czwartek, 29 stycznia 2009
Na naszych oczach na Sri Lance kończy się jedna z najdłuższych i najbardziej krwawych wojen domowych współczesnego świata. Niewykluczone jednak, że dla wyspy jest to dopiero początek prawdziwego horroru.

Lankijskim żołnierzom udało się odbić z rąk Tamilskich Tygrysów (LTTE) ostatnie podległe ich władzy większe miasto - położone na wschodnim brzegu wyspy, zamieszkane do niedawna przez niemal 40 tysięcy osób, a dziś w dużej mierze opustoszałe, Mullaitivu. Jest to efekt noworocznej ofensywy wojsk rządowych na terytoriach północnej i północno-wschodniej Sri Lanki, której celem było ostateczne zduszenie tamilskiej rebelii. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że cel ten został osiągnięty i ostatnie przyczółki Tygrysów systematycznie zostają niszczone przez armię rządową. Lankijski prezydent Mahinda Radżpakse oraz jego generałowie, twierdzą, że rok 2009 będzie ostatnim, w którym słyszeć będziemy o Tamilskich Tygrysach. Czy to koniec wojny domowej na Sri Lance? A może to dopiero początek jeszcze bardziej krwawego konfliktu?

Tamilskie Tygrysy to jedna z najciekawszych organizacji paramilitarnych współczesnego świata, która  - ze względu na niezwykle szeroki wachlarz prowadzonych działań - wymyka się każdej spośród kategorii, do której można by ją, na pierwszy rzut oka, zaliczyć. Celem powołanej w roku 1976 przez Velupillaia Prabhakarana grupy, miało być utworzenie, niezależnego od rządu w Kolombo, państwa Tamilów (Tamilski Ilam) na północnych terytoriach Sri Lanki. Od roku 1983 na wyspie nieprzerwanie trwa wojna domowa, od czasu do czasu wzmagając się (jak w latach 2008–09), by później znów zelżeć. W międzyczasie LTTE parało się także przemytem narkotyków, piractwem oraz produkcją i nielegalną sprzedażą broni.

Kluczowe znaczenie dla siły tej organizacji miały trzy – nierozerwalnie ze sobą powiązane – elementy: posiadanie terytorium, nad którym LTTE sprawowało władzę, siła militarna oraz poparcie Tamilów (na Sri Lance i poza nią) dla jej działań. Te trzy czynniki sprawiały, że kolejnym rządom w Kolombo długo nie udawało się pokonać zbuntowanych Tamilów.

Zielonym kolorem zaznaczono terytoria, które miałyby wejść - zdaniem LTTE - w skład Tamilskiego Ilamu (źródło: Wikipedia)Tym, co było najbardziej charakterystyczne dla LTTE, był fakt posiadania własnego, stosunkowo rozległego terytorium, na którym faktycznie sprawowało właściwie niepodzielną władzę quasi-państwową. Cecha ta odróżniała Tygrysy od setek innych, podobnych im, organizacji na całym świecie. Jednak, jak mówi stare porzekadło, wszystko co dobre, kiedyś się kończy; tak też stało się z dobrymi czasami dla tamilskich separatystów. Skuteczna, ale zarazem brutalna ofensywa armii lankijskiej kończy - na razie przynajmniej - żywot niezależnego, choć przez nikogo nie uznawanego, tamilskiego państwa. Zepchnięte pod koniec ubiegłego roku na północny kraniec wyspy, LTTE od początku stycznia 2009 sukcesywnie traciło kolejne przyczółki o strategicznym znaczeniu: najpierw Kilinoczczi, nieoficjalną stolicę administracyjną państwa Tamilów, a później, utracone w roku 2000, Przejście Słoniowe, łączące główną część wyspy z półwyspem Dżaffna. Gdy wczoraj Tygrysy utraciły Mullaitivu, stało się jasne, że to definitywny koniec tamilskiego państwa w państwie.

