wtorek, 01 grudnia 2009

Czasu na pisanie mam ostatnio strasznie mało (co przekłada się na aktywność blogu), więc dziś coś z innej beczki - co w wolnej chwili warto przeczytać. Oczywiście, nadal poruszamy się tematyce spraw międzynarodowych.

 

"Następne sto lat" George'a Friedmana. O tej książce napisano już w Polsce wiele - głównie dlatego, że jej autor wysuwa bardzo kontrowersyjne wnioski dotyczące roli naszego kraju w polityce światowej XXI wieku. Zdaniem szefa Stratforu, Polska w warunkach geostrategicznych, jakie czekają nas w przyszłych dekadach może z pionka stać się rozgrywającym w polityce międzynarodowej.

Zaryzykowałbym jednak tezę, że ten odbiór książki w Polsce ukazuje jak bardzo nieprawdopodobna jest wizja Polski przedstawiona przez Friedmana - Polska bardziej poszukuje uznania i pochlebstw, niż realnego wpływu na politykę międzynarodową. Polskie media - szukając sensacji - dosyć obszernie, choć mało krytycznie, opisywały tezy w niej zawarte, słusznie uznając, że hasło "Polska mocarstwem" przyciągnie czytelników. I zapewne tak się stało. Jedynym pozytywem całej sytuacji jest to, że po raz pierwszy od dłuższego czasu krajowe media zainteresowały się książką o polityce międzynarodowej, a sama książka bardzo szybko doczekała się polskiego wydania.

Na Zachodzie książka wywoływała jednak inne kontrowersje. Wpisując się doskonale w dyskurs o stanie amerykańskiej potęgi, Friedman neguje niezwykle popularne obecnie tezy m.in. Fareeda Zakarii o upadku potęgi USA. Dla mnie najciekawsza jest jednak koncepcja Amerykanów, jako narodu barbarzyńskiego i zalatujące Spencerem określenie Ameryki, jako państwa w wieku młodzieńczym - choć nie jestem fanem organicyzmu w naukach społecznych, muszę powiedzieć, że Friedman na ich podstawie bardzo trafnie opisuje stan amerykańskiej polityki.

Naukowych purystów muszę jednak ostrzec, bo jeśli "Następne 100 lat" potraktują jak książkę z ambicjami naukowymi, zapewne mocno się na niej zawiodą.

 

"Manifest realistyczny" Jana Barańczaka i Piotra Wołejki. W odróżnieniu od książki Friedmana, o "Manifeście..." napisano w Polsce na pewno za mało, bo tyle co nic. A szkoda! - bo to zapewne pierwsza w naszym kraju próba oddolnego stworzenia strategii zagranicznej dla Polski. Czy udana? Moim zdaniem tak - a jeśli chcecie sami sprawdzić, to "Manifest..." możecie pobrać lub przeczytać w wersji PDF-online w tym miejscu »».

Punktem wyjścia dla autorów było stwierdzenie, że polska polityka zagraniczna straciła jakiś czas temu swoje cele. Nietrudno się z tą tezą zgodzić: w ciagu niespełna 20 lat od przełomu 1989 r., polska dyplomacja zrealizowała wszystkie podstawowe zadania, przed jakimi została postawiona. Od 10 lat jesteśmy członkiem NATO, najpotężniejszego sojuszu militarnego na Ziemi, a od 5 - Unii Europejskiej, największego obszaru gospodarczego świata. Pragmatyzm okresu transformacji, po roku 2004 zastąpiła jednak polityka napuszenia, zamknięcia i nieufności wobec jednych państw (kraje Europy Środkowo-Wschodniej, Rosja, czasem - reszta UE) oraz przedziwna mieszanka uległości i przekonania o własnej wyjątkowości wobec innych (USA).

Podstawowym problemem Polski - zdaniem autorów - jest zatem brak realistycznej oceny interesów narodowych i naszego potencjału; dopiero na tym fundamencie można zbudować politykę zagraniczną w świecie, który ciągle się zmienia. Może kubeł zimnej wody, który powolutku wylewa na polskich decydentów Obama, wyzwoli w polskich planistach chęć rekalkulacji naszych interesów i potencjału, a co za tym idzie - dostosowanie polityki do realiów. Do tego czasu macie "Manifest...".

