wtorek, 25 listopada 2008
Auschwitz (bursa.krakow.pl)

Kolejny raz jedna z zagranicznych gazet użyła określenia "polskie obozy koncentracyjne" - tym razem był to opiniotwórczy niemiecki Die Welt. Reakcja polskiego rządu znów pozostawia jednak wiele do życzenia.

Podsekretarz stanu w polskim MSZ, Ryszard Schnepf, w radiu TokFM stwierdził, że:

Potrzebna jest zdecydowana akcja. Ja jestem zwolennikiem radykalnych środków. Mam na myśli wytoczenie poważnego procesu sądowego, na dużą skalę, za duże pieniądze takiej właśnie gazecie. Tak, aby odbiło się to echem w prasie światowej.

Propozycja Schnepfa nie pierwszy rzut oka być może wygląda  nawet rozsądnie, ale po chwili zastanowienia dojść można do wniosku, że polski rząd znów reaguje zbyt nerwowo i chce stosować środki niewspółmiernie radykalne w stosunku do kalibru sprawy. Rację ma Piotr Wołejko, pisząc, że nawet wygrana w ewentualnym procesie nie dałaby spodziewanych rezultatów: nie stworzyłaby uniwersalnego precedensu, który powstrzymywałby przed używaniem tego typu określenia.

Przede wszystkim jednak, niedorzeczne wydaje się być leczenie samych tylko objawów, a nie przyczyn. Przyczyną tą nie jest - moim zdaniem - chęć wybielenia historii własnego narodu (warto pamiętać, że najwięcej interwencji dotyczy użycia tego typu określeń przez gazety z państw anglosaskich, a więc nie biorących udziału w Holokauście),  ale zwyczajny brak wiedzy, a z nim procesami się nie zwycięży. Zamiast nich, konieczna jest przemyślana i nowocześnie poprowadzona akcja informacyjno-edukacyjna. 

MSZ już trzy lata temu powołał odpowiednią komórkę, która odpowiedzialna jest za reagowanie na podobne określenia. Niestety, wydaje się ona być nastawiona właściwie wyłącznie na działania następcze, a nie na prewencyjne. O ile w tej pierwszej sferze może pochwalić się sukcesami, to w drugiej jej dorobek jest mizerny, by nie powiedzieć: żaden. Mimo iż z problemem używania mylącego określenia nazistowskich obozów koncentracyjnych jako polskich, stykamy się od dłuższego czasu, do dziś MSZ nie był w stanie zorganizować skutecznej akcji informacyjnej. Powinna mieć ona dwie grupy adresatów: pierwszą powinni być zagraniczni dziennikarze (i korektorzy), naukowcy czy też szeroko pojęci eksperci, drugą zaś - całe społeczeństwa (nazwijmy ją "ogólną").

Akcja skierowana do ekspertów powinna opierać się na regularnie prowadzonych (powiedzmy,  że nawet raz do roku) seminariach oferowanych redakcjom czy uczelniom, na których przedstawiana byłaby historia drugiej wojny światowej oraz obozów koncentracyjnych i zagłady. Ponadto, należałoby zaoferować możliwość konsultacji z pracownikami polskiego Ministerstwa.

KLIKNIJ, ABY POWIĘKSZYĆ: Zrzut ekranu ze strony internetowej Die Welt (na podstawie: Gazeta.pl)Chyba jednak jeszcze ważniejsza, a na pewno szerzej zakrojona, powinna być część druga, czyli ogólna. To właśnie w tej sferze polski MSZ ma chyba największe zaległości. Nie jestem w stanie zrozumieć, dlaczego żaden polski rząd nie stworzył dotychczas strony internetowej, która przedstawiałaby historię nazistowskich obozów zagłady, taką jaka ona była. W dzisiejszej rzeczywistości, coś, czego nie ma w Internecie, dla wielu ludzi w ogóle nie istnieje, a atrakcyjnie zaprojektowana i odpowiednie wypozycjonowana strona na pewno zdziała znacznie więcej niż jakiekolwiek protesty rządu w Warszawie. Dotychczas jednak, nikt w MSZ nie wpadł na tak banalny pomysł. Nikt w MSZ nie zdecydował się też - wzorem królowej Jordanii, Ranii - na stworzenie własnego kanału na YouTube, dzięki któremu możnaby budować pozytywny wizerunek RP wśród internautów. Podejście Ministerstwa do nowoczesnych (jeśli internet można jeszcze tak nazwać) technologii  jest niezrozumiałe; zagadką jest również to, dlaczego - uczulony najwyraźniej na internet - MSZ, nie stara się nadrobić tych zaniedbań poprzez akcje w innych, bardziej tradycyjnych mediach.  