Utrata terytorium wydaje się więc być najbardziej dotkliwą dla LTTE konsekwencją działań wojsk rządowych: pozwalało ono Tygrysom toczyć przez wiele lat walkę niemal jak równy z równym ze słabo wyszkoloną i nie najlepiej wyposażoną armią lankijską, wykorzystują przy tym nie tylko siły lądowe, ale i własne lotnictwo i marynarkę (a nawet - prymitywne zapewne - okręty podwodne). W ciągu ponad 25 lat zbrojnej walki, LTTE poniosło wiele porażek, ale zawsze potrafiło podnieść się z kolan – właśnie dzięki posiadaniu własnego terytorium, które zapewniało organizacji nie tylko niemały dochód i nowych rekrutów, ale było niezwykle efektywną bazą logistyczną. Po utracie własnego terytorium, niezwykle trudno będzie LTTE odbudować swoją siłę militarną i najprawdopodobniej długo jeszcze – jeśli w ogóle – nie będą w stanie zagrozić wojskom rządowym.

Przeczytaj CZĘŚĆ II >>>

Artur

Zdjęcia: Daylife.com, Wikipedia.


PolitykaGlobalna.pl

 

wtorek, 20 stycznia 2009
Konflikt w Strefie Gazy zakończył się (?) równie niespodziewanie, jak zaczął. Napisano o nim wiele, nierzadko błędnie - moim zdaniem - mniemając, że radykalnie odmieni on sytuację Izraela i Autonomii Palestyńskiej. Tak się jednak nie stanie.

Nie oznacza to jednak, że ten krwawy konflikt nie będzie mieć żadnego wpływu na Bliski Wschód; wręcz przeciwnie - być może będzie najważniejszym wydarzeniem od inwazji na Irak z roku 2003. O ile jednak tamto wydarzenie było swego rodzaju radykalną rewolucją, która całkowicie zmieniła rozkład sił  i zapaliła antyzachodnią pochodnię w tym regionie, to wynikiem konfliktu w Strefie Gazy najprawdopodobniej będzie ugruntowanie pewnych kierunków rozwoju sytuacji w regionie, co właśnie - paradoksalnie - może doprowadzić do poważnych przetasowań w tym rejonie świata. Dotyczyć to będzie zarówno relacji izraelsko-palestyńskich, ale także - o czym przekonamy się dopiero za jakiś czas - struktury środowiska międzynarodowego na Bliskim Wschodzie.

O tym, że 1350 palestyńskich ofiar operacji Płynny ołów jedynie rozwścieczy ich żyjących pobratymców, nie muszę chyba nikogo przekonywać. Ten starannie pielęgnowany gniew za wszystko, co Palestyńczykom wyrządził Izrael, od lat nie tylko nie pozwala na pokojowe wygaszenie konfliktu, ale jest wręcz paliwem go podsycającym. To dzięki niemu Hamas zdobył zdecydowaną większość mandatów w wyborach parlamentarnych z roku 2006 i to on sprawił, że mimo pogarszającej się (od momentu rozpoczęcia przez Hamas zbrojnej eliminacji Fatahu w Strefie Gazy w roku 2007) sytuacji ekonomicznej, Palestyńczycy z Gazy nie odrzucili rządzących tam obecnie ekstremistów. Izraelska akcja militarna okazać się może więc wodą na młyn hamasowców, którzy zepchną umiarkowany Fatah do jeszcze głębszej niż obecnie defensywy. Patrząc na to w ten sposób, Płynny ołów ugruntuje jedynie w Palestyńczykach przekonanie, że z Izraelem nie powinno się rozmawiać - jak robił to Fatah, ale walczyć - tak jak Hamas

O ile spór palestyńsko-izraelski wydaje się być nierozwiązywalny z samej jego zasady, więc znaczenie jego nowego rozdziału w tej kwestii jest niewielkie, to nie można jednak nie zauważyć, że najnowsza odsłona tego konfliktu może mieć znacznie bardziej poważne konsekwencje na arenie międzynarodowej. Samozwańczym adwokatem Palestyńczyków od lat jest Iran i to on, a dokładniej jego obecny prezydent, na całym konflikcie zyskać może najwięcej. Być może to dzięki niemu, Ahmadineżadowi uda się po raz kolejny wygrać wybory prezydenckie (12 czerwca 2009 roku); udało się mu bowiem odwrócić uwagę Irańczyków od katastrofalnego stanu irańskiej gospodarki i skierować ją właśnie na izraelski atak. Ponadto, wydaje się, że wizja polityki zagranicznej urzędującego prezydenta, którą - jak wydawało się jeszcze niedawno - zaczęła odrzucać przeważająca część społeczeństwa, uznając ją jako szkodliwą dla interesów państwa, może okazać się znów atrakcyjna. Byłby to koniec marzeń o zmianie antyzachodniej polityki Teheranu w najbliższej przyszłości.