Tak naprawdę, trudno obiektywnie oceniać mi coś, do czego sam dołożyłem - niewielką - cegiełkę: współtworzyłem oprawę graficzną "Manifestu...". Tym bardziej jednak trudno mi tej publikacji nie polecić :)


"Under a mushroom cloud" E. Ottolenghi oraz "Iran's long reach" S. Maloney. Dwie książki - ta sama tematyka, ale jakże inne podejście. Książka Ottolenghi to czysta publicystyka, do tego w niezbyt udanym wydaniu; publikacja Maloney to za to świetna analiza sytuacji międzynarodowej i wewnętrznej Iranu i wpływu tego państwa na najbliższe środowisko międzynarodowe. Dlaczego piszę o obu? Moim zdaniem na rynku brakuje książki o Iranie, która łączyłaby oba podejścia: wychodząc z drobiazgowej analizy polityki wewnętrznej i zewnętrznej Iranu, miałaby także publicystyczne zacięcie i starała się odpowiedzieć, jak Europa i USA powinny działać wobec Iranu.

Niejako przez kontrapunkt dla powyższych dwóch książek, polecić mogę książki Ray'a Takeyha, którego "Guardians of the revolution" i "Hidden Iran: Paradox and Power in the Islamic Republic" to już właściwie klasyka literatury poświęconej współczesnej polityce irańskiej. Wielka szkoda, że jego książki nie są dostępne w Polsce... Ale rozumiem - rynek - nawet publikcacji naukowych (a może one przede wszystkim?) - rządzi się nieubłaganymi prawami zysku wydawnictwa, nie dziwne więc, że w Polsce wychodzi tak mało dobrych książek o polityce międzynarodowej. Nie ma "mocarstwowej Polski" - nie ma zysku, nie ma zysku - nie ma książki...

 

"Źródła nienawiści. Konflikty etniczne w krajach postkomunistycznych". Przyznam się szczerze, że jeszcze jej nie czytałem, ale być może ktoś z Was wkrótce ją otrzyma i przeczyta. To właśnie ten "tytułowy" konkurs: możecie ją wygrać na portalu PolitykaGlobalna.pl do którego serdecznie zapraszam! Wejdź na stronę konkursu »»

Artur


KLIKNIJ!

czwartek, 22 października 2009

„Iran – nawet posiadając broń atomową – nie jest zagrożeniem dla światowego, ani regionalnego pokoju” – to bodajże najpopularniejsza ostatnio myśl w dyskusji o współczesnych stosunkach międzynarodowych. Czy jej zwolennicy mają rację?

I tak, i nie. Wiem, że wymijająca odpowiedź nie jest tym, co – drogi Czytelniku – oczekiwałbyś od tekstu publicystycznego, ale jednoznaczna odpowiedź na tak postawione pytanie pozostaje dla mnie (i nie tylko dla mnie!) zagadką. Mogę jednak z całą odpowiedzialnością przytoczyć przynajmniej kilka przeciwnych tej tezie argumentów, o których zapominają m.in. Piotr Wołejko (“Iran: czekając na zdrowy rozsądek”) i Patryk Gorgol (“Izrael vs. Iran – kto kogo zaatakuje”) pisząc na temat konsekwencji wejścia Iranu w posiadanie broni atomowej.

Owszem, Iran nie zaatakuje żadnego ze swoich sąsiadów. Nie zaatakuje też Europy, ani tym bardziej USA. Rację mają Piotr i Patryk, pisząc, że państwo ajatollahów nie ma żadnego interesu w wymazywaniu jakiekolwiek państwa z mapy świata. Ale sprowadzanie problemu tylko do bezpośredniego ataku bronią atomową wydaje mi się lekką – a do tego niebezpieczną – naiwnością, nie biorącą pod uwagę szeregu niezwykle ważnych czynników.

