czwartek, 29 maja 2008

Czy Unia Europejska potrafi obronić się przed obcymi wywiadami?

Wraz z narastaniem ilości kompetencji, przekazywanych przez państwa członkowskie Unii Europejskiej, coraz większym problemem staje się kwestia bezpieczeństwa informacji pozyskiwanych i przetwarzanych przez instytucje unijne. Niestety, stosunkowo rzadko usłyszeć można pytanie: czy UE potrafi sobie z tym poradzić?

Posiadając ogromne ilości danych z każdego z państw członkowskich, Unia Europejska - a w szczególności Komisja - powinna szczególnie dbać o ich bezpieczeństwo. Jednak, jak zauważa The Economist, obecnie nie dysponuje ona odpowiednimi narzędziami, które pozwalałyby jej na zachowanie należytego stopnia pofuności ważnych danych, czego wynikiem może być zagrożenie nie tylko dla niej samej, ale także i dla państw ją tworzących. Tym bardziej, że (tak przynajmniej twierdzi autor artykułu w Economiście) rosyjskie służby specjalne w coraz większym stopniu interesują się instytucjami unijnymi i informacjami, w których posiadaniu są one.

W państwach narodowych, ochroną informacji kluczowych dla funkcjonowania państwa zajmuje się kontrwywiad. Jako, że jego zadania są bardzo kompleksowe, a odpowiedzialność - ogromna, posiada więc on status służby specjalnej, a więc takiej, która może stosować czynności operacyjno-rozpoznawcze w znacznie szerszym zakresie niż inne państwowe służby (takie jak, np. policja). Unia nie jest jednak państwem, a jedynie organizacją międzynarodową i jako takowa nie posiada agencji kontrwywiadowczej, która rozpostarła by nad nią parasol ochronny przeciw obcym wywiadom. Oczywiście, nie oznacza to, że jest całkowicie w tej sferze bezsilna - opiera się na ochronie wywiadowczej państw członkowskich, a przede wszystkim - na kontrwywiadzie Belgii. Niestety, belgijskie służby specjalne nie należą do światowej czołówki i właściwie dopiero niedawno poszerzono ich uprawnienia na tyle, by mogły prowadzić skuteczne działania przeciw obcym służbom specjalnym.

Zdjęcie: armeniadiaspora.comNajbardziej oczywistym sposobem na zapewnienie UE odpowiedniego stanu bezpieczeństwa tej sferze, byłoby stworzenie unijnej agencji kontrwywiadowczej lub choć jej namiastki. Oczywiście, na takie rozwiązanie nie ma - i w najbliższej przyszłości nie będzie - przyzwolenia ani państw, ani społeczeństw europejskich. Te pierwsze boją się oddać tak delikatny instrument w ręce brukselskich eurokratów, a drugie, odczuwając i tak spory deficyt demokracji w strukturach unijnych, nie kwapią się do popierania pomysłów coraz głębszej integracji. Ponadto, niezwykle utrudniona byłaby demokratyczna kontrola nad takimi służbami, co już całkowicie przekreśla możliwość powołania takiej instytucji.

Pozostają więc Unii odpowiednie procedury bezpieczeństwa, które dotyczyć mogą wielu różnych aspektów funkcjonowania danej instytucji (od zasad wewnętrznej korespondencji, po warunki, na jakich urzędnicy mają dostęp do różnych typów dokumentów) i - o ile są w pełni przestrzegane - mogą pomóc w walce z ewentualnym szpiegostwem. Takie procedry istnieją od wielu lat w organach UE, trudno jednak powiedzieć, na ile są one skuteczne. Tym bardziej, że do wielu kluczowych dokumentów mają dostęp także posłowie Parlamentu Europejskiego, którzy - jak pisze The Economist - mogą znacznie mniej poważnie podchodzić do kwestii bezpieczeństwa poufnych danych.

W ten sposób dochodzimy do sedna problemu - wbrew obiegowej opinii, Unia Europejska jest strukturą na tyle przejrzystą i otwartą, że utrzymanie odpowiedniego poziomu bezpieczeństwa informacji może być niezwykle trudne. Większość dokumentów czy np. projektów legislacyjnych jest w pełni jawna, a nawet te, do których dostęp jest oficjalnie utrudniony, można stosunkowo łatwo pozyskać, choćby drogą legalnego i - w dużej mierze - sformalizowanego lobbingu. Nierzadko więc, aby uzyskać potrzebne informacje, nie trzeba nawet prowadzić tajnych działań wywiadowczych - wystarczy biały wywiad i lobbing.