Jaśniejszym kolorem oznaczono zasięg Islamu sunnickiego, ciemniejszym - szyickiego.Co więcej, ta irańska wizja porządku na Bliskim Wschodzie jest niezwykle atrakcyjna także dla obywateli innych państw regionu: Egiptu, Arabii Saudyjskiej czy Jordanii. Kraje te milczały w sprawie konfliktu lub wręcz uznały (tak jak Egipt), że to Hamas swoimi atakami sprowokował całą operację. Ajatollah Ali Chamenei wykorzystał to milczenie i w mowie skierowanej do Arabów, wezwał tych, "którzy milczeli" do obrony interesów Palestyńczyków. O ile elity rządzące tymi państwami nie przejęły się odezwą irańskiego przywódcy, to jego słowa na pewno padły na podatny grunt. Sam atak wywołał wśród Arabów niemałe poruszenie, czego wynikiem była seria dużych demonstracji w stolicach państw arabskich. O ile część z nich – jak choćby ta w stolicy Syrii – była bez wątpienia inspirowana przez rządy, to protesty w Kairze, Aleksandrii oraz Ammanie były na pewno nie w smak władzom Egiptu i Jordanii, tym bardziej, że bardzo trafnie oddają one to, co myśli arabska ulica. A ona, dotychczas niechętna szyickiemu i niearabskiemu Iranowi, może zacząć nieco bardziej ufnie patrzeć na państwo ajatollahów. Niewykluczone, że za jakiś czas - dzięki konsekwentnej polityce Iranu w kwestii palestyńskiej - ta sama arabska, sunnicka ulica, uzna, że irańscy mułłowie bronią interesu Islamu jako całości znacznie lepiej niż rządy ich państw: Irańska niechęć do Izraela i Zachodu jest czymś, co łatwo pokonuje bariery między obu odłamami Islamu (czego przykładem jest choćby sunnicki Hamas).

Może to mieć ogromne znaczenie w przyszłości - tym, co dotychczas ograniczało wpływy Iranu na Bliskim Wschodzie byli właśnie sami Arabowie, a dokładniej ich niechęć do szyickich Persów. Iran, mimo - a może z powodu - swego niewątpliwego potencjału, którego bały się inne państwa regionu, stał zawsze nieco z boku muzułmańskiej wspólnoty. Od drugiej wojny w Iraku, państwo ajatollahów bardzo konsekwentnie buduje swoją pozycję, czemu starają się zapobiec dotychczasowi liderzy - Egipt i Arabia Saudyjska. Zdobycie zaufania sunnickich Arabów może stać się kluczem do zdobycia przez Iran przewodnictwa w świecie Islamu i zwiększenia własnych wpływów. Irańskie władze grają na dwóch poziomach: w sferze międzyrządowej, radykalizując antyzachodni i antyizraelski obóz w łonie państw arabskich (Syria, Katar), zmniejszają siłę wpływu Ligi Państw Arabskich w regionie, oraz u podstaw, a więc w ramach społeczeństw arabskich, przedstawiając własny kraj jako prawdziwego obrońcę wiary i intersów wszystkich muzułmanów.

Taka taktyka może przynieść duże zmiany geopolityczne na Bliskim Wschodzie: z jednej strony może pchnąć "umiarkowane" państwa arabskie w objęcia Iranu, ale z drugiej - może przekonać je do jeszcze większego zacieśnienia współpracy z Zachodem, w celu zrównoważenia stale rosnących wpływów szyickiego reżimu ajatollahów na Bliskim Wschodzie. Którą drogę wybiorą? Tego nie przekonamy się wcześniej, niż za kilka lat.