Głównym argumentem w tej dyskusji jest kwestia racjonalizmu i pragmatyzmu władz irańskich odnośnie kształtowania i realizowania własnej polityki zagranicznej. Zwolennicy tezy „pokojowego, atomowego Iranu” podkreślają, że Iran od lat działa zgodnie ze swoim interesem narodowym, postępując przy tym zdroworozsądkowo i odpowiedzialnie. Oczywiście trudno podważyć fakty – Iran prowadzi pragmatyczną politykę międzynarodową, nastawioną do tego na dalekosiężne, a nie doraźne, cele. Nie oznacza to jednak, że jest to polityka odpowiedzialna; co więcej, jej wielotorowość – a więc jej realizacja za pomocą wielu różnych narzędzi: od oficjalnych stosunków z innymi państwami, poprzez wspierania organizacji takich jak Hezbollah, aż po terroryzm państwowy (np. atak na Centrum Kultury Żydowskiej w Buenos Aires w 1994 roku czy zabójstwa irańskich dysydentów w Europie) – niezwykle utrudnia prawidłowe odczytanie doktryny, która stoi za tymi działaniami. Jest to jedna z najbardziej charakterystycznych cech polityki prowadzonej przez Teheran – niejednoznaczność i swoista polifonia; wsłuchując się tylko w głos ministra spraw zagranicznych czy nawet Najwyższego Przywódcy, zatracamy pełen obraz poczynań państwa irańskiego na arenie międzynarodowej. To właśnie ten wielogłos jest głównym atutem Iranu w stosunkach międzynarodowych; pozwala bowiem oficjalnym władzom na zachowanie czystych rąk, podczas gdy rolę chłopców od brudnej roboty odgrywa, pozornie tak słabo kontrolowany przez rząd, że aż tworzący wręcz państwo w państwie, szeroko pojęty aparat bezpieczeństwa z Gwardią Rewolucyjną na czele.

Warto zapytać zatem: dlaczego tak wielu ludzi – nie tylko w Izraelu – boi się Iranu? Przecież patrząc na to zagadnienie z pozycji paradygmatu realistycznego (który, jak się zdaje, bliski jest Piotrowi), nuklearny Iran nie stanowi dla nikogo bezpośredniego zagrożenia, bo nie przeprowadzi atomowego uderzenia na żadne z państw w regionie. To jednak bardzo powierzchowny wniosek. Zakładając (za realistami i neorealistami), że państwa dążą do umocnienia własnej pozycji na arenie międzynarodowej, a głównym punktem odniesienia dla ich działań jest właśnie choćby względna przewaga nad innymi graczami stosunków międzynarodowych, musimy skonstatować, że pozostałe kraje regionu zrobią wszystko by zniwelować strategiczną przewagę Iranu. W najlepszym przypadku czeka nas zatem kaskada zbrojeń atomowych wśród państw bliskowschodnich, w najgorszym – wojna; ten pierwszy scenariusz – jak na razie bardziej prawdopodobny – może stać się źródłem kolejnych problemów. Choć często zakłada się, że równowaga strachu między mocarstwami atomowymi jest elementem stabilizującym układ stosunków międzynarodowych (tak było w czasach Zimnej Wojny), trudno przewidzieć czy i w tym przypadku tak będzie.

Dołączenie do klubu państw atomowych Iranu, Arabii Saudyjskiej, Egiptu czy innych państw Bliskiego Wschodu nie tylko kompletnie załamałoby reżim Układu o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej (NPT), ale mogłoby mieć również skutki znacznie poważniejsze. Tak jak w przypadku Indii i Pakistanu, tak i posiadanie przez te państwa arsenału nuklearnego budzi obawy co do sprawności systemów weryfikacji zagrożenia, a co za tym idzie – procesów decydowania o ewentualnym użyciu broni atomowej w prawdziwym lub urojonym konflikcie.

W tym miejscu dochodzimy do sedna sprawy i odpowiedzi na postawione powyżej pytanie: „dlaczego bać się Iranu?”. Otóż realiści bardzo łatwo zapominają o czymś niezwykle ważnym: nierzadko bardzo zawodnym czynniku ludzkim. Bezpieczeństwo jest bowiem stanem ducha, a nie umysłu; stanu bezpieczeństwa/zagrożenia nie da się zobiektywizować i zanalizować – jest bowiem czysto ludzkim, a do tego w pełni zindywidualizowanym konstruktem, niemierzalnym i nieweryfikowalnym z zewnątrz. Nie jesteśmy w stanie przewidzieć, kiedy i z jakiego powodu ktoś (w domyśle – rządzący państwem) poczuje się zagrożony. To co dla jednych będzie śmiertelnym zagrożeniem, inni mogą postrzegać jako błahostkę (i na odwrót), dlatego też należy minimalizować ryzyko wystąpienia sytuacji kryzysowych, a więc takich, w których jakieś państwo mogłoby uznać się zagrożone. Nie bez przyczyny społeczność międzynarodowa od dziesięcioleci stara się stworzyć efektywny system minimalizujący to ryzyko, a efektem tych prac są m.in. środki budowy zaufania i bezpieczeństwa z powodzeniem stosowane między członkami OBWE.

