwo polskich żołnierzy w Afganistanie. Moim zdaniem, dla wojny afgańskiej nie będzie ona mieć zapewne żadnego znaczenia. Bez względu na to, czy minister Sikorski wypowiedziałby się w ten, czy w bardziej dyplomatyczny sposób, polski kontyngent byłby nadal narażony na ataki rebeliantów, tym bardziej, że w miesiącach letnich konflikt w Afganistanie zazwyczaj przybiera na sile. Wątpię w to, że tylko ze względu na tą wypowiedź Hekmatiar rzuci dodatkowe siły do ewentualnych walk z Polakami, czy rozpęta "polowanie" na naszych żołnierzy, ale Sikorski dał mu na pewno dodatkowy argument "motywacyjny" dla podwładnych. Wypowiedź ministra była - delikatnie mówiąc - nierozważna, podyktowana emocjami (co w polityce zazwyczaj jest błędem), a co za tym idzie, pozbawiona politycznego wyczucia. Wojna w Afganistanie jest wystarczająco ciężką przeprawą dla sił NATO, by podejmować dodatkowe ryzyko poprzez takie deklaracje.

dev

Zdjęcia: pardon.pl, warlordsofafganistan.com.

 
1 , 2
Zakładki:
Blogi o światowej polityce (PL)
Instytuty, think-tanki i inne
Blogi o światowej polityce (inne języki)
Inne ciekawe blogi
Media
Blox.pl
Przedruki
Zasubskrybuj blog




Polityka, gospodarka i bezpieczeństwo w ujęciu globalnym



Nakarm glodne dziecko - wejdz na strone www.Pajacyk.pl Help end world hunger

Blogi Polityczne