Artur


czwartek, 15 stycznia 2009
<<< Przeczytaj CZĘŚĆ I
Wojsko, mimo iż mające wiele cech wspólnych z pakistańskim wywiadem wojskowym, jest bez wątpienia nieco bardziej wiarygodnym kooperantem w pacyfikacji (nie da się tego inaczej nazwać) niespokojnego pogranicza. To na nim spoczywa niemal cały ciężar wykonania operacji w regionie.
 
Pakistański żołnierz (Guardian.co.uk)Pakistańskie dowództwo zdecydowało się na, barbarzyńską z naszej - europejskiej - perspektywy, taktykę burzenia każdej wioski, która wspiera Talibów i rebeliantów, oraz każdego budynku, w którym mogliby się oni ukryć. Osobiście uważam takie działanie za niepotrzebne okrucieństwo - Rosjanie stosowali dokładnie taką samą taktykę w czasie swojej inwazji na Afganistan, ale nic dzięki temu nie zyskali; obawiam się, że tak samo będzie w przypadku trwającej już od kilkunastu dni operacji Pakistanu. Nie tylko rebelianccy Pasztunowie nie ulegną, a Talibów nie uda się rozbić, ale wręcz powiększy się baza społeczna obu grup zbrojnych. Efektem tego może być wzbierająca fala zbrojnych wystąpień i opór coraz większej ilości plemion, a co za tym idzie - jeszcze większa destabilizacja Pakistanu.
 
O ile na razie najbardziej krwawe akty tego konfliktu rozgrywają się na terytorium autonomicznej prowincji FATA (Federalnie Administrowane Terytoria Plemienne), leżącej najbliżej granicy z Afganistanem, w sąsiednich dystryktach nie jest dużo lepiej. Z całej Północno-Zachodniej Prowincji Granicznej codziennie dochodzą informacje o kolejnych atakach na przedstawicieli władzy, posterunki wojskowe i policyjne, a także banki. W prowincji Swat, do niedawna uznawanej za jedno z najatrakcyjniejszych turystycznie miejsc w kraju, władza centralna co prawda nadal istnieje, ale bojąc się rebeliantów, właściwie nie działa. Z ponad 1,600 policjantów pracujących w regionie, połowa już zdezerterowała, przez co ludność tych terenów została wydana nie tylko w ręce rebeliantów, ale i zwykłych bandytów.
 
Jest to konflikt znacznie mniej widowiskowy niż walki w Strefie Gazy, a zarazem znacznie bardziej wyrównany. Pasztunowie, jak chyba nikt inny na świecie, opanowali zasady walki w konflikcie asymetrycznym: Wojciech Jagielski w swojej "Modlitwie o deszcz", opisując walczących w Afganistanie mudżahedinów (wywodzących się, co warto podkreślić, w większości z Pakistańcy wierni (Guardian.co,uk/W. Page)plemion pasztuńskich), porównywał ich - za Rosjanami - do duchów pustyni, którzy "nie wiadomo skąd i kiedy pojawiali się (...). Strzelali, rzucali granaty i rozpływali się wśród skał koloru khaki". Nie sposób wygrać konwencjonalna bronią z tak walczącym przeciwnikiem, o czym przekonali się zarówno Brytyjczycy, Rosjanie, jak i obecnie działające na terytorium Afganistanu międzynarodowe siły ISAF. Sama siła w tej walce nie wystarczy, a nawet zapewne przyniesie efekty zgoła inne od zamierzonych. Wydaje się, że tym, co mogłoby pomóc jest swoiście pojmowana dyplomacja plemienna, która w wielkim skrócie sprowadza się do zasady divide et impera. Pakistanowi, dzięki świetnemu wyczuciu spraw plemienno-klanowych i niewątpliwemu talentowi oficerów ISI, udawało się przez wiele lat tworzyć i rozbijać sojusze między afgańskimi komendantami w taki sposób, by najsilniejszy z nich zawsze stał po stronie rządu w Islamabadzie, a jednocześnie nie czuł się na tyle bezpiecznie, żeby starać się usamodzielnić.
 