Opisana powyżej zasada szczególnie ważna jest w przypadku państw atomowych: one nie mogą sobie pozwolić na mispercepcję zagrożeń, ponieważ cena za pomyłkę w sytuacji konfliktowej może być (choć nie musi) zbyt wysoka. Podstawą bezpieczeństwa w tym przypadku musi być zatem efektywny system ostrzegania przed ewentualną napaścią, a także odpowiedni proces decyzyjny, który sprawi, że broń zostanie użyta tylko w ostateczności. Wbrew pozorom nie jest to jednak proste: taki system musi być z jednej strony niezawodny i podlegać skutecznej kontroli władz cywilnych, lecz jednocześnie na tyle elastyczny i niezależny, by zachować jego skuteczność w sytuacji np. braku łączności z decydentami. Jeśli Iran oraz państwa arabskie, które mogą chcieć wejść w posiadanie broni atomowej by przeciwdziałać rosnącej potędze perskiej na Bliskim Wschodzie, są w stanie wprowadzić efektywne procedury decyzyjne oraz zainstalować niezawodny system ostrzegawczy, to zapewne cały problem irańskiego programu atomowego byłby co najmniej wydumany. Niestety, nie mamy najmniejszej gwarancji na to, że tak się stanie. Musimy wierzyć, na szczęście na razie tylko ajatollahom, na słowo honoru. Nam, Europejczykom, to wystarczy – ale czy zadowoli ich bezpośrednich sąsiadów? W to śmiem wątpić.

Co zatem zrobić z tym Iranem? Bez dwóch zdań jest to jeden z najpoważniejszych, a już na pewno najbardziej niewygodnych problemów współczesnego świata. Na pewno nie trzeba się jednak Iranu bać. Nie można go jednak też lekceważyć. Ewentualny atak byłby świadectwem nie tylko naszego strachu, ale i lekceważenia perskiej potęgi – a na tym punkcie Persowie są bardzo drażliwi. Iran trzeba zatem oswoić – pytanie tylko: jak?

Artur

Zdjęcie: Morteza Nikoubazl/Reuters


PolitykaGlobalna.pl - kliknij żeby przeczytać więcej ciekawych artykułów!

PS> Mam nadzieję, że mimo długiej przerwy w aktywności blogu znajdą się jeszcze jacyś czytelnicy. Tym, którzy czytali niegdyś "Rzut oka..." i im się podobał, należą się przeprosiny. Nie mam wiele na swoje usprawiedliwienie: przez cały ten czas przygotowywałem się do pisania pracy magisterskiej (niedkończona na razie), robiłem strony internetowe (m.in. nową PolitykęGlobalną.pl), choć głównie obijałem się... Nie mogę zagwarantować, że do końca roku będę bardziej aktywnie zajmował się blogiem, ale mam nadzieję, że prawdziwych pasjonatów polityki międzynarodowej to nie odstarszy :)

Pozdrawiam - Artur!

czwartek, 18 czerwca 2009

Ajatollah Ali Chamenei prowadzi piątkowe modły na Uniwersytecie w Teheranie (Daylife.com)

Ajatollah Ali Chamenei okazuje się być znacznie bardziej wytrawnym politykiem, niż jeszcze niedawno można było przypuszczać. Mimo to, być może popełnił błędy za które może słono zapłacić.

Chamenei, jako Najwyższy Przywódca, ma na swoim podorędziu bogaty zestaw instrumentów, którymi może spacyfikować rewolucyjne nastroje w Teheranie i w innych irańskich miastach. Teoretycznie, mógłby nawet wyprowadzić na ulice czołgi i krwawo stłumić protesty, lecz dotychczas tego nie zrobił. Wydaje się, że nadal wierzy, iż wszystko rozejdzie się po kościach: za kilka dni - w obliczu powszechnych (choć, prawdę mówiąc, jeszcze niezbyt poważnych) represji - ujdzie z demonstrantów dalsza chęć walki, za kilka tygodni wygasną ostatnie ogniska buntu, a za pół roku nikt nie będzie pamiętał o tym, co działo się w czerwcu. Choć osobiście nie wierzę, aby się to tak zakończyło, trzeba przyznać, że taktyka polegająca na wyciszaniu konfliktu poprzez - zapewne niezbyt szczere - gesty pojednawcze wobec opozycji musi sprawiać nie lada problemy Musawiemu, Chatamiemu, Karrubiemu, Rafsandżaniemu i ich doradcom.

Gra o najwyższą stawkę

Ajatollah Ali Chamenei, następca Chomeiniego, podczas przemowy (Daylife.com)Przywódca zdecydował się zagrać va banque i postawił na szali cały swój autorytet. Stosunkowo szybko po wyborach zatwierdził ich wyniki, czyli de facto usankcjonował je całą powagą własnego urzędu. Wbrew pozorom nie był to pusty gest - w odróżnieniu od zachodnich demokracji, w irańskiej demo-hierokracji władza rahbara (Przywódcy) ma boską legitymację: jest on osobą, która jak nikt inny w świecie szyickiego islamu rozumie wolę Allaha, a jego obowiązkiem jest dopilnować, aby została ona wprowadzone w życie. Podważając jego decyzję,  podważa się jego boski autorytet - a to już jest niebezpieczny precedens. Mimo to, gdy Musawi zdecydował się złożyć oficjalny protest, Chamenei przyjął bardzo elastyczną postawę, jakby na złość tym, którzy widzieli w nim tylko bezkompromisowego konserwatystę i zgodził się na ponowne liczenie głosów - lecz tylko w części obwodów.

Z oczywistych względów, taka propozycja nie mogła odpowiadać reformistom, którzy domagają się anulowania wyników i rozpisania nowych wyborów. Musiało to skłonić Chameneiego do opuszczenia zajmowanej dotychczas bezpiecznej pozycji mediatora i bezpośredniego zaangażowania się w sprawę powyborczego konfliktu. Przywódca ogłosił, że poprowadzi piątkowe modły w Teheranie, stawiając tym samym zwolenników Musawiego w bardzo niezręcznej sytuacji. Z wielu powodów było to bardzo sprytne zagranie. Przede wszystkim, ewentualna niesubordynacja reformistów może dać Chameneiemu powód do uznania ich za osoby zagrażające religijnym fundamentom ustrojowym współczesnego Iranu, a to oznaczałoby tylko intensyfikację przemocy wobec opozycjonistów. Oczywiście, modły mają mieć również wymiar propagandowy - pokażą Chameneiego jako prawdziwego przywódcę narodu, jednoczącego zwaśnione strony w otoczeniu tysięcy wiernych.

Pyrrusowe zwycięstwo

Wydaje się zatem, że dzięki temu posunięciu Chamenei nie tylko potwierdzi swoje zwierzchnictwo nad Iranem i jego mieszkańcami, ale pokaże także, że całe powyborcze zamieszanie jest nic nie warte w obliczu jego autorytetu, a tym samym - przypomni Irańczykom i światu, że to rahbar, a nie prezydent dzierży ster władzy w kraju. Trzeba jednak mieć na uwadze, że każde takie zagranie jest obarczone pewną dozą ryzyka, i to nie tylko dlatego, że jakiekolwiek spięcia podczas tej uroczystości naprawdę mogą podważać autorytet Przywódcy. Przede wszystkim, Chamenei liczy na to, że piątkowe modły - niczym deus ex machina - rozwiążą powyborczy konflikt i każda kolejna demonstracja będzie coraz słabsza. Taki scenariusz rozwoju jest jednak raczej niemożliwy, bowiem opiera się na założeniu, że cały ferment związany jest tylko z domniemanym oszustwem wyborczym, a nie ze strukturalnymi problemami, które dotykają Iran i jego mieszkańców. Śmiem twierdzić, że jest to bardzo złudne myślenie.

Glosy protestu zatem szybko nie umilkną, a Chamenei w końcu będzie musiał zacząć działać bardziej stanowczo. Problem w tym, że - mimo ogromnego znaczenia sprawowanego przezeń urzędu - Najwyższemu Przywódcy kończą się pokojowe środki nacisku na opozycję. Można co prawda przypuszczać, że dobrze wie, iż dalsza eskalacja przemocy do niczego go nie doprowadzi, a jedynie podkopie jego - nadal przecież silny - autorytet, lecz nie oznacza to, że Chamenei nie zdecyduje się na rozwiązanie siłowe. Utrzymałoby ono konserwatystów przy władzy, ale jego cena byłaby  bardzo wysoka: krwawa pacyfikacja opozycji przez długi jeszcze czas kładłoby się cieniem na rządach Ahmadineżada i władzy Chameneiego, a w rezultacie mogłoby doprowadzić do prawdziwej rewolucji, takiej jak przed trzydziestu laty. Najwyższy Przywódca stoi więc przed ciężkim dylematem i cokolwiek nie zrobi, może się to obrócić przeciw niemu.

Kliknij - przeczytaj więcej ciekawych artykułów!Artur

Zdjęcia: Daylife.com, GhalamNews.ir.


AKTUALIZACJA: Hosejn Musawi i Mehdi Karrubi wzywają ponoć do nieuczestnictwa w jutrzejszych modłach - takiej treści oświadczenie pojawiło się jakiś czas temu na Facebooku Musawiego (choć po godzinie zostało usunięte). Wiele osób podejrzewa (ja też zresztą), że jednemu z prorządowych hackerów udało się włamać na konto kandydata reformistów i zamieścić tam ten dezinformujący - i bardzo niebezpieczny - komunikat; jeśli jednak prawdą jest, że sam Musawi zdecydował się na podjęcie tak drastycznego kroku, to byłby to początek prawdziwej rewolucji.

środa, 17 czerwca 2009

Sytuacja w Iranie rozwija się w takim tempie, że trudno zebrać myśli. Setki tysięcy - jeśli nie miliony - ludzi protestują przeciw wynikom wyborów. W tym samym czasie, duchowni szyiccy toczą własną rozgrywkę o władzę.

Tak jak można było przewidzieć, zamieszki na ulicach to tylko część z tego co dzieje się w irańskiej polityce w ostatnich kilku dniach. Bardzo ważna część - bo polało się już niemało krwi: w Teheranie, Szirazie, Isfahanie, Tebrizie, Raszcie, Awazie i Meszhedzie. Warto jednak pamiętać o tym, że równie ważne jest to co dzieje się niejako na uboczu tych wszystkich wydarzeń - a więc w obrębie szeroko pojętej irańskiej elity politycznej, a szczególnie duchowieństwa. Tutaj liczy się jedno miasto: święty Kom - duchowa stolica Iranu i jedno z najważniejszych, obok Karbali i Nadżafu, miast szyizmu. To stamtąd nadeszła wiadomość o niezwykle ważnym geście ajatollaha Montazeriego, który we wczorajszym liście poparł demonstrantów; to trzeci po Rafsandżanim (ale on od początku popiera Musawiego) i Saneim przedstawiciel najwyższych warstw irańskiego duchowieństwa. Co ważne, zarówno Sanei, jak i Montazeri, posiadając tytuł mardża-e taklid (literalnie: "godny naśladowania"), należą do absolutnie najważniejszych duchownych współczesnego szyizmu, niemal równych autorytetem Chameneiemu. Wydaje się, że to kolejny przykład - opisywanej przezez mnie wcześniej - walki pokoleń wewnątrz struktur władz Iranu, w której tzw. "generacja 1979" (dzisiejsi reformiści) staje naprzeciw młodym wilkom pokolenia Ahmadineżada. Jak widać, z każdym dniem konflikt przybiera na sile i dziś naprawdę nie wiadomo, jak się skończy.

Niestety media koncentrują się tylko na tym, co dzieje się w stolicy. Z jednej strony słusznie, bo jest ona nie tylko scenerią niesamowitych wydarzeń, ale i miejscem, gdzie mogą zapaść najważniejsze decyzje; z drugiej strony - ta koncentracja na Teheranie daje niepełny obraz rzeczywistości. Pewnym usprawiedliwieniem niech będzie to, że niezwykle trudno dotrzeć do jakichkolwiek informacji o tym co dzieje się w innych miastach. A dzieje się sporo ciekawego. Aby nie być gołosłownym, zamieszczam zdjęcia z Isfahanu - wieloletniej stolicy safawidzkiej Persji, trzeciego co do wielkości miasta Iranu; pochodzą z Twittera.

Powyżej zaś znajdziecie zrobioną przeze mnie mapę z zaznaczonymi miejscami prostestów, walk ze służbami bezpieczeństwa oraz domniemanych ofiar (na podstawie wiadomości z mediów i Twittera) - powiększenie dostępne jest po kliknięciu.

Zdjęcia przedstawiają isfahański Plac Nagsze-i Dżahan, jedno z najbardziej znanych miejsc w Iranie


Artur


WIĘCEJ ARTYKUŁÓW!

poniedziałek, 15 czerwca 2009

Ajatollah Chamenei, potwierdzając wyniki wyborcze przypieczętował reelekcję Mahmuda Ahmadineżada na prezydenta republiki.

Tuż po wyborach Ali Chamenei (Najwyższy Przywódca Iranu) nie odniósł się do podawanych przez Ministerstwo Spraw Wewnętrznych wyników wyborów prezydenckich, ale pochwalił Irańczyków za to, że tak tłumnie stawili się przy urnach wyborczych. Gdy atmosfera w Teheranie i kilku innych większych miastach zaczęła gęstnieć, Przywódca zdecydował się pogratulować nowemu-staremu prezydentowi reelekcji oraz zaapelował do irańskiej ulicy o spokój, rozwagę i akceptację wyniku wyborczego konserwatysty. Zwolennicy Hosejna Musawiego nie posłuchali, czego wynikiem były trwające przez cały weekend zamieszki w największych miastach Iranu.

Ponowne wybory są niemożliwe

Ali Chamenei widząc, że jego nawoływania nie spotykają się z pozytywnym odzewem ze strony zwolenników Musawiego, zdecydował się na dwa kroki, które mają przywrócić porządek w Iranie. Przede wszystkim, do regularnych jednostek policji rozganiających protesty, szybko dołączono - w większości nieumundurowanych - członków milicji Basidż. Najprawdopodobniej to właśnie basidżowcy odpowiedzialni są za najbardziej brutalne ataki na opozycję, łącznie ze zdemolowaniem  - w nocy z niedzieli na poniedziałek - jednego z teherańskich akademików. Wykorzystanie sił Basidż oznacza, że władze w Teheranie przestały patrzeć na demonstracje zwolenników Musawiego jak na nic nie znaczące protesty o niewielkiej sile oddziaływania, które mogły kwalifikować się jako "wybryki natury chuligańskiej" (mniej więcej takich słów użył Mahmud Ahmadineżad w rozmowie z dziennikarką CNN, porównując wybory do meczu, a wybuchłe po nich protesty - do pomeczowych zamieszek); dostrzeżono i doceniono zatem polityczne tło tych zamieszek.

Ta zmiana percepcji wymusiła na Chameneim podjęcie drugiego - wbrew pozorom znacznie poważniejszego - kroku: oficjalnego zatwierdzenia wyniku wyborów. Wraz z tym oświadczeniem, legalna droga rewizji wyników została dla Musawiego de facto zamknięta. Jego odwołanie do Rady Strażników staje się w tym momencie krokiem czysto formalnym, bowiem ta nie zdecydowałaby się sprzeciwić woli Najwyższego Przywódcy, którego władza pochodzi przecież od Allaha i jest właściwie niepodważalna. Jest to tym bardziej nieprawdopodobne, że Rada Strażników zdominowana jest przez duchownych o bardzo konserwatywnych poglądach, a na jej czele stoi - od lat popierający Ahmadineżada - ajatollah Dżanati.

Czy miały miejsce oszustwa wyborcze?

Choć zapewne nigdy nie będziemy mieć pewności, czy wybory zostały zmanipulowane w tak dużym stopniu, jak twierdzą zwolennicy Musawiego, istnieje kilka przesłanek, które mogą potwierdzać ich tezy. Przede wszystkim, irański system oddawania i liczenia głosów nie zapewnia niestety odpowiedniej kontroli nad przebiegiem głosowania: głosuje się na akt urodzenia, a nie dowód, nie istnieje coś takiego jak rejestr wyborców, członkowie Basidż piszą za analfabetów (20% społeczeństwa) nazwisko kandydata na karcie wyborczej, a system weryfikacji głosów w MSW nie daje gwarancji przejrzystości.

O tym, że wyniki nie odzwierciedlają prawdziwych nastrojów społeczeństwa świadczyć ma kilka poszlak. Przede wszystkim, zdaniem reformistów mało wiarygodne jest to, że Musawi przegrać miał we wszystkich dużych miastach, w tym i najbardziej postępowym Tebrizie, gdzie rozpoczęła się irańska rewolucja konstytucyjna w 1906 roku i w którym w latach 70. miały miejsce wielkie wystąpienia przeciw władzy szacha. Ponadto, reformistów dziwi nadzwyczajna efektywność liczenia głosów - twierdzą, że niezwykle ciężko jest podliczyć 2 miliony kart wyborczych w ciągu zaledwie godziny, a właśnie z taką prędkością liczono je w nocy z piątku na sobotę. Tak jak przed 12 laty, gdy wybrano prezydentem Chatamiego, za Musawim miała przemawiać także olbrzymia frekwencja wyborcza. Reformiści uważają, że właściwie niemożliwe jest to, by w tak krótkim czasie "wyparowało" kilkanaście milionów wyborców, którzy dali reelekcję Chatamiemu w roku 2001 - a warto dodać, że zdobył on wtedy 78% głosów. Nawet biorąc pod uwagę swoistą labilność ideową wyborców nie tylko w Iranie, ale i na całym świecie, argument ten nie jest bezpodstawny. Mimo to, ten i wszystkie pozostałe zarzuty reformistów pozostają niepotwierdzone i zapewne takimi już zostaną. 

Zielona rewolucja? Raczej nic z tego...

Bezkrwawej rewolucji zatem nie będzie, a Hosejn Musawi nie ma najmniejszych szans na to, by pokojowo doprowadzić do unieważnienia wyników piątkowych wyborów. Na razie tylko delikatnie podważa autorytet Chameneiego, lecz ten - wiedząc, że w porównaniu ze swoim wybitnym poprzednikiem, Chomeinimi, wypada co najmniej blado - jest ponoć bardzo wyczulony na punkcie legitymacji własnej władzy. Były kandydat reformistów musi więc czuć, że wchodzi na niepewny grunt. Jeśli chce dalej walczyć, musi odwołać się do bardziej radykalnej części swoich zwolenników, a to równie dobrze mogłoby być początkiem jego klęski jako polityka kreującego się na osobę umiarkowaną i racjonalną. Już teraz policja stara się zdyskredytować protestujących, nierzadko dewastując "w ich imieniu" samochody czy sklepy.

Podejrzewam, że Musawi dobrze wie, że dopóki po stronie władz stoją siły bezpieczeństwa, a za prezydentem-konserwatystą duża część społeczeństwa, w Iranie nie ma szans na żadną systemową zmianę. Pokojowa zielona rewolucja nie dojdzie do skutku - albo w ciągu kilku dni zostanie uciszona, albo przybierze na sile na tyle, by stać się niemal wojną domową; w niej jednak reformiści nie mają szans. Musawi - będąc pragmatykiem - dobrze wie o tym, ale chyba na razie daje się ponieść sytuacji.

Artur

Zdjęcia: Musawi1388, Agencja REUTERS/Jumana El Heloueh.


Wejdź na stronę z większą ilością artykułów!

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 14
Zakładki:
Blogi o światowej polityce (PL)
Instytuty, think-tanki i inne
Blogi o światowej polityce (inne języki)
Inne ciekawe blogi
Media
Blox.pl
Przedruki
Zasubskrybuj blog






Nakarm glodne dziecko - wejdz na strone www.Pajacyk.pl Help end world hunger


Profesjonalne statystyki odwiedzin
Blogi Polityczne