piątek, 10 lutego 2012

Polityka Mahmuda Ahmadineżada znajduje coraz mniej zrozumienia nie tylko w świecie zachodnim, ale również w Iranie.

Dwa dni temu madżles zadecydował, że Ahmadineżad zostanie pierwszym prezydentem Islamskiej Republiki zmuszonym stawić się przed obliczem parlamentarzystów by publicznie odpowiedzieć na ich pytania i wątpliwości. Zgłoszono 10 zapytań, w większości dotyczących aktualnej sytuacji ekonomicznej kraju (głównie kwestii redukcji bezrobocia, stopy inflacji i racjonalizacji wydatków publicznych), lecz nie pominięto również związanych z polityką zagraniczną i wewnętrzną. Prezydent powinien odpowiedzieć na nie w ciągu 30 dni podczas otwartego posiedzenia madżlesu.

Choć to pierwszy raz w historii, gdy irański parlament zdecydował się wezwać w ten sposób prezydenta, zawiodą się jednak ci, którzy liczą na jakiś przełom w spetryfikowanym systemie politycznym Iranu. Jest to zaledwie kolejny akt walki o władzę między odmiennymi frakcjami w łonie konserwatywnych elit politycznych, nie mający nic wspólnego z realną funkcją kontroli parlamentu nad poczynaniami rządu.

Impeachment Ahmadineżada? Niekoniecznie