Niestety, z powodów opisanych wcześniej, na magików z ISI liczyć już nie można. Bez nich źle, a nimi jeszcze gorzej - prezydent Zardari musi mieć naprawdę twardy orzech do zgryzienia, bo musi zdawać sobie sprawę z niekorzystnej sytuacji, w której się znalazł: z ogromną częścią pasztuńskich plemion nie ma sensu pertraktować, ISI, które mogłoby mu pomóc, może jednocześnie mu zaszkodzić, a dodatkowo od zamachów w Bombaju stale wzmaga się presja ze strony środowiska międzynarodowego.
 
 Zardari znajduje się już pod ścianą. Na szczęście. W odróżnieniu od Muszarrafa, który będąc w znacznie lepszej sytuacji, przez długi czas mógł mydlić oczy społeczności międzynarodowej anemiczną w jego wykonaniu "walką" z ekstremizmem, nowy prezydent nie ma wyjścia: musi podjąć wyzwanie, podnieść rzuconą mu rękawicę i faktycznie zacząć działać. Pakistan albo wyjdzie z tej opresji cało, a Zardari - wzmocniony, albo padnie. Trzeciej drogi nie ma. To gra o najwyższą stawkę.
 
Artur
Zdjęcia: Guardian.co.uk (W. Page).
 
wtorek, 13 stycznia 2009
Wojownicze plemiona pasztuńskie (www.javno.com)
Afgańsko-pakistańskie pogranicze jest jednym z najbardziej zapalnych punktów na mapie świata, jednak dotychczas nikomu nie udało się znaleźć recepty na okiełznanie panującego tam chaosu; a on zagraża nie tylko stabilności regionu, ale i bezpieczeństwu całego świata. 
 
Biorąc pod uwagę sytuację w Afganistanie, obecnie to na Pakistan spada ciężar odpowiedzialności za uporządkowanie spraw tego regionu. Przyparty do muru bombajskimi zamachami, pierwszy od lat cywilny prezydent tego kraju, Asif Ali Zardari, rozpoczął kampanię, która ma zaprowadzić porządek na tych terytoriach. Na razie sytuacja na pograniczu jest dla niego niezbyt pomyślna - od kilku dni trwają tam wzmożone walki, a dziś znów zaatakowano jeden z konwojów przewożących sprzęt dla sił ISAF walczących w Afganistanie.
 
KLIKNIJ ABY POWIĘKSZYĆ: Terytoria zamieszkane przez plemiona Pasztunów (talkingproud.us)Pogranicze to ma swoją barwną historię i wynikający z niej koloryt, którego nie sposób pominąć opisując obecną sytuację tego regionu Azji. Jego mieszkańcami są Pasztunowie, podzieleni na wiele wojownicyzch, nomadycznych plemion, posługujący się swoiście rozumianym kodeksem honorowym (Pasztunwali) i własnymi prawami, zamieszkujący tereny położone po obu stronach niespokojnej granicy. Pasztustan, jak często nazywane są te terytoria, jest miejscem, gdzie zwierzchnia władza jakiegokolwiek państwa jest równie iluzoryczna, jak dzieląca go na pół afgańsko-pakistańska granica. Wytyczona przez Brytyjczyków w roku 1893, ciągnie się ona przez ponad 2600 km wzdłuż tzw. linii Duranda, dzieląc terytoria zamieszkane przez plemiona Pasztunów między Afganistan i Pakistan. Choć o obecnym obliczu tych rejonów decydowali lata temu Brytyjczycy, warto pamiętać, że Pasztunowie nigdy nie uznali ich zwierzchności i choć częściowo znajdowali się pod ich panowaniem, nigdy nie złożyli broni, stale atakując posterunki armii królewskiej. To właśnie wojownicze plemiona pasztuńskie oraz - co nie bez znaczenia - nierzadko wręcz ekstremalne warunki geograficzne i klimatyczne zatrzymały pochód brytyjskiego imperium w drugiej połowie XIX wieku, zaś niecałe sto lat później - Sowietów; jest to fakt, który do dziś napawa mieszkańców tych ziem wielką dumą.
 
