poniedziałek, 31 marca 2008

Na pierwszy rzut oka sytuacja w Iraku powoli stabilizuje się. Wczoraj Muktada al-Sadr wezwał podległą mu Armię Mahdiego do przerwania walk, które pochłonęły już ponad 400 ofiar.

Obawiam się (i nie tylko ja), że ten krok nie przyniesie jednak spodziewanych skutków. Przede wszystkim duchowny zarządził "odwrót z ulic" i przerwanie walk. Nie wspomniał nic, co oczywiste, o złożeniu (a dokładniej: oddaniu) broni - co było jednym z warunków wstrzymania kroków militarnych przez władze centralne.

Po drugie, należy zadać sobie pytanie na ile odezwa al-Sadra może być skuteczna. Od pewnego czasu wydaje się bowiem, że al-Sadr nie jest w stanie zapanować nad swoimi bojówkami. Potwierdzają to doniesienia mówiące o dalszych walkach w Basrze, choć bez wątpienia skala walk jest mniejsza niż jeszcze kilka dni temu. Wyjątkiem, ale potwierdzającym tutaj regułę, jest Bagdad, a w dokładniej jedna z jego dzielnic - Miasto Sadra, sadryjska twierdza, gdzie w roku 2003 Muktada al-Sadr założył Armię Mahdiego. Tutaj al-Sadr ma wielki posłuch i raczej nikt nie przeciwstawi się jego rozkazom. Problemem będą inne miejsca, gdzie Armia ma stosunkowo silne struktury - jak właśnie w Basrze. Biorąc pod uwagę fakt bardzo specyficznego podłoża społecznego, na którym Armia Mahdiego wyrosła, można przypuszczać, że im dalej od Miasta Sadra, tym z wykonywaniem tych rozkazów będzie trudniej. Podłożem tym są bowiem najniższe warstwy irackiego społeczeństwa, bardzo zradykalizowane, niepewne swojej przyszłości, a często zwyczajnie bardzo silnie powiązane z środowiskami przestępczymi. Zapanować nad takim żywiołem nawet najbardziej charyzmatycznym przywódcom (a takim bez wątpienia jest Muktada) nie przychodzi łatwo, tym bardziej po kilku już dniach walk i miesiącach rozprężenia.

Ostatnią, wartą rozpatrzenia sprawą jest zaangażowanie Iranu w wewnątrzszyickich walkach na południu Iraku. Wydaje się nieprawdopodobne, by Teheran "przepuścił" taką okazję do umocnienia swojej pozycji na Bliskim Wschodzie, tym bardziej, że od wielu lat wspiera biorące udział w tych walkach szyickie bojówki. Istnieje więc co najmniej kilka powodów, dla których walki w rejonie Basry są na rękę władzom w Teheranie, ale i nie mniej tych, którymi można podeprzeć tezę wręcz odwrotną.

Przede wszystkim, im Irak jest słabszy, tym pozycja Iranu wzrasta. Wielokrotnie już podkreślano, że obecna silna pozycja Persów na arenie międzynarodowej jest wynikiem zapaści drugiej potęgi w regionie Zatoki Perskiej, a więc właśnie Iraku Saddama Husajna. Iranowi zależy więc na pewno na osłabieniu irackiej władzy centralnej i rozbiciu społeczeństwa. Słaby, niesprawny, ale niepodległy - i szyicki - Irak, jest kluczem do bezpieczeństwa i wysokiej pozycji Iranu. Jeszcze lepszą gwarancję daje Irak słaby, podzielony, ale i antyamerykański. Rząd al-Malikiego, a przede wszystkim Islamska Rada Najwyższa Iraku, największa obecnie partia go współtworząca, blisko współpracuje ze Stanami Zjednoczonymi i Brytyjczykami (czego przykładem jest ich zaangażowanie w walkach w Basrze), co na pewno nie jest na rękę państwu mułłów. Być może chodzi więc o zastąpienie obecnego, zbyt proamerykańskiego rządu nowym, także szyickim, ale nastawionym znacznie mniej przyjaźnie do sił zachodniej koalicji.