Kwestia bezpieczeństwo informacji zbieranych przez rozmaite instytucje unijne jest tym bardziej ważna w kontekście kolejnego poszerzenia zakresu uprawnień tych organów w Traktacie lizbońskim. Unia musi wreszcie przestać podchodzić w (w sumie) nonszalancki sposób do tych zagadnień, szczególnie jeśli faktycznie chce stać się ważnym aktorem na arenie międzynarodowej. Globalny gracz nie może bowiem sobie pozwolić na tak pobłażliwe podejście do bezpieczeństwa wywiadowczego.

dev

Zdjęcia: Rzut oka na świat (na bazie: wired.com, euparl.europa.eu), armeniadiaspora.com

sobota, 24 maja 2008

Jak dowiadujemy się z niemal wszystkich polskich mediów (dla zagranicznych to żadna sensacja), Senat Stanów Zjednoczonych nie zgodził się na podniesienie wydatków na pomoc wojskową dla Polski.

George W. Bush wnioskował o przydzielenie nam 47 mln dolarów, co byłoby wzrostem - w porównaniu z zeszłorocznym budżetem - o 20 mln. Niestety, amerykański Senat nie przychylił się do wniosku rządzącej administracji i kwota, którą USA wyłoży na pomoc polskiej armii, pozostanie zapewne na niższym poziomie. Oczywiście strona polska uznaje taką pomoc za zbyt niską, szczególnie w kontekście negocjacji w sprawie budowy na naszym terytorium bazy z rakietami, tworzącymi system tzw. tarczy antyrakietowej. W sumie, możnaby powiedzieć, że i tak darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby, więc powinniśmy cieszyć się choćby z tych 27 mln dolarów. Możnaby tak powiedzieć, gdyby nie pewien fakt.

Każdy na pewno dobrze wie, że uzbrojenie armii to rzecz niezwykle kapitałochłonna. Dla zobrazowania tego, jak wiele należy zapłacić za bezpieczeństwo militarne w dzisiejszych czasach, postanowiłem przeczesać zasoby internetowe w poszukiwaniu informacji dotyczących tego, co można kupić za taką kwotę. (Od razu zaznaczę, że podawane przeze mnie kwoty traktujcie raczej jako mocno przybliżone , bowiem niezwykle ciężko znaleźć wiarygodne i aktualne informacje na ten temat). A więc, co moglibyśmy mieć za owe - liczmy już optymistycznie - 47 milionów dolarów?

Jeśli miałbym być złośliwy, to stwierdziłbym, że można za tą kwotę nakręćić niskobudżetowy film akcji lub opłacić jakiegoś hollywoodzkiego aktora. Ale nie będę tak wredny i ograniczę się do przykładów z dziedziny wojskowości.

Jeśli chcielibyśmy wesprzeć polskie lotnictwo, moglibyśmy kupić za to zaledwie jeden F-16 w wersji block 52+, czyli takiej, jaką obecnie posiadamy na wyposażeniu. Niestety, ciężko dokładnie określić obecną cenę tych samolotów, zazwyczaj jednak mówi się o około 45 mln $ za sztukę (Rumuni mają od USA zakupić 48 F-16 za około 4,5 miliarda $, jednak - tak jak w przypadku polskiego kontraktu sprzed kilku lat - cena obejmuje także wdrożenie oraz cały osprzęt dodatkowy, co znacznie zwiększa koszty).