Obecnie, ta ziemia niczyja, nad którą kontroli nie sprawuje ani rząd w Islamabadzie, ani tym bardziej ten w Kabulu, jest wylęgarnią terrorystów, bezpieczną przystanią dla wszelkiej maści ekstremistów, a co za tym idzie - kluczowym miejscem decydującym o stabilności nie tylko Azji Centralnej i Południowej, ale i całego świata. Czy prezydent państwa, takiego jak Pakistan - na wpół upadłego, w wielu aspektach całkowicie dysfunkcjonalnego, nie kontrolującego własnych służb specjalnych - może myśleć o zwycięstwie nad Pasztunami, ludźmi, których nie byli w stanie nagiąć do własnej woli dwa potężne imperia?
 
Przed Zardarim i podległymi mu służbami oraz wojskiem piętrzą się problemy, których rozwiązanie nie będzie proste. W każdym innym państwie na świecie, sprawą terrorystów i rebeliantów zająć miałoby się wojsko i powiązane z nim służby specjalne; w każdym, ale nie w Pakistanie. Osławiony pakistański wywiad wojskowy ISI jest nie tylko skorumpowany, ale i na tyle mocno powiązany z pasztuńskimi plemionami i Talibami, że nie jest wiarygodnym partnerem w walce z nimi. Organizując na pograniczu afgańsko-pakistańskim, pod koniec lat 70. i w latach 80. obozy dla afgańskich (a właściwie w większości pasztuńskich) mudżahedinów oraz uchodźców z tego ogarniętego wyniszczającą wojną kraju, ISI de facto wychowało kolejne pokolenia watażków rządzących w Kabulu po wycofaniu się Armii Czerwonej. Z pakistańskim wywiadem wojskowym ściśle powiązny był Galbuddin Hekmatiar, który w planach Pakistanu miał stać się marionetkowym władcą wyniszczonego wojną z Armią Czerwoną Afganistanu, lecz który nie podołał zadaniu. Szybko został więc "wymieniony" na dowodzonych przez mułłę Omara Talibów, którzy rządzili w Afganistanie w latach 1996-2001 . Jednak nawet wywodzący się głównie z pasztuńskich plemion Talibowie nie zdołali okiełznać w pełni chaosu pogranicza. 
 
Pasztunowie (Yale.edu)Ponadto, ISI przez długi czas pomagało Abdulowi Chanowi, ojcu pakistańskiej bomby atomowej, w prowadzeniu jego "nuklearnego Wal-martu" (podejrzewa się, że to dzięki pośrednictwu ISI Chan  chciał sprzedać materiały rozczepialne Talibom), było zamieszane w niezliczoną ilość zamachów w Indiach (włącznie z tymi z Bombaju z ubiegłego roku) i w wielu innych miejscach na całym świecie, oraz od lat stale jątrzy sytuację w spornym Kaszmirze.
 
Prezydent Pakistanu, słusznie nie ufając skorumpowanym wywiadowi wojskowemu (ISI), postanowił przekwalifikować inną służbę specjalną do zadań antyterrorystycznych i antyekstremistycznych. Tą działką ma się zająć, powołany jeszcze przez  jego poprzednika - generała Perweza Muszarrafa - do wykrywania i przeciwdziałania kolejnym zamachom na jego głowę, SIG (Special Investiagation Group). Zreorganizowana przy pomocy brytyjskich służb specjalnych, wzorowana na centrum przeciwdziałania terroryzmowi w MI5, a nawet w dużej mierze współfinansowana z brytyjskich pieniędzy, nowa-stara służba ma odegrać kluczową rolę w walce w ukrywającymi się na pograniczu Talibami i popierającymi ich, zrewoltowanymi pasztuńskimi plemionami. Dysponująca nowoczesną technologią, dobrze wyposażona i wyszkolona, w wojnie z pakistańskimi Talibami ma skupić się na nowoczesnych metodach pozyskiwania informacji, m.in. poprzez analizę materiału genetycznego czy zdjęć satelitarnych.
 