Jednak każdy kij ma dwa końce: całkowicie rozbity Irak, tak jak każde państwo upadłe, stać by się mógł zagrożeniem dla stabilności w całym regionie, w tym i w Iranie. Na pewno władze w Teheranie zdają sobie sprawę z takiej możliwości, więc zachowują w sumie równy dystans do obu walczących stron.

Zapewne kilka najbliższych dni przyniesie wiele nowych, ciekawych faktów; trudno jednak, moim zdaniem, mówić o przełomie w Iraku. Być może niebawem walki ustaną, ale walka o najwyższą pozycję wśród irackich szyitów - na pewno nie. Na razie w tej wygrywają badryści, ale mecz dopiero się rozpoczął...

Więcej o zaangażowaniu Iranu w Iraku można przeczytać na stronie Council on Foreign Relations: tu, tu i tu.

dev

Zdjęcia: reuters.com.

 

piątek, 28 marca 2008

Sytuacja w Iraku wydaje się wymykać spod kontroli irackiego rządu i sprzymierzonych z nim sił okupacyjnych. Jeszcze nieco ponad tydzień temu prezydent USA, George W. Bush, spokojnie ogłaszał zwycięstwo koalicji w Iraku; dziś deklaracja ta brzmi groteskowo.

Sytuacja na południu Iraku, przede wszystkim w Basrze i jej okolicach, zaostrza się z każdym dniem. Wszystko zaczęło się mniej więcej 25 lutego, gdy Muktada al-Sadr, radykalny szyicki duchowny, wezwał Irakijczyków do oporu przed okupantem i rządem w Bagdadzie. Na apel cieszącego się dużym uznaniem wśród niższych warstw społecznych al-Sadra, wkrótce odpowiedzieli jego zwolennicy - w położonej na południu Iraku Basrze oraz bagdadzkim Mieście Sadra rozpoczęły się protesty, które szybko przerodziły się w regularne walki.

Sytuacja jest poważna i to z co najmniej kilku powodów. Przede wszystkim, wydaje się, że rozdarte walkami południe może doprowadzić do ogólnej destabilizacji kraju, ponieważ pokazuje prawdziwą słabość rządu centralnego. Nie chodzi tu tylko o brak poparcia społecznego, bo o nie w kraju tak podzielonym jak Irak, trudno, ale przede wszystkim o zwykłą, brutalną siłę, bo niestety tylko ona spaja obecnie ten kraj. Rozumie to Nuri al-Maliki - premier Iraku - i dlatego nie chce ustąpić bojówkom biorącym udział w walkach w rejonie Basry. Okazanie bezradności mogłoby zaowocować nie tylko upadkiem jego rządu, ale i stać by się mogło początkiem rozpadu Iraku. Jest więc to bardzo ważny test dla rządu centralnego i premiera - gra (dosłownie) o życie.

Choć eskalacja przemocy przypada na kilka ostatnich dni, to tak naprawdę problemy zaczęły się wraz z wycofaniem się z regionu sił brytyjskich w grudniu ubiegłego roku. Już wtedy można było mówić o natężeniu konfliktu między trzema głównymi stronnictwami w regionie, którymi są: złożona ze zwolenników al-Sadra Armia Mahdiego, pośrednio popierana przez rząd centralny Organizacja Badra (tzw. Brygady Badra) oraz powiązana z sadrystami Fadhila. Trzy różne frakcje, trzy różne podłoża społeczne, ale ten sam cel - walka zarówno o bogactwa Basry i, szczególnie w przypadku sadrystów i badrystów, o rząd irackich dusz oraz dominację wśród szyitów. Konflikt ten rozdziera południe Iraku już od kilku lat, choć dopiero teraz przybrał aż tak na sile. Warto dodać także, że być może nazywanie wymienionych powyżej organizacji bojówkami, nadaje nieco mniej pejoratywny wydźwięk ich faktycznemu statusowi, który bliższy jest częstokroć zwykłym organizacjom przestępczym niż stronnictwom politycznym.

Rywalizacja na południu ma także aspekt ekonomiczny. Licząca ponad 1,7 mln mieszkańców i położona na szlaku wodnym Szatt al-Arab, Basra jest jednym z największych i najbogatszych miast Iraku, jego głównym portem i niejako oknem na świat. Jednocześnie jest stolicą prowincji o tej samej nazwie. Okoliczne tereny są urodzajne w ropę naftową, a rafinerie w samym mieście produkują niemal 140,000 baryłek ropy dziennie. Przez Basrę, co nie dziwi, biorąc pod uwagę jej położenie (patrz: mapa), "przechodzi" niemal 90% całego, obliczanego na niemal 1,5 mln baryłek dziennie, eksportu ropy naftowej z Iraku, a co za tym idzie - eksportu w ogóle. Jeszcze niedawno porty Basry kontrolowała Fadhila, czego wynikiem była ogromna skala korupcji, sprawiająca, że zyski z handlu ropą w dużej mierze trafiały do kieszenie powiązanych z tą organizacją watażków, a nie do budżetu państwa.

To właśnie Fadhila miała być początkowo celem akcji zbrojnej wojsk irackich, ale ostatecznie walki toczą się między wojskami rządowymi a Armią Mahdiego. Powód takiego obrotu spraw jest prosty - Brygady Badra to zbrojne ramię Islamskiej Rady Najwyższej Iraku (ISCI), największej partii tworzącej obecnie rządzącą w Iraku koalicję, której najpoważniejszym konkurentem są właśnie sadryści. Al-Maliki jest więc zakładnikiem swoich politycznych przyjaciół, którzy za pomocą rządowego wojska chcą umocnić swoją władzę w Basrze i jednocześnie osłabić przeciwników, tak dosłownie - poprzez walki, jak i w przenośni, przed mającymi odbyć się jeszcze w tym roku wyborami regionalnymi.

Biorąc pod uwagę wszystkie te czynniki, rozciągnięcie kontroli nad rejonem Basry uznać trzeba za jeden z kluczowych elementów efektywnego sprawowania władzy nad całym Irakiem. Rząd centralny nie może sobie pozwolić na utratę tak ważnego regionu, tak jak i nie może sobie pozwolić na to, aby bojówki, czy to związane z al-Sadrem czy też Organizacją Badr, miały w jakimkolwiek rejonie kraju więcej do powiedzenia niż on sam. Niestety, legitymacja rządu al-Malikiego jest bardzo słaba i musi on liczyć się ze swoimi koalicjantami, tak więc bez względu na wynik walk, będą one jedynie osłabieniem państwa irackiego. Nawet jeśli rząd "odzyska" ten region, to jedynie na chwilę, ponieważ to badryści faktycznie położą rękę na handlu ropą naftową.

dev

Zdjęcia: bbc.co.uk, wikipedia.

poniedziałek, 24 marca 2008

Co prawda niniejszy blog ma poruszać głównie tematy związane z bardzo szeroko pojętym bezpieczeństwem międzynarodowym i narodowym, to jednak nie mogę sobie odmówić napisania tego posta. Fakt niskiej, lub raczej niemal zerowej, znajomości spraw europejskich w naszym społeczeństwie jest mi oczywiście jak najbardziej znany; może więc jakimś cudem uda mi się przynajmniej część niedoinformowanych doinformować. Dodam jeszcze, że inspiracją były dla mnie wypowiedzi różnych osób na forach tvn24.pl i gazeta.pl.

Chodzi oczywiście o pojawiające się doniesienia (choćby tu i tu ) o raporcie Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy, który ma jakoby wzywać Polskę do legalizacji aborcji. Nie wchodząc w oceny moralne samego zagadnienia aborcji, chciałbym zauważyć kilka spraw, które wychodzą na jaw przy okazji tej sprawy.

Po pierwsze, Polacy w ogromnej masie nie rozróżniają Unii Europejskiej i Rady Europy. Dla przypomienia - ta pierwsza organizacja, powołana Traktatem z Maastricht w roku 1993 (podpisanie traktatu nastąpiło rok wcześniej), jest prawną obudową Wspólnoty Europejskiej (dawniej: EWG i Euratomu), poszerzającą ją o Wspólną Politykę Zagraniczną i Bezpieczeństwa oraz Współpracę Sądową i Policyjną w Sprawach Karnych. Jej organami (działającymi na zasadzie "wypożyczenia" ze Wspólnot) są m.in. Komisja Europejska, Parlament Europejski, Rada Unii Europejskiej czy Rada Europejska. UE powszechnie utożsamiana jest właśnie ze Wspólnotą, co nieraz powoduje różne nieporozumienia. O ile jednak kłopoty z rozróżnieniem UE i WE, powiedzmy sobie szczerze, można w jakiś sposób usprawiedliwić względnym skomplikowaniem materii (o tym jeszcze za chwilkę), to absolutnie niewytłumaczalne dla mnie jest mylenie Unii czy Wspólnot z Radą Europy.

Rada Europy została powołana w roku 1948; początkowo miała być organizacją integracyjną (taką jak dziś jest UE), ale ostatecznie została na tym polu zmarginalizwana. Dziś zajmuje się głównie kwestiami związanymi z prawami człowieka , a za jej największy sukces uznaje się przyjęcie Europejskiej Konwencji Praw Człowieka. Jest organizacją z gruntu zupełnie odmienną niż Unia i Wspólnoty - przede wszystkim jest organizacją o charakterze międzyrządowym, a więc wszystkie decyzje jej dotyczące są podejmowane za zgodą wszystkich państw członkowskich. Rada Europy nie stworzyła oddzielnego systemu prawa, a jej oddziaływanie na krajowe porządki prawne jest właściwie żadne. Tym bardziej, nie posiada możliwości zmiany przepisów krajowych ponad naszymi głowami.

Po drugie, niewielka jest wiedza o kompetencjach i systemie prawnym Unii, a raczej, żeby być dokładnym, Wspólnoty Europejskiej. UE ma bardzo niewielki dorobek prawny - wszystkie, przysłowiowe już, rozporządzenia o uznaniu marchewki za owoc czy dyrektywy o krzywiźnie banana (prawdziwe, choć już od dawna nie tworzy się tak szczegółowych aktów) wydawane są bowiem przez organy Wspólnoty i działając w jej imieniu. Ogranicza to pole manewru prawodawcy, ponieważ może on wydawać akty jedynie w obszarach, których państwa się "zrzekły" na jej rzecz. Są to głównie kwestie gospodarcze rolnictwa, polityki transportowej, polityki konkurencji czy rybołówstwa. W tych sferach Wspólnota może wydawać akty prawne, właściwie nie oglądając się na zdanie państw członkowskich (choć zawsze to robi, aby zapewnić sobie legitymizację aktów). Warto w tym miejscu podkreślić, że sprawy obyczajowe i dotyczące moralności nie leżą w gestii Wspólnot; nie ma więc takiej możliwości aby WE narzuciłą nam cokolwiek w tej kwestii. Sami musielibyśmy najpierw dać jej możliwość decydowania o takich sprawach, a tego nie zrobiliśmy i zapewne nie zrobimy. Ponadto, traktat lizboński nie daje takich uprawnień Unii (już UE, bo Wspólnota de facto przestaje istnieć), Karta Praw Podstawowych także nie ceduje takich kompetencji na nią. Swoją drogą ciekawym zjawiskiem jest łączenie traktatu reformującego (lizbońskiego) z tą sprawą; jest to bardzo częste i, podejrzewam, celowe.

Zupełnie odmienną kwestią jest to, czy faktycznie domniemany raport formułuje taką tezę, czy też jest to zwykłe nadużycie dziennikarzy Wprost. Rada Europy generalnie cieszy się niezłą opinią na kontynencie i jest uznawana za ważny element europejskiej tożsamości w dziedzinie praw człowieka. Z drugiej stron, Unia Europejsa nie chce zajmować się takimi sprawai, bo koncentruje się na sprawach gospodarczych i im pochodnych.

Podsumując:

  • to nie Unia Europejska, a Rada Europy chce (o ile to prawda!) wezwać nas do legalizacji aborcji;
  • Rada Europy nie ma kompetencji by cokolwiek narzucić pastwom członkowskim;
  • Unia Europejska nie ma możliwości stanowienia aktów prawnych w tej dziedzinie.

Mam nadzieję, że tym, którzy nie do końca rozumieli zagadnienie wyjaśnia to nieco tą w sumie prostą kwestię; ci, co znają się na sprawach UE oczywiście muszą mi wybaczyć ogólnikowość i odejście od głównego tematu bloga.

dev

niedziela, 23 marca 2008

21 marca prezydent Francji, Nicolas Sarkozy, obwieścił światu, że zamierza zmniejszyć do mniej niż trzystu, liczbę głowic jądrowych, którymi dysponuje Francja oraz wezwał inne państwa do dalszej redukcji ich arsenałów atomowych. Jednocześnie zaproponował opracowanie odpowiedniej umowy międzynarodowej, dotyczącej likwidacji pocisków krótkiego i średniego zasięgu typu ziemia-ziemia.

Historycznie rzecz ujmując Francja była czwartym państwem, któremu udało się wyprodukować broń atomową. Początki francuskiego programu nuklearnego sięgają jeszcze lat 40., choć faktyczna i ostateczna decyzja o rozpoczęciu budowy arsenału atomowego zapadła dopiero w roku 1958. Niewątpliwie na tą decyzję wpłynęła zaostrzająca się sytuacja międzynarodowa oraz ambicje i uprzedzenia de Gaulle'a, który nie ufał Stanom Zjednoczonym. W każdym bądź razie, już dwa lata później, a więc w roku 1960, na Saharze przeprowadzono pierwsze testy ładunków o masie około 70 kiloton.

Z czasem arsenał Francji powiększył się. Dzięki Nicolasowi Sarkozy, wiemy, że Francja w czasie Zimnej Wojny posiadała nie więcej niż 600 głowic jądrowych ; obecnie zaś dysponuje około 350 głowicami, co czyni to państwo trzecią potęgą nuklearną świata (za USA i Rosją).

Trudno jednoznacznie ocenić ten krok prezydenta Francji. Z jednej strony powinniśmy na pewno przyklasnąć wszelkim pomysłom dotyczącym redukcji uzbrojenia atomowego, wiemy przecież jak niszczycielską siłę posiada ta broń. Z drugiej jednak strony można mieć pewne zastrzeżenia do intencji Francji.

Po pierwsze, jest coś o czym jeszcze nie napisałem (zawsze takie rodzynki warto zachować na koniec), a co zmienia odbiór tej deklaracji. Otóż redukcja obejmie przede wszystkim głowice przenoszone drogą powietrzną, a więc poprzez bombowce strategiczne. Tajemnicą poliszynela jest fakt, że zaledwie niewielka część francuskiego arsenału atomowego jest rozmieszczona właśnie na pokładach samolotów. Federation of American Scientists, organizacja założona w roku 1945 przez amerykańskich naukowców, pracujących przy projekcie Manhattan (amerykańskim programie atomowym), a dziś monitorująca rozwoj broni atomowej na świecie, ocenia, że zaledwie 60 sposród 348 francuskich głowic jest przenoszonych za pomocą bombowców . Reszta, a więc 288, znajduje się na pokładach atomowych łodzi podwodnych, których przyszłe redukcje nie obejmą.

Jest jeszcze jeden smaczek całej sytuacji - otóż cała deklaracja została wygłoszona podczas Źródło: BBCwodowania Le Terrible - nowoczesnego okrętu podwodnego klasy Le Troimphant , przeznaczonego właśnie do przenoszenia broni atomowej. Wraz z tym wydarzeniem Francja zyskała czwartą łódź podwodną, zdolną do operowania właściwie w każdym miejscu na świecie, a co za tym idzie i do ataku na każde miejsce na kuli ziemskiej. Wiadomo, że daje to wielką przewagę nad potencjalnym przeciwnikiem. Okręty takie stanowią najlepszą gwarancję dla państwa, że nie zostanie zaatakowane, także przez państwo atomowe; są niezwykle trudne do wytropienia i zatopienia oraz dają możliwość przeprowadzenia tzw. odwetu martwej ręki. Jest to niezwykle ważne dla Francji, która zawsze podkreśla, że jej arsenał służy jedynie do odstraszania potencjalnych wrogów.

Propozycja Francji jest oczywiście w pewien sposób wyrachowana (choć nietrudno ją "przejrzeć") - jako, że łodzie podwodne uznawane są za najbardziej użyteczny element triady strategicznej (po kolei: systemy lądowe, powietrzne i podwodne), a w arsenale Francji właściwie nie ma głowic przenoszonych innymi sposobami (a już w szczególności nie ma stałych baz atmowych!), można zrobić małe ustępstwo w kwestiach mniej ważnych, aby uzyskać przewagę w innych. W sumie jednak to nie motywacje są w przypadku rozbrojenia najważniejsze, ważny jest efekt. Jaki on będzie, trudno przewidzieć. Na pewno Sarkozy, jeśli naprawdę chce aby jego plan się powiódł, musi bardziej aktywnie dążyć do jego realizacji. Sama deklaracja nie wystarczy, choć na pewno jest krokiem w dobrym kierunku.

dev

Zdjęcia: mondotees.com (1), elysee.fr (Kancelaria Prezydenta Republiki Francuskiej) (2).

piątek, 21 marca 2008

Po dziewięciomiesięcznym okresie zawieszenia, Belgia ma wreszcie nowy rząd. Składa się on z przedstawicieli pięciu partii, a na jego czele stoi Yves Leterme, lider Flamandzkich chadeków (CD&V).

Partia Laterme'a wygrała wybory z czerwca roku 2007, uzyskując 30 ze 150 miejsc w Izbie Reprezentantów. Mimo siedmiu prób, do 20/02/2008 Belgom nie udało się stworzyć większości parlamentarnej na tyle stabilnej, aby można było powołać rząd, więc przez dziewięć miesięcy premierem pozostawał Guy Verhofstadt - szef poprzedniego rządu.

Węzłem gordyjskim okazały się przepisy konstytucji belgijskiej, nakazujące równy rozdział miejsc w rządzie przedstawicielom obywateli francusko- i niderlandzkojęzycznej. Obie grupy językowe, od wielu lat skłócone ze sobą, nie mogły więc dojść do porozumienia. Powodów, dla których tak się działo jest wiele i nikt chyba nie łudzi się, że wraz z powstaniem nowego rządu odejdą one w przeszłość.

Spór ten ciągnie się właściwie od ponad półwiecza i nie widać perspektyw na to, aby się skończył. Laterme, który przed ubiegłorocznymi wyborami, obiecał Flamandom (mieszkańcom położonej na północy Flandrii) gruntowną reformę państwa, a więc przede wszystkim zwiększenie uprawnień rządów regionalnych kosztem kompetencji federacji, nie zmienił swojego stanowiska. Aby zrealizować swoje wyborcze obietnice chce powołać "radę mędrców", która miałaby przygotować propozycje zmiany konstytucji belgijskiej. Pytanie tylko, czy nie będzie to znów przysłowiowy kij w mrowisko?

Belgia, choć zaliczana (i słusznie!) do najbogatszych i najlepiej rozwiniętych krajów świata, jest dziś państwem na skraju rozpadu. Nastroje Belgów dobrze ukazuje ponury i okrutny w swej przewrotności żart, jaki zaserwowała swoim telewidzom walońska telewizja publiczna, ogłaszając w grudniu roku 2006, że Belgia już się rozpadła.

Podstawowym problemem jest bardzo wyraźny podział poziomu rozwoju ekonomicznego dwóch największych regionów na które składa się Belgia. Niderlandzkojęzyczna Flandria jest regionem bogatym, o niskim poziomie bezrobocia i wysokiej produktywności, podczas gdy zamieszkana głównie przez frankofonów Walonia jest znacznie słabiej rozwinięta i ma ponad dwukrotnie większy wskaźnik bezrobocia. Flamandowie czują, że łożą na utrzymanie biedniejszych współobywateli z Południa i od wielu lat domagają się większej autonomii regionów, przede wszystkim pod względem gospodarczym, oraz zmniejszenia stopnia redystrybucji dochodu narodowego. Oczywiście część francuskojęzyczna jest temu przeciwna.

Stosunki między obu grupami etnicznymi (bo chyba tak należy je nazwać) nazwałbym nowym nacjonalizmem - nacjonalizmem w ponowoczesnym świecie, znacznie bardziej miękkim. można by powiedzieć wręcz - znacznie bardziej cywilizowanym niż ten dziewiętnasto- i dwudziestowieczny, ale nadal bardzo groźnym. Nie dla pojedynczych ludzi, ale dla państwa i społeczeństwa jako całości. Obie grupy, mimo iż żyją w jednym kraju, właściwie często nie utrzymują ze sobą kontaktu, czują się niemal obce wobec siebie nawzajem. Jedyne co ich łączy to, zgodnie ze słowami nowego premiera Belgii sprzed kilku lat, "król, belgijska reprezentacja piłki nożna i piwo", a powstanie samego państwa było jedynie historycznym przypadkiem. Nie ma między obu wspólnotami językowymi niemal żadnych więzi - mają, co nie dziwi w przypadku państwa federacyjnego, oddzielne parlamenty i rządy, ale i zupełnie odmienne systemy szkolnictwa, partie polityczne, obyczaje. Słowem - dobrze, że godzą się jeszcze na wspólnego króla.

Można zapytać, dlaczego zatem ewentualny rozpad Belgii wydaje mi się niebezpieczny? Przecież raczej trudno wyobrazić sobie, aby Belgia rozpadła się w tak krwawy sposób jak Jugosławia; oczywiście raczej nie poleje się tam krew i pewnie obie strony rozejdą się w pokoju. Mimo to wydaje mi się, że koniec belgijskiej federacji stanowiłby wielki problem dla kontynentu. Oznaczałoby, że Europejczycy nie potrafią już zażegnywać swoich konfliktów dialogiem, a w samym sercu zjednoczonej Europy rozpada się państwo, które wniosło ogromny wkład w jej integrację. Poza tym Belgia może stać się stać się kamyczkiem, który poruszy lawinę w Europie, a w kolejce na taki rozwój wypadków mogliby czekać Baskowie w Hiszpanii i północ Włoch; szczególnie ten drugi przypadek wydaje się być podobny do belgijskiego: te same motywacje, państwo także przez długi czas pozostające w rozbiciu oraz niestabilny system polityczny, sprawiają, że Włosi z tym większą uwagą powinni śledzić wydarzenia z północy kontynentu.

Na razie jednak nie ma co snuć katastroficznych wizji - Belgia, na szczęście, istnieje i należy mieć nadzieję, że w końcu obie grupy porozumieją się.

dev

Zdjęcia: wikipedia.

 
1 , 2
Zakładki:
Blogi o światowej polityce (PL)
Instytuty, think-tanki i inne
Blogi o światowej polityce (inne języki)
Inne ciekawe blogi
Media
Blox.pl
Przedruki
Zasubskrybuj blog




Polityka, gospodarka i bezpieczeństwo w ujęciu globalnym



Nakarm glodne dziecko - wejdz na strone www.Pajacyk.pl Help end world hunger

Blogi Polityczne