Wypowiedziami o ewentualnym procesie MSZ maskuje jedynie nieudolność swoich dotychczasowych działań (a właściwie - zaniechań), ale nie przyczyni się do poprawy polskiego wizerunku za granicą. Archaiczne podejście polskich rządów do tematu kreowania własnego wizerunku za granicą kraju sprawia, że nawet najbardziej spektakularny sukces w ewentualnym procesie z Die Welt czy też innymi mediami, które będą określać obozy zagłady, jako polskie, będzie jedynie pozornym zwycięstwem i nie zmieni trendów. Wygramy bitwę, ale przegramy wojnę.

Artur

Zdjęcie: bursa.krakow.pl.


PolitykaGlobalna.pl

niedziela, 23 listopada 2008
Prezydent Iranu może chcieć wykorzystać program atomowy do odbudowy swojej pozycji w kraju
Choć najnowszy raport Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej nie został jeszcze oficjalnie opublikowany, jego najciekawsza część wypłynęła już do światowych mediów - New York Times i Bloomberg już wczoraj opublikowały konkluzje z raportu.

Zgodnie z tymi doniesieniami, Iran ma posiadać już około 630 kilogramów niskowzbogaconego (koncentracja izotopu U235 - około 5%) uranu. Jest to znaczący wzrost w porównaniu do poprzednich miesięcy - w ciągu sześciu tygodni, irańskim fizykom udało się wzbogacić około 150 kg uranu. Oznacza to, że są oni w stanie produkować paliwo jądrowe na bardzo dużą skalę - w zupełności wystarczającą do uruchomienia w niedalekiej przyszłości przynajmniej jednego reaktora atomowego. Niskowzbogacony uran wykorzystywany jest w najbardziej rozpowszechnionych na świecie, tzw. lekkowodnych reaktorach jądrowych, a więc takich, które wykorzystują zwykłą wodę do chłodzenia rdzenia i podtrzymywania kontrolowanej reakcji łańcuchowej. Budowę reaktora tego typu Iran rozpoczął jeszcze w 1975 roku w nadmorskim mieście Buszir, ale z powodu rewolucji z roku 1979, a w jej konsekwencji izolacji na arenie międzynarodowej, na wiele lat musiał zaprzestać prac nad nim. W 1995 roku podpisano porozumienie między Iranem a Rosją w sprawie wznowienia tych prac, a ich koniec jest obecnie przewidywany na sierpień przyszłego roku.

Posiadana przez Iran ilość paliwa, nie jest jednak nadal wystarczająca do rozpoczęcia operacyjnej pracy reaktora w Buszirze, ale po dalszym wzbogaceniu może zostać wykorzystana do budowy broni atomowej. Zgodnie z obliczeniami podawanymi przez NYT, irańskie zasoby niskowzbogaconego uranu wystarczą na wyprodukowanie od 15 do 22 kg wysokowzbogaconego uranu (zawartość izotopu U235 - co najmniej 90%), co powinno wystarczyć do wyprodukowania jednej bomby atomowej o niewielkiej jeszcze sile rażenia. Patrząc jednak na wydajny system wzbogacania uranu, jaki posiada już Iran, eksperci oceniają, że w ciągu roku państwo ajatollahów może zdobyć wystarczającą ilość materiałów rozczepialnych, by zbudować trzy bomby atomowe, a to byłby już duży postęp.