Niestety, wydaje się, że SIG nie posiada tak szerokiej bazy informatorów, jak ISI, co może okazać się piętą achillesową całego projektu. Dodatkowo, można przypuszczać, że Zardari, reformując SIG, myśli bardzo perspektywicznie - zapewne ma się ono dla niego i jego ewentualnych następców podstawową służbą specjalną, przy pomocy której dzierżyć będą ster władzy w Islamabadzie. Nie wiadomo jednak, czy niejako odsunięte od operacji (choć faktycznie niechętnie współpracująca z Zardarim) służby ISI nie będą starały się potwierdzić swojej pozycji jednego z głównych - jeśli nie głównego - ośrodka decyzyjnego w kraju, choćby poprzez torpedowanie wysiłków SIG, a co za tym idzie i całej operacji przeciw Talibom. 

Przejdź do CZĘŚCI II >>>

Artur

Zdjęcia: javno.com, talkingproud.us, yale.edu.


niedziela, 11 stycznia 2009

Ostatnimi czasy nieco zaniedbałem Rzut oka..., starając się opanować i wypromować PolitykęGlobalną.pl, a przy okazji nie dać się zwariować w okresie świąteczno-przedsesyjnym ;) Mam jednak nadzieję, że artykuły kolegów po fachu w PG zrekompensowały długi czas oczekiwania na nową notkę na blogu.

W międzyczasie wiele się wydarzyło: "indyjski 11 września" (który nie był jednak wielkim zaskoczeniem dla ludzi, którzy choć troszkę znają - czy z autopsji, czy jak ja tylko "z czytania" - Indie) oraz izraelski atak na Strefę Gazy, sprawiły, że rok 2009 będzie na pewno nie mniej ciekawy - o ile można w ogóle użyć takiego określenia do opisania tych zjawisk - niż ten który 10 dni temu był sobie minął.

Tak jak i w roku poprzednim, tak i w tym będę starał się opisywać zjawiska, o których rzadko pisze się w krajowej prasie, a jeśli już - to zbywa się je krótką notką; doświadczenie jednak uczy, że takie na pozór mało istotne wydarzenia bardzo często mają znacznie większy wpływ na przyszłość, niż te z pierwszych stron gazet. Przykładem niech będą zamachy z Bombaju, które okazały się być "widowiskową" kulminacją niespokojnego roku w Indiach, podczas którego w zamachach i zamieszkach zginęło ponad 1000 osób; o tych poprzednich mało kto jednak w polskich mediach pisał, a co za tym idzie - i mało kto o nich w naszym kraju wiedział. Nauczony tym doświadczeniem, postaram się więc nie porzucić tej tematyki, zostawiając dywagacje na tematy powszechnie znane i "na czasie" innym.

Dlatego też najnowszy wpis nie będzie o temacie - zdawałoby się - numer jeden w sferze bezpieczeństwa, a więc konflikcie w Strefie Gazy, bo o nim powiedziano i napisano już chyba wszystko, a jego wpływ na politykę bliskowschodnią warto będzie ocenić dopiero, gdy będzie się on zbliżał do jakiegoś rozwiązania - ale o czymś równie ważnym. O czym? Przekonacie się - taką mam przynajmniej nadzieję - jutro.

Jeszcze jedna sprawa na koniec, tym razem z gatunku tych administracyjnych: bardzo przepraszam za reklamę emitowaną na blogu (sam strasznie nie lubię tej typowo polskiej, internetowej dziczy reklamowej), niestety nie mam na nią wielkiego wpływu, ponieważ jest związana z systemem Stat24, którego na razie nie chciałbym się pozbywać. Posiadaczom Firefoksa polecam wtyczkę AdBlock, dzięki której rzeczona reklama jest blokowana i obiecuję, że jeśli reklamy okażą się uciążliwe, oczywiście zrezygnuję ze statystyk prowadzonych przez Stat24. 

Artur 


Zakładki:
Blogi o światowej polityce (PL)
Instytuty, think-tanki i inne
Blogi o światowej polityce (inne języki)
Inne ciekawe blogi
Media
Blox.pl
Przedruki
Zasubskrybuj blog




Polityka, gospodarka i bezpieczeństwo w ujęciu globalnym



Nakarm glodne dziecko - wejdz na strone www.Pajacyk.pl Help end world hunger

Blogi Polityczne