Gdyby ktoś uznał, że jest to jednak zbyt przestarzały samolot, zawsze można wybrać coś nowocześniejszego. Dla przykładu, za tą kwotę można kupić mniej niż pół F-35 Lighting II (cena: zapewne ponad 100 mln $). F-35 to nadal jednak - dla wielu - jedynie marzenie, bowiem pierwszeństwo w jego zakupie mają kraje biorące udział w specjalnym programie badawczym Joint Strike Fighter, takie jak Wielka Brytania, Włochy, Holandia czy Turcja. My, co oczywiste, nie uczestniczyliśmy i, gdybyśmy chcieli kupić te samoloty dla naszych sił powietrznych, to nie dość, że musielibyśmy ustawić się w coraz dłuższej kolejce, to jeszcze zapłacić sporo więcej niż uczestnicy programu. O ile dla nas cena jednego egzemplarza przekroczyłaby 100 mln dolarów, to dla wymienionych już wyżej państw, koszt zakupu byłby o kilkanaście-kilkadziesiąt milionów niższy; przykładowo, cena jednego F-35 dla Izreala (który uczestniczy w programie na zupełnie innych warunkach niż inne państwa) wynosić ma - jak donosi Jerusalem Post - około 70-80 mln $.

Oczywiście, F-35 wcale nie jest najdroższym obecnie myśliwcem na świecie. Jego starszy i większy brat, F-22 Raptor, kosztować ma - bagatela! - około 138 milionów dolarów za sztukę (tyle płacą za niego siły powietrzne USA: dla nas kwota ta byłaby zapewne sporo wyższa). Problemem w przypadku tego samolotu byłaby nie tylko porażająca cena, ale także prawo USA, które zabrania jego eksportu - nawet do najwierniejszych sojuszników (a za takiego się przecież mamy) - ze względu na technologie w nim użyte.

Można podać jednak nieco bardziej pozytywne przykłady. Jeśli zdecydowalibyśmy się na kupno amerykańskich czołgów M1A2 Abrams, to moglibyśmy kupić ich nieco większą ich liczbę, bo aż około 20-23; w podobnej cenie moglibyśmy zakupić amerykańskie wozy bojowe Stryker i fińskie Patrie (czyli nasze Rosomaki).

A może jednak kupić coś jeszcze innego? Choćby osławiony system obrony przeciwlotniczej i antyrakietowej Patriot. Oczywiście, trzeba podkreślić fakt, że skuteczność tarczy antyrakietowej w ogromnej mierze zależeć będzie od ochrony baz znajdujących się w Polsce i w Czechach. System Patriot nie jest więc jedynie naszą zachcianką, ale właściwie koniecznością - ochraniałby nie tylko nasze państwo, ale i samą bazę. A ile kosztuje jego montaż? Oto, co na ten temat pisze Wikipedia:

Polska w zamian za zgodę na umieszczenie na jej terytorium elementów systemu tarczy antyrakietowej (bazy pocisków GBI), domaga się od USA min. 6 baterii systemu Patriot z pociskami PAC-3 MSE lub też zestawów systemu THAAD. USA zgodziły się spełnić ten warunek i przekażą Polsce mobilny system rakietowy Patriot PAC-3 (...).Jedna bateria kosztuje ok. 1 miliarda złotych, a składa się z: 8 wyrzutni uzbrojonych w 100 pocisków PAC-3 i środków do zakłócania oraz aktywnego zwalczania pocisków przeciwradarowych. (...) Jedna brygada (...) systemu Patriot składa się z 3 baterii (24 holowanych wyrzutni wyposażonych w 300 rakiet PAC-3) i systemu dowodzenia kosztującego 40 mln USD. Jeden pocisk rakietowy Patriot PAC-3 kosztuje 3,5 miliona dolarów USA. Łączny koszt jednej brygady bez zapasowych rakiet wynosi ok. 1,2 miliarda USD. Oznacza to, że na dwie brygady (6 baterii) dla Polski, USA musiałyby wydać ok. 2,5 mld dolarów.

Na nasze żądania, USA musiałyby zatem przeznaczyć mniej więcej 53 razy więcej, niż chciałyby nam dać w ramach pomocy rozwojowej. Myślicie, że są na to szanse? Ja osobiście śmiem w to wątpić.

dev

Zdjęcia: darcorp.com, pariahnt.org, bwb.org.

piątek, 16 maja 2008
Śpieszę donieść o dwóch sukcesach Rzutu oka... Pierwszym z nich jest dodanie bloga do Syndykatu (ale jeszcze nie do katalogu - tam znajdzie się zapewne pod koniec maja) - systemu promocji blogów tematycznych platformy blox.pl.

Tym, czym jednak przede wszystkim chciałbym się pochwalić, jest fakt, że Rzut oka... został doceniony także przez redakcję Blogboksa, czego efektem będzie przedruk notki o Chatamim (Potknięcie Chatamiego) w dziale Wprost z bloga w kolejnym numerze Wprost (zostanie wydany 19 maja). Tym bardziej dziękuję wszystkim, którzy oddali na mnie głos, czym umożliwili wejście do Blogboksa.
___________________

UPDATE 16/06/2008:

Jako, że notka o Chatamim okazała sie nie być jedyną, którą pracownicy Blogboksa uznali za wystarczająco ciekawą (drugą była ta o szpiegach w Brukseli), to - w nadziei, że na nich się nie skończy - postanowiłem zrobić zestawienie wszystkich przedrukowanych we Wprost notek. Oto ono (będzie ono oczywiście aktualizowane):

Jeśli jakiekolwiek inne medium chciałoby przedrukować wpisy z niniejszego bloga, proszę o kontakt mailowy.

dev

Zdjęcie: wprost.pl

środa, 14 maja 2008
Khalil Ibrahim - popierany przez Czad przywódca Justice and Equality Movement

FP Passport - redakcyjny blog czasopisma Foreign Policy - umieścił wczoraj wiadomość o porażającej kwocie, jaką sudański prezydent, Omar Hassan al-Bashir, oferuje za schwytanie Khalila Ibrahima - przywódcę jednego z darfurskich ugrupowań paramilitarnych.

Kwota ta miałaby - według FP - wynieść równowartość 250 milionów dolarów. Jest to - jak twierdzą autorzy blogowej notki - kwota niemal dziesięciokrotnie większa niż ta oferowana przez Stany Zjednoczone za Osamę ben Ladena czy Ajmana al-Zawahiriego, dwóch - wydawać by się mogło - najbardziej poszukiwanych ludzi na świecie.

Zawsze warto takie informacje sprawdzać, tym bardziej, że kwota jest tak astronomiczna i trudno uwierzyć, że biedny Sudan mógłby wyłożyć takie pieniądze za głowę nawet najbardziej znienawidzonego wroga (Khalil Ibrahim odpowiada m.in. za ostatni rajd popieranych przez Czad rebeliantów na Chartum, czego efektem było zerwanie stosunków dyplomatycznych Sudanu z tym państwem).

Nie trzeba było długo szukać, aby dotrzeć do informacji, że doszło jednak do pomyłki. Wystarczyło wejść na jedną ze zlinkowanych stron (a była nią akurat witryna Washington Post), by dowiedzieć się, że kwota podana przez Foreign Policy oparta była zapewne na pierwszych doniesieniach z sudańskich mediów, które mówiły tylko, że kwota nagrody została podwojona do 500 milionów sudańskich funtów. Wkrótce okazało się jednak, że rząd podając kwotę miał na myśli kurs... sprzed dewaluacji dokonanej ponad rok temu - a był on tysiąc razy wyższy niż ten obecny. Nagroda skurczyła się więc do "marnych" 250 tysięcy dolarów (a dokładniej: 246,000$)... Musicie przyznać, że w Sudanie panuje niezły bałagan, skoro nawet jego władze chcą płacić łowcom nagród starą - nieistniejącą już - walutą.

dev

Zdjęcie: dailylife.com

poniedziałek, 12 maja 2008
Chatami i Ahmedineżad
Gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta - sentencja ta bardzo bliska jest sercom obecnych przywódców Iranu. Właśnie według niej od lat prowadzą swoją politykę w stosunku do najbliższego otoczenia międzynarodowego - to właśnie Iran obecnie dzieli i rządzi na Bliskim Wschodzie.

Płonące ostatnio ulice Bejrutu czy walki w Basrze sprzed nieco ponad miesiąca są bez wątpienia potwierdzeniem tej tezy. To właśnie dzięki Iranowi w siłę urosły główni rozgrywający w obu konfliktach. W Libanie jest to Hezbollah, od samych początków w roku 1982 współfinansowany przez kolejne rządy w Teheranie. Szacuje się, że Iran od lat wspiera Partię Boga kwotami liczonymi w dziesiątkach milionów dolarów rocznie, zaopatruje ją w broń i szkoli jej członków. Podobna sytuacja dotyczy palestyńskiego Hamasu oraz irackich bojówek - Armii Mehdiego czy organizacji Badr.

Irańskie wsparcie dla organizacji paramilitarnych na Bliskim Wschodzie jest właściwie immanentną cechą stosunków międzynarodowych w tym regionie. Wydaje się też, że jest wręcz jednym z filarów polityki zagranicznej rządów w Teheranie, aksjomatemwłaściwie nie do obalenia. Mimo to, nie dalej jak tydzień temu, jeden z największych autorytetów współczesnego Iranu - a zarazem dwukrotny prezydent tego państwa - Mohamad Chatami publicznie wyraził swoją dezaprobatę dla takiej polityki. Na jednym z wykładów powiedział (cytuję za BBC):

Co Chomenei miał na myśli mówiąc o przeniesieniu rewolucji [poza granice Iranu - dev]? Czy chodziło mu o to, byśmy chwycili za broń (...) i tworzyli grupy, których zadaniem ma być sabotaż w innych państwach? On był zażartym przeciwnikiem takiego postępowania.

Zostało to od razu podchwycone przez konserwatystów, którzy zarzucili mu sprzeniewierzenie się ideałom rewolucji irańskiej i powstałej na ich bazie islamskiej republiki Iranu. Były prezydent oczywiście zadeklarował, że jego słowa zostały źle zrozumiane, ale problem pozostaje - oskarżenie to jest bardzo niebezpieczne nawet dla kogoś takiego jak Chatami.

W czerwcu przyszłego roku odbędą się wybory prezydenckie. Są one ważne, ponieważ - mimo bardzo skomplikowanego systemu politycznego tego kraju - prezydent pozostaje najwyższym wybieralnym urzędem w państwie. Jego władza jest co prawda wyraźnie ograniczana przez inne organy, takie jak urząd Rahbara (duchowego przywódcy) czy Radę Strażników, jednak pełni on nie tylko funkcje głowy państwa, ale także szefa rządu, a co za tym idzie - posiada spory wpływ na bieżącą politykę kraju. Mohamad Chatami bez wątpienia chciałby ubiegać się po raz trzeci o ten urząd.

Konstytucja Iranu nie zabrania tego, ale powyższa wypowiedź może mu przeszkodzić w uzyskaniu zgody Rady Strażników, której jedną z prerogatyw jest zatwierdzanie kandydatur do urzędu prezydenckiego (a także kandydatów na posłów do Medżlisu). Niestety, dla kandydatów opozycji, jednym z wymogów stawianych przed nimi, jest ich oddanie i lojalność wobec zasad rządzących Republiką, a więc - de facto - "prawomyślność". Jeśli Rada Strażników uzna, że Chatami faktycznie nie zasługuje na zaufanie, to jego kandydatura zostanie utrącona już w przedbiegach. Jest to niestety bardzo prawdopodobne: historia uczy, że jest to niezwykle częsta praktyka, a ponadto, większość w Radzie mają obecnie konserwatyści, którym na rękę byłoby pozbycie się jednego z najważniejszych politycznych przeciwników.

Byłaby to wielka strata dla Iranu. Wydaje się, że charyzmatyczny Chatami jest obecnie jedynym kandydatem reformistów, który mógłby nawiązać w miarę skuteczną walkę o fotel prezydencki z konserwatywnym Mahmudem Ahmedineżadem. Mogłoby to oznaczać zmianę polityki i - co nie mniej ważne - ostrej retoryki władz Iranu wobec Zachodu oraz problemów Bliskiego Wschodu, a także przyczynić się do oddalenia groźby konfliktu na linii USA - Iran. Dwie prezydentury Chatamiego oraz przytoczona wypowiedź dotycząca zaangażowania Iranu w sprawy innych państw, wydają się potwierdzać tezę, że na pewno wszyscy spalibyśmy spokojniej gdyby u sterów Iranu stał ktoś bardziej umiarkowany niż Ahmedineżad.

dev

Zdjęcia: Rzut oka na świat (na podstawie: britannica.com), edwebproject.org.

Zakładki:
Blogi o światowej polityce (PL)
Instytuty, think-tanki i inne
Blogi o światowej polityce (inne języki)
Inne ciekawe blogi
Media
Blox.pl
Przedruki
Zasubskrybuj blog




Polityka, gospodarka i bezpieczeństwo w ujęciu globalnym



Nakarm glodne dziecko - wejdz na strone www.Pajacyk.pl Help end world hunger

Blogi Polityczne