Mapa irańskich zakładów badawczych zajmujących się programem atomowym (kliknij aby powiększyć)Doniesienia te, wraz z ubiegłotygodniowym testem nowego typu pocisku balistycznego średniego zasięgu (Sidżdżil), muszą budzić w wielu państwach niepokój. Być może niezupełnie słusznie - na szczęście, od posiadania wystarczającej ilości materiałów rozczepialnych do skonstruowania broni atomowej długa jeszcze droga. Przede wszystkim, Iran na razie nie posiada odpowiedniej ilości wysokowzbogaconego surowca, a cały niskowzbogacony uran dostępny irańskim naukowcom jest pod stałą kontrolą Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej. MAEA, choć wielokrotnie zawodziła w sprawie Iranu, od kilku lat - także dzięki pomocy ugrupowań politycznych opozycyjnych wobec obecnej władzy w Teheranie - zaczyna działać coraz skuteczniej, a jej działania kontrolne, po opublikowaniu najnowszego raportu, będą musiały być jeszcze bardziej wnikliwe. Można więc przypuszczać, że zrobi wszystko, by tym razem dopilnować interesów społeczności międzynarodowej. Iran, aby zacząć dalsze wzbogacanie uranu, musiałby więc wyrzucić sprawozdawców Agencji, co równałoby się z wypowiedzeniem Układu o nieproliferacji broni jądrowej i ostatecznie zakończyłoby spekulacje dotyczące intencji władz w Teheranie. Choć, uzyskanie wysokowzbogaconego uranu w warunkach irańskich nie sprawiałoby już wielkich problemów, to jego militarne zastosowanie - jak najbardziej. Problemem mogłoby się okazać skonstruowanie głowicy atomowej, na tyle małej, że możnaby ją umieścić w jednym z irańskich pocisków balistycznych. Przykład Korei Północnej, która mimo przeprowadzenia testu ładunku atomowego dwa lata temu, długo jeszcze będzie musiała pracować nad jego miniaturyzacją, pokazuje, przed jak trudnym zadaniem stoją konstruktorzy takiego ładunku. Iran, nawet posiadając dostęp do materiałów przekazanych im przez Abdula Khana, ojca pakistańskiej bomby atomowej i szefa największej siatki handlarzy atomem (więcej o tym tu i tu), będzie potrzebował jeszcze co najmniej kilku lat, na wyprodukowanie odpowiedniej głowicy. Trudno wyobrazić sobie sytuację, w której społeczność międzynarodowa będzie się tymu bezczynnie przyglądać.

Trudno przewidzieć, jakie byłyby reakcje USA, Unii Europejskiej i Izraela, ale można domyślać się, że w obliczu stosunkowo realnego zagrożenia, to ostatnie państwo nie wykluczałoby ataku na zakład wzbogacania uranu w Natanz, gdzie przechowywana jest całość irańskiego paliwa atomowego. Skuteczność tego typu akcji zależałaby od tego, czy izraelskiemu wojsku (a dokładniej - lotnictwu) udałoby się zachować plan ataku w tajemnicy. Z drugiej strony, można spodziewać się, że teraz, jak nigdy wcześniej, Iran będzie spodziewał się ewentualnego nalotu na te instalacje i np. wywiezie cały materiał rozczepialny z Natanz.

Czy Iran zdecyduje się na takie posunięcie, znając jego możliwe konsekwencje? Wbrew pozorom, jest to prawdopodobne. Pozycja Mahmuda Ahmedineżada jest coraz bardziej chwiejna: ogromna stopa bezrobocia, stale wzrastająca inflacja oraz rosnące z każdym spadkiem cen ropy naftowej zadłużenie Iranu (60 miliardów $ w przyszłym roku) nie napawają Irańczyków optymizmem i stawiają pod znakiem zapytania reelekcję obecnego prezydenta. Ahmadineżad może niedługo desperacko potrzebować jakiegoś sukcesu, a ciężko wyobrazić sobie coś co lepiej ukoi serca jego rodaków, niż sukces programu atomowego.

Front nieukończonej jeszcze elektrowni atomowej w BuszirzeZ perspektywy obecnego prezydenta, każdy chwyt jest dozwolony - jeśli nie uda się mu uruchomić reaktora w Buszirze przed lipcowymi wyborami prezydenckimi, być może postawi (za zezwoleniem Alego Chamenei'ego) wszystko na jedną kartę: zaostrzy kurs wobec Zachodu, wydali inspektorów MAEA i zdecyduje się na przeprowadzenie testu pierwszego irańskiego ładunku jądrowego. Byłby to niedopracowany ładunek o niewielkiej mocy, a wielkich gabarytach, który dałby Irańczykom co najwyżej złudzenie wygranej, ale nie mógłby być odebrany przez ekspertów za prawdziwy sukces. Jego operacyjne zastosowanie byłoby oczywiście właściwie niemożliwe, dlatego nawet ciężko byłoby nazwać go bombą atomową. Celem wszystkich działań, podjętych przez władze w Teheranie będzie jedynie polepszenie swoich notowań na arenie wewnętrznej i - ewentualnie - pozycji w negocjacjach ze światem Zachodu. Dopiero powstanie pierwszych, dających się wykorzystać operacyjnie, głowic atomowych będzie na tyle znaczącym osiągnięciem, żeby mówić o realnym zagrożeniu nuklearnym Iranem. Jest to jednak odległa perspektywa.

Artur

Zdjęcia: Stratfor.com, Turner.com, Departament Stanu USA.


Polityka globalna (PolitykaGlobalna.pl)

Artykuł ukaże się w następnym numerze tygodnika Wprost w dziale Wprost z blogu.

poniedziałek, 17 listopada 2008
13 listopada irański minister obrony, generał Mustafa Mohammed Nadżdżar, poinformował opinię publiczną o udanym teście nowej rakiety balistycznej średniego zasięgu, typu ziemia-ziemia zdolnej dolecieć do celów w Europie.
 
Nazwa nowego pocisku - Sidżdżil (Sidżil, Sejjil), pochodzić ma ze 105. sury Koranu, Al-Fil ("Słoń"). Mówi ona o ataku wojsk władcy Jemenu (podległego podówczas królowi chrześcijańskiej Abisynii) na Mekkę w celu zburzenia Kaaby. Do wyprawy miało dojść w roku 570 n.e., a więc w tym samym, w którym urodził się Mahomet, i miała się ona zakończyć niespodziewanym niepowodzeniem - zmierzająca ku świętemu miejscu potężna armia, w skład której wchodziły m.in. słonie została rozbita dzięki cudownej interwencji Allaha. Wezwać miał on chmarę ptaków, niosących w swoich dziobach i łapach niewielkie kamienie ("z palonej gliny" zgodnie z tłumaczeniem J. Bielawskiego), którymi raziły one przeciwników. Właśnie te kamienie znane są pod nazwą sidżdżili.
 
Zasięg rakiety Sidżdżil powinien być podobny do tych, jaki mają najnowsze pociski typu Szahab-3. A to dopiero początek...Można domyślać się, że nazwa ta nie została wybrana przypadkowo - ma nie tylko potwierdzać siłę nowej broni w oczach jej konstruktorów i irańskiego społeczeństwa, ale i podkreślać jej defensywne przeznaczenie, a co za tym idzie i pokojowe zamiary Iranu. Jednocześnie, ma stanowić jasne przesłanie dla Zachodu - jeśli zaatakujecie Iran, dosięgnie was zagłada.
 
Sidżdżil ma być całkowicie nową, dwustopniową konstrukcją średniego zasięgu, zdolną uderzyć w cele w leżące w odległości około 2000 km od granic Iranu. Teoretycznie więc, w zasięgu rakiet balistycznych Iranu jest obecnie większość państw Europy Południowo-wschodniej, Ukraina oraz Rosja, a trzeba pamiętać, że irańskim naukowcom udaje się regularnie zwiększać zasięg swoich konstrukcji, niewykluczone więc, że co jakiś czas do powyższej listy trzeba będzie dodawać coraz to nowsze grupy państw. Jednak to nie zasięg (właściwie identyczny, jak w przypadku poprzednika, czyli rakiet Szahab-3), ale zastosowany napęd sprawia, że jest to ciekawa i - niestety - niebezpieczna konstrukcja.
 
W odróżnieniu od poprzednich pocisków balistycznych, napędzanych paliwem ciekłym, w Sidżdżilu zastosowano napęd na paliwo stałe. Podstawową zaletą takiego rozwiązania jest znaczne skrócenie czasu potrzebnego do przygotowania rakiety do odpalenia - z kilku godzin w przypadku rakiet typu Szahab-3 do zaledwie pół godziny w przypadku Sidżdżilu. Nie bez znaczenia jest także względna prostota obsługi, która sprawia, że pociski napędzane paliwem stałym nazywane są bronią typu "push-button", a więc obsługiwaną za pomocą jednego przycisku. Ponadto, transport rakiet tego typu jest znacznie mniej skomplikowany i tańszy niż ich odpowiedników na paliwo płynne, które wymagają dodatkowych samochodów transportowych z paliwem. Cechy te sprawiają, że pociski nowego typu stanowią znacznie większe zagrożenie niż wysłużone Szahab-3, oparte jeszcze na kontrukcji radzieckiego SCUD - w razie ewentualnego konfliktu z Iranem, Sidżdżile mogą w niezwykle krótkim czasie dosięgnąć większości celów na Bliskim Wschodzie i (częściowo) w Europie. Równie ważną cechą nowych pocisków jest ich dwustopniowość, która sprawia, że mamy do czynienia z kontrukcją rozwojową, na bazie której w bliżej nieokreślonej przyszłości mogą powstać irańskie rakiety dalekiego zasięgu (ICBM).
 
Irańska rakieta typu Szahab-3 bazuje na radzieckim projekcie ScudTest Sidżdżila jest więc nie tylko swego rodzaju ciekawostką (taką jak nieudane próby Szahab-3), ale także niemal namacalnym dowodem na to, że Iran - wbrew temu co twierdzą władze w Teheranie - intensywnie pracuje na budową broni atomowej. Co prawda, na razie niewiele wiadomo na temat głowic, w jakie mogą zostać wyposażone nowe rakiety, ale pociski podobnej klasy skontruowane w Pakistanie i Korei Północnej mogą przenosić ładunki o masie do 1 tony. Oczywistym jest fakt, że nowy pocisk będzie mógł zostać wyposażony w głowice atomowe, gdy/jeśli tylko Iran je zdobędzie - nikt nie prowadzi badań nad tak zaawansowanymi rakietami, aby uzbroić je w mało skuteczne ładunki konwencjonalne. Czy zatem powinniśmy się już zacząć obawiać? Moim zdaniem, nie - irański program atomowy jest nadal na stosunkowo wczesnym etapie rozwoju, Teheran wysyła pozytywne sygnały w sprawie normalizacji relacji ze światem Zachodu, a antyzachodnim mesjanistom skupionym wokół obecnego prezydenta Iranu, Mahmuda Ahmedineżada, władza powoli wysuwa się z rąk. Mamy więc jeszcze wiele czasu, by zapobiec zagrożeniu, ale trzeba działać racjonalnie i skutecznie.   
 
dev
Zdjęcia:blog.reidreport.com, bp3.blogger.com.
Wideo: Reuters.com


Zakładki:
Blogi o światowej polityce (PL)
Instytuty, think-tanki i inne
Blogi o światowej polityce (inne języki)
Inne ciekawe blogi
Media
Blox.pl
Przedruki
Zasubskrybuj blog




Polityka, gospodarka i bezpieczeństwo w ujęciu globalnym



Nakarm glodne dziecko - wejdz na strone www.Pajacyk.pl Help end world hunger

Blogi Polityczne