wtorek, 24 marca 2009
Wszystko wskazuje na to, że rok 2009 upłynie pod znakiem atomu. Choć na pewno nie umilkną dyskusje wokół zalet i wad zastosowania energii nuklearnej w celach cywilnych, tym co wzbudza najwięcej kontrowersji jest oczywiście militarne wykorzystanie atomu. W tej sferze rok 2009 z kilku powodów może być przełomowy.

Za nieco ponad pół roku wygaśnie porozumienie o redukcji broni strategicznej START I z roku 1991, najważniejsza umowa rozbrojeniowa między Stanami Zjednoczonymi, a Rosją. W myśl tego układu, do roku 2001 oba państwa ograniczyły swoje arsenały atomowe, zmniejszając liczbę operacyjnych (a więc gotowych do użycia) głowic atomowych do poziomu poniżej 6000 sztuk, a środków ich przenoszenia - do 1600 po każdej ze stron układu. Mimo podejmowanych kilkukrotnie prób dalszego poszerzenia tych postanowień (np. w START II, który nie został ratyfikowany przez rosyjską Dumę, czy SORT, będący jednak tylko deklaracją polityczną) START I pozostaje podstawą postzimnowojennej równowagi strategicznej między dwoma największymi potęgami atomowymi na świecie. Nie oznacza to jednak, że układ ten nie posiada wad; największą z nich jest bez wątpienia brak uregulowania kwestii wielogłowicowych pocisków balistycznych, które dają ogromną przewagę każdemu państwu które mogłoby je użyć: zasada ich działania właściwie wyklucza możliwość zastosowania jakiejkolwiek obrony antybalistycznej.

Traktat START bez wątpienia wymaga przedłużenia okresu obowiązywania, a najlepiej - zastąpienia go nowszym układem, który uwzględniałby rozwój technologii przenoszenia głowic, jaki miał miejsce w ciągu tych 18 lat od podpisania poprzednika. Jest to jedno z najważniejszych, jeśli nie najważniejsze wyzwanie dla obu atomowych supermocarstw w najbliższym czasie - jednak jak na razie żadna ze stron nie podjęła zdecydowanych kroków, które mogłyby uruchomić proces negocjacji nowego traktatu lub choćby odnowienia starego. Co prawda, obie strony deklarują takie zamiary, ale zarazem wysyłają co najmniej dwuznaczne sygnały. Administracja prezydenta Obamy, mimo wyraźnie mniejszego entuzjazmu dla pomysłu swej poprzedniczki umieszczenia elementów tarczy antyrakietowej w Europie Środkowej, nie zdecydowała się na całkowite zarzucenie tej idei, co Rosja poczytuje jako działanie sobie wrogie i odpowiada planami rozmieszczenia rakiet Iskander w Obwodzie Kaliningradzkim oraz - co brzmi prowokująco w kontekście ewentualnych rozmów - wprowadzenia do służby nowoczesnych wielogłowicowych pocisków dalekiego zasięgu RS-24.

Ta napięta - trochę wbrew oczekiwaniom obu stron - atmosfera niewątpliwie utrudnia rozpoczęcie negocjacji, na szczęście jednak oba państwa widzą swój strategiczny interes w podpisaniu nowego lub w modyfikacji starego porozumienia. Zarówno USA, jak i Rosja są świadome braku racjonalnych przesłanek natury militarnej, które wskazywałyby na potrzebę posiadania tak dużego arsenału atomowego, a dysproporcje w tej sferze między dwoma atomowymi liderami, a resztą państw atomowych są więcej niż ogromne (patrz: tabela). Nie bez znaczenia są także kwestie ekonomiczne - utrzymanie w gotowości nawet niewielkiej części potężnych arsenałów atomowych supermocarstw kosztuje ogromne pieniądze, które nie tylko w czasach kryzysu mogłyby się przydać w innych sferach obronności.

 Arsenały atomowe - ilość głowic (2008)

Państwo/Broń

StrategicznaPozostała

Wszystkie

operacyjne

Razem
USA220050027009450
Rosja280020504850
13000
Reszta świata850200750950
Razem
5850 2750830023400

Czynniki te sprawiają, że ewentualna modyfikacja START I może być znacznie bardziej radykalna niż pozostające bez mocy prawnej porozumienia START II i SORT. Z obliczeń ekspertów Arms Control Association wynika, że Stanom Zjednoczonym do skutecznej obrony i odstraszania w zupełności wystarczyłoby 1000 głowic (raport i powstała na jego podstawie rekomendacja), z czego połowa byłaby utrzymywana w gotowości operacyjnej. Byłaby to redukcja o blisko 2/3! Rosji jednak na pewno trudniej byłoby zdecydować się na aż tak radykalne posunięcie - z racji swojego położenia, Stany właściwie nie potrzebują głowic innych niż te umieszczone w pociskach interkontynentalnych; z tego punktu widzenia położenie Rosji w samym sercu Eurazji jest bez wątpienia mniej korzystne i wymusza na niej większą dywersyfikację środków przenoszenia broni atomowej, co musi pociągnąć za sobą zwiększenie łącznej liczby potrzebnych głowic. Mimo to, pułap 1500 ładunków wydaje się być racjonalny i w pełni akceptowalny dla Rosji.

Niewykluczone, że znacznie poważniejszym wyzwaniem dla społeczności międzynarodowej będzie w nadchodzących latach problem szeroko pojętej proliferacji technologii atomowych i powiększenia się grona państw wykorzystujących atom w celach cywilnych i/lub wojskowych. W tej sferze sytuacja jest o wiele bardziej zagmatwana, a co za tym idzie - niebezpieczna; obecnie obowiązujący reżim antyproliferacyjny oparty na układzie o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej z roku 1968 (NPT) okazuje się być coraz mniej wystarczający: w ciągu ostatnich kilku lat klub państw posiadających dostęp do broni atomowej powiększył się o nowego członka, Koreę Północną (NPT wypowiedziany w 2003), a przed jego drzwiami stoi Iran. Oba państwa są o wiele mniej odpowiedzialnymi graczami na arenie międzynarodowej niż te, które przed nimi osiągnęły status mocarstwa atomowego.

Korea Północna regularnie urządza najbliższemu otoczeniu międzynarodowemu wszelkiej maści prowokacje, których celem jest chyba w większym stopniu poprawienie nastroju partyjnej wierchuszki, niż faktyczna demonstracja siły. Obecnie relacje między reżimem Kim Dzong-Ila, a jego sąsiadami jest więcej niż napięta: Phenian zapowiedział na kwiecień start rakiety, która ma wynieść satelitę komunikacyjnego na orbitę okołoziemską, co inne państwa w regionie - zapewne słusznie zresztą - odczytują jako test pocisku balistycznego Taepdong-2. USA i Japonia zapowiedziały już, że użyją systemu AEGIS do jego zestrzelenia, co - zdaniem KRL-D - będzie casus belli. Nie byłby to pierwszy raz, gdy obie strony grożą sobie agresją, ale odkąd Korea Północna posiada broń atomową wszystkie zatargi wyglądają o wiele groźniej, a i jej retoryka staje się z roku na rok coraz ostrzejsza. Strategiczne implikacje posiadania przez "raj Kimów" broni atomowej nie są jednak aż tak poważne, jak ewentualne dołączenie do atomowego klubu przez Iran. Pod każdym możliwym względem, KRL-D jest obecnie państwem peryferyjnym i  gdyby nie fakt posiadania potencjału nuklearnego i konfrontacyjnego nastawienia wobec sąsiadów, mówiłoby się o nim jedynie w kontekście łamania praw człowieka, wielkiej biedy i równie wielkiego głodu. Sytuacja z Iranem jest zgoła odmienna - strategicznie to jedno z najważniejszych państw Eurazji: sworzeń na światowej szachownicy Brzezińskiego, część mackinderowskiego heartlandu, jeden z największych wydobywców ropy naftowej i gazu ziemnego na świecie, a co za tym wszystkim idzie - kraj o wpływach ponadregionalnych i takich też aspiracjach. Wraz z uruchomieniem - na razie próbnym - cywilnego reaktora w Buszirze, atomowy Iran stał się faktem, z którym społeczność międzynarodowa musi się pogodzić; państwo ajatollahów na razie zapewne skupi się na rozwijaniu technologii cywilnych, ale nie spodziewałbym się odstąpienia od możliwości zbudowania broni atomowej: na razie korzystna dla Iranu jest sytuacja, w której jeśli tylko chciałby, może on - lecz nie musi - stworzyć ładunki nuklearne. Prawdziwym problemem staje się jednak zapobieżenie regionalnym i globalnym negatywnym następstwom irańskiego sukcesu: przede wszystkim uniknięcie dalszej proliferacji w regionie Zatoki Perskiej (co - zważywszy na niechęć Arabów do Persów - może okazać się trudne) oraz pohamowanie państw spoza regionu, które mogłyby chcieć podążyć śladami Iranu. Niewykluczone, że wymagać to będzie stworzenia całkowicie nowych, bardziej skutecznych niż NPT, instrumentów polityki antyproliferacyjnej; trudno sobie jednak wyobrazić stworzenie reżimu prawnego, który w jeszcze większym stopniu ingerowałby w politykę państw-sygnatariuszy niż robi to obecnie obowiązujący układ.

Problemem staje się także stworzenie systemu pewnych dostaw paliwa nuklearnego dla państw prowadzących cywilne programy atomowe; musiałby on być na tyle elastyczny, by nie utrudniać rozwoju tych programów, niedyskryminacyjny dla mniejszych państw, a jednocześnie poddany odpowiedniej kontroli, która wykluczyłaby możliwość sprzedaży materiałów rozczepialnych państwom, które mogłyby go używać w celach wojskowych. Powołanie ponadnarodowego magazynu paliwa pod auspicjami Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej na pewno byłoby krokiem w dobrym kierunku - wymagałoby jednak modyfikacji NPT lub podpisania całkowicie nowego układu.    

Przed społecznością stoi wiele problemów związanych bezpośrednio z energią atomową: od pośrednich, takich jak erozja systemu zapobiegania rozprzestrzenianiu technologii atomowych w myśl układu NPT, po te bezpośrednie, jak militarne zagrożenie ze strony państw posiadających broń atomową, a nie będących stabilnymi i odpowiedzialnymi graczami na arenie międzynarodowej. Stworzone lata temu ramy, dzięki którym świat wydawał się być bezpieczniejszy, dziś wydają się być niewystarczające. Rok 2009 przynosi wiele wyzwań: części z nich na pewno nie da się zneutralizować w najbliższym czasie, ale nawet w ich przypadku należy już teraz podjąć kroki mające na celu rozwiązanie problemów w niedalekiej przyszłości. Wszystko zależy jednak od wielkich tego świata: Stanów Zjednoczonych, Rosji, Chin, Indii i Unii Europejskiej; jeśli państwa te nie zaczną działać w celu poprawy istniejącego systemu międzynarodowego nadzoru nad energią atomową, za kilka lat możemy obudzić się w świecie, w którym każde - nawet najbardziej niestabilne państwo - z łatwością zdobędzie broń atomową.     

Artur


KLIKNIJ! Wejdź na www.politykaglobalna.pl     

Zdjęcia: DW-World.de, khqa.com. Tabela: opracowanie własne na podstawie danych z FAS, Global Security oraz Center for Arms Control and Non-Proliferation.

sobota, 21 marca 2009

Rzut oka na świat obchodzi dziś swoje pierwsze urodziny. Dokładnie rok temu, 21 marca 2008, pojawił się na nim pierwszy wpis - "Belgia ma nowy rząd. Na jak długo?". W ciągu tych dwunastu miesięcy blog odwiedziło około 10 tysięcy osób z sześciu kontynentów, a liczba odsłon strony przekroczyła 40 tysięcy (dokładnych danych nie mam, bo obecne statystyki nie obejmują 2 pierwszych miesięcy działalności). Mam nadzieję, że osoby, które w tym czasie odwiedziły blog znalazły na nim to, czego szukały: informacji o współczesnych konfliktach na świecie, sytuacji politycznej państw innych niż Polska, aktualnej polityce międzynarodowej, terroryzmie czy geopolityce. 

Spośród 59 tekstów opublikowanych w ciągu roku na blogu, cztery zostały przedrukowane w tygodniku Wprost:

Kilka miesięcy temu Rzut oka... stał się też częścią stale rozwijającego się, oddolnie tworzonego portalu o polityce międzynarodowej - PolitykaGlobalna.pl, do odwiedzenia którego serdecznie Was zachęcam. Ostatnią zmianą była gruntowna przebudowa szablonu, pomyślnie zakończona kilka dni temu m.in. dzięki pomocy Kate Mac.

Tyle o historii... Za wszystkie odwiedziny, komentarze i sugestie, serdecznie Wam dziękuję - i liczę na jeszcze więcej w przyszłości ;) .

Artur 

poniedziałek, 16 marca 2009
Mohammed Chatami oraz Hossajn Musawi
W irańskim wyścigu do fotela prezydenckiego robi się coraz ciekawiej: z ubiegania się o ten urząd zrezygnuje Mohammed Chatami, najpoważniejszy kandydat obozu reformatorskiego.

Choć jest to jeszcze niesprawdzona informacja, wydaje się, że zarówno jej źródła (Agencja FARS News, CNN i BBC), jak i ogólne okoliczności wskazują na to, że jest ona prawdziwa. Chatami przystąpił do kampanii mało zdecydowanie, bez ambicji i sprawiał wrażenie kogoś, dla kogo start w kolejnych wyborach jest raczej przykrym obowiązkiem, niż szansą na zmianę kierunku rozwoju państwa. Swoją kandydaturę ogłosił po długich namowach doradców oraz innych polityków ze swojego środowiska politycznego, a na tą niechęć nałożyły się rozmaite szykany stosowane przez administrację Ahmadineżada w celu pognębienia jego przeciwników politycznych.

Kluczowa okazała się jednak decyzja Hossajna Musawiego, ostatniego premiera Iranu (przed zniesieniem tego urzędu w poprawce konstytucyjneje z roku 1989), który tydzień temu  - po dwudziestoletnim odpoczynku od polityki - ogłosił start w wyborach. Chatami od  dłuższego czasu twierdził, że będzie starał się przekonać go do startu - jednak uznawano taki scenariusz rozwoju jako swoiste political fiction, bo Musawi wielokrotnie zaprzeczał ewentualnym spekulacjom na temat jego powrotu do aktywnej polityki. Namówiony przez Chatamiego, czy nie, 10 marca 2000 Musawi oficjalnie ogłosił, że będzie się ubiegał o urząd prezydenta kraju w najbliższych wyborach. Jutro Chatami ma ogłosić swoją ostateczną decyzję i udzielić byłemu premierowi własnego poparcia.   

Co to oznacza dla czerwcowych wyborów prezydenckich? Przede wszystkim, z rozgrywki odpadł najpoważniejszy kandydat reformistów, doświadczony i - mimo wszystkich swych przywar - lubiany polityk, jakim bez wątpienia był Chatami. Jego następca, Musawi, choć wspominany z pewnym rozrzewieniem przez starszych Irańczyków, dla młodszych jest właściwie postacią historyczną; owszem, pozytywnie się kojarzącą, ale stosunkowo odległą - taki, powiedzmy, irański Tadeusz Mazowiecki. Może być to jednak jego zaletą - dla ogromnej części irańskiego społeczeństwa (niezwykle młodego przecież), były premier jawi się jako zupełnie nowa twarz w polityce, a efekt nowości może wywindować go na sam szczyt. Ponadto, w odróżnieniu od Chatamiego, Musawi - dzięki swojej przeszłości - cieszy się też pewną estymą wśród konserwatystów.

Pozytywnym efektem rezygnacji Chatamiego mogła okazać się nieco większa integracja środowisk reformatorskich, ale trudno mówić o konsolidacji, w sytuacji gdy nadal o fotel prezydencki ubiegać się ma dwóch reformatorów - Musawi i Karrubi. Mimo to, może się okazać, że z pozoru nielogiczna decyzja Chatamiego przyniesie duże korzyści ruchowi reformatorskiemu w Iranie: Musawi to dobry kandydat, który ma cechy, których brakowało Chatmiemu i którego szanse w starciu z Ahmadineżadem wcale nie są małe. Trzeba jednak pamiętać o jednym - do czerwca wszystko może się zmienić.        

Artur

Zdjęcie: Daylife.com


KLIKNIJ :)

piątek, 06 marca 2009

Ten skostniały system nie pozwala na radykalną zmianę kierunków polityki państwa, bowiem nawet kandydaci z obozu reformistycznego związani są pewnym kanonem wartości, które są podstawą funkcjonowania republiki islamskiej. Efektem tego są zaledwie niewielkie różnice między poszczególnymi kandydatami, nie tylko w obrębie tych samych ugrupowań politycznych, ale nawet między dwoma najważniejszymi obozami: reformistami i "twardogłowymi". Różnice te dotyczą zresztą przede wszystkim stylu prowadzenia polityki, a dopiero w drugiej kolejności samej jej materii. Nie oznacza to jednak, że Mohammed Chatami i Mehdi Karrubi, dwaj politycy z obozu reformistów, którzy ogłosili już swój start w wyborach, w niczym nie różnią się od obecnego prezydenta, ultrakonserwatywnego Mahmuda Ahmadineżada. Na szczęście, w najważniejszych dla nas - jako Zachodu - kwestiach, ich poglądy różnią się diametralnie.

Mohammed ChatamiMohammed Chatami - sam dwukrotnie wybierany prezydentem - wielokrotnie podkreślał, że obecny rząd przynosi więcej szkód niż korzyści, tak w sferze wewnętrznej, jak i w stosunkach z innymi państwami. Jego zastrzeżenia dotyczące nierozważnych działań rządu na niwie ekonomicznej oraz jego konfrontacyjnej linii polityki zagranicznej, która skazała Iran na jeszcze większą izolację niż dotychczas, mogą trafić na podatny grunt w Iranie i dać mu kolejne zwycięstwo. Niewątpliwą zaletą Chatamiego jest jego doświadczenie, nadprzeciętna wiedza i inteligencja, obycie w świecie oraz autorytet. Niestety, wydaje się, że on sam nie potrafi jednak wykorzystać własnych atutów: jest typem perskiego intelektualisty, nierzadko niezdecydowanego, często za bardzo ugodowego, a czasem wręcz tchórzliwego (nie zrobił nic, gdy przed wyborami parlamentarnymi z roku 2004 Rada Nadzorująca odrzuciła kandydatury niemal 2000 polityków z obozu reformistów, w tym i kandydaturę jego brata). Ten wizerunek może stać się kulą u jego nogi w wyborach, a nie wiadomo, czy uda mu się go szybko zmienić. Mimo to, najprawdopodobniej to właśnie on będzie najpoważniejszym konkurentem Ahmadineżada w czerwcu, choć trzeba pamiętać, że irańskie wybory są bardzo nieprzewidywalne: tak też było cztery lata temu, gdy nadspodziewanie dobry wynik obecnego prezydenta w pierwszej turze (wydawało się, że w samym obozie konserwatystów będzie trzeci) oraz wygrana w turze drugiej były nie lada niespodzianką.

Mehdi KarrubiDrugim kandydatem reformistów jest Mehdi Karrubi - polityk cieszący się uznaniem sporej części społeczeństwa, jednak na pewno o nie tak rozległych wpływach jak Chatami, mniej od niego charyzmatyczny. W poprzednich wyborach prezydenckich Karrubi uplasował się na trzeciej pozycji, uzyskując blisko 18% głosów; zaś w tych, które czekają Iran w czerwcu na pewno nie będzie faworytem. Nie da się jednak wykluczyć, że odbierze pewną część głosów Chatamiemu, którego osiem lat rządów na pewno nie spełniły oczekiwań bardziej liberalnej części irańskiego społeczeństwa.

Po drugiej stronie barykady, a więc wśród konserwatystów, oficjalnie nie stoi na razie nikt, ale można spodziewać się, że Mahmud Ahmadineżad będzie ubiegał się o reelekcję. Jego prezydenturę - wbrew pozorom - oceniać jest trudno. Z jednej strony Irańczykom na pewno spodobał się fakt przyspieszenia i doprowadzenia do końca projektu elektrowni atomowej w Buszirze (choć na ten sukces pracowały kolejne rządy przez ponad 30 lat), twarde stanowisko wobec Zachodu i w sprawie palestyńskiej, co mogło wywołać wrażenie, że Iran znacznie polepszył swoją pozycję międzynarodową; z drugiej jednak strony - jego polityka zagraniczna spowodowała jeszcze większą izolację kraju na arenie międzynarodowej i naraziła kraj na straty związane z sankcjami ONZ. Ponadto, Ahmadineżad nie spełnił swoich obietnic przedwyborczych dotyczących naprawy państwa (m.in. zmniejszenia rozmiaru korupcji),  w ogóle nie przygotował go do kryzysu finansowego (ciesząc się przy tym, jak dziecko, że Zachód "dostał za swoje grzechy") i roztrwonił pieniądze z bardzo wysokich wpływów ze sprzedaży ropy naftowej w latach 2006-2008.

Jego największą zaletą jest jednak bez wątpienia możliwość wykorzystania potężnej machiny biurokratycznej do zgnębienia kontrkandydatów. Mowa oczywiście o barierach natury administracyjno-prawnej, które nie pozwalają reformistom w pełni rozwinąć skrzydeł. Podstawowym problemem pozostaje oczywiście zatwierdzenie kandydatur przez Radę Nadzorującą - co de facto skazuje je na łaskę, bądź jej brak, konserwatywnych duchownych tworzących tą instytucję. Wydaje się jednak, że nawet Rada nie odważy się zanegować autorytetu Chatamiego; Mehdi Karrubi - choć na pewno mniej popularny - także raczej nie musi się o to martwić. Obaj są zbyt znanymi i zbyt szanowanymi politykami, by Rada zdecydowała się na tak drastyczny krok, jak odrzucenie ich kandydatur. Mimo to, niesmak pozostaje - przez niesprawiedliwe prawo, w obozie reformistów obecnie właściwie niemożliwa jest tak błyskotliwa kariera, jak ta Mahmuda Ahmadineżada, który w ciągu kilku lat z trzeciego rzędu polityków konserwatywnych stał się jedną z najważniejszych osób w państwie.  

Nie jest to jednak jedyny problem, na jaki natrafiają sztaby i zwolennicy reformistów. Rządząca administracja ma wystarczająco dużo innych "argumentów", dzięki którym może skutecznie przeszkadzać w prowadzeniu kampanii wyborczej. Obu kandydatom odmawia się możliwości prowadzenia skutecznej agitacji wyborczej: nie wpuszcza się ich na kampusy uniwersytetów i do meczetów, nie pozwala na odczyty w miejscach publicznych oraz blokuje sprzyjające im strony internetowe. A wszystko to w formie decyzji administracyjnych.   

Ahmadineżad w ośrodku atomowym w NatanzChyba nigdy wcześniej uwaga całego świata nie była tak skupiona na politycznych wyborach Irańczyków; nie ma w tym nic dziwnego - w końcu w ostatnim czasie o Iranie staje się coraz głośniej. Irański program atomowy, wchodząc w swoją decydującą fazę, budzi od początku tego roku coraz więcej kontrowersji - wbrew pozorom nie tylko na Zachodzie. Bez wątpienia kwestia ta nie raz zostanie poruszona podczas kampanii wyborczej, zarówno przez konserwatystów, jak i reformistów. Ci pierwsi mają możliwość wykorzystania sukcesów Ahmadineżada na tym polu, takich jak choćby próbne uruchomienie reaktora w Buszirze; drudzy zaś - podkreślają, że takie prowadzenie "sprawy atomowej" przez obecnego prezydenta skazało kraj na izolację i podejrzliwość społeczności międzynarodowej. Nie mniej ważnym tematem będzie też kryzys gospodarczy, który w Iranie jest szczególnie odczuwalny: zmniejszone przychody z ropy wydatnie pomniejszyły budżet państwa, stopa inflacji od początków rządów Ahmadineżada wzrosła już dwukrotnie do poziomu 26% (w styczniu 2009), a bezrobocie utrzymuje się od lat na poziomie dwucyfrowym. Na pewno trudno będzie Mahumdowi Ahmadineżadowi przekonać swoich rodaków, że potrafi sobie poradzić z kryzysem - pytanie tylko, czy Mohammed Chatami będzie potrafił wykorzystać problemy obecnego prezydenta i czy Irańczycy będą chcieli wejść do tej samej rzeki nawet już nie drugi, a trzeci raz; a może ktoś inny - w tym i niedoceniany Mehdi Karrubi - namiesza w tych wyborach?

Artur

Zdjęcia:  The Huffington Post, Daylife, MonstersAndCritics.com.


 

środa, 04 marca 2009
Cztery lata temu Mahmud Ahmadineżad przejmował władzę od Mohameda Chatami'ego. Czy w tym będzie odwrotnie?
Na trzy miesiące przed czerwcowymi wyborami prezydenckimi w Iranie, sytuacja na tamtejszej scenie politycznej nadal jest niejasna. Mimo to, zarówno sami Irańczycy, jak i reszta świata, mają świadomość tego, że będzie to jedno z najważniejszych wydarzeń tego roku.

Jest to być może o tyle paradoksalne, że wybory prezydenckie, choć na pewno ważne, wcale nie muszą przynieść znaczących zmian, nawet jeśli wybór Irańczyków padłby na kandydata z obozu reformistycznego. Irański system polityczny jest bowiem zbudowany w taki sposób, by możliwie jak najpełniej zapobiec wszelkim radykalnym zmianom kierunków polityki państwa oraz jego zasad ustrojowych. Ponadto, sam system wyborczy Iranu daleki jest od demokratycznego standardu, który pozwala na bezproblemowe, okresowe zmiany na najwyższych stanowiskach w państwie, a co za tym idzie - na zmianę kierunków polityki państwa, w zależności od tego, czego oczekują wyborcy, a więc naród w ujęciu politycznym. To właśnie ów mechanizm zinstytucjonalizowanej rewolucji jest podstawą stabilności państw demokratycznych w perspektywie długoterminowej. 

W Iranie, suwerenność narodu  - pozwalająca w stylu znanym z naszego kręgu cywilizacyjnego ograniczona została przez naczelną zasadę konstytucji, tzw. welajat-e fakih, a więc zwierzchnictwa uczonych prawników islamskich: przede wszystkim Najwyższego Przywódcy, ale i tych zasiadających w Radzie Nadzorującej, będącej swoiście pojmowanym sądem najwyższym. Rola Najwyższego Przywódcy jest niezwykle ważna w irańskim systemie politycznym; tak naprawdę to on - a nie prezydent - decyduje o tym, jak wygląda polityka Teheranu: on definiuje interesy i długoterminowe cele państwa, określa instrumenty ich realizacji oraz nadzoruje spójność z nimi bieżących działań podległego prezydentowi rządu.   

Ali Chamenei: obecny Najwyższy Przywódca IranuJednak to Rada Nadzorująca jest kluczowym elementem systemu politycznego w okresie przedwyborczym, ponieważ od jej decyzji zależy dopuszczenie kandydatów do wyborów; zgodność programu i czynów z zasadami islamu - kryterium, którym się przy tym posługują, nie tylko wyrzuca poza nawias sceny politycznej pewną część ugrupowań, ale jest też niezwykle arbitralne. Nie bez znaczenia jest także sam mechanizm zgłaszania kandydatury: wszystkie wnioski są przyjmowane na krótko przed samymi wyborami, de facto w środku kampanii wyborczej (w tym roku: między 5 a 10 maja). Tworzy to swego rodzaju furtkę bezpieczeństwa, która pozwala Radzie bezpośrednio decydować o obliczu wyborów - choć na pewno jest znacznie bardziej odczuwalne w przypadku wyborów parlamentarnych, o wiele bardziej anonimowych, niż te prezydenckie. 

Efektem takiego rozwiązania jest oczywiście zawężenie oferty politycznej dostępnej Irańczykom do zaledwie kilku nurtów, bliskich ideałom islamskiej rewolucji. W ten sposób, rewolucjoniści w imię Allaha sprzed 30 lat zabezpieczyli się przed radykalnymi zmianami zasad, które legły u podstaw ustroju postrewolucyjnego Iranu. Wykluczając możliwość pokojowej rewizji tych podwalin państwa irańskiego, zatrzymali przy sobie władzę na lata; jednocześnie jednak stali się bardziej podatni na wszelkiego rodzaju wybuchy społeczne, takie jak choćby te, które doprowadziły do wyniesienia ich do władzy trzy dekady temu.

Z powodów technicznych, wpis musiał zostać podzielony na dwie części. PRZECZYTAJ CZĘŚĆ II >>>

Artur

Zdjęcia: ISNA.


Zakładki:
Blogi o światowej polityce (PL)
Instytuty, think-tanki i inne
Blogi o światowej polityce (inne języki)
Inne ciekawe blogi
Media
Blox.pl
Przedruki
Zasubskrybuj blog




Polityka, gospodarka i bezpieczeństwo w ujęciu globalnym



Nakarm glodne dziecko - wejdz na strone www.Pajacyk.pl Help end world hunger

Blogi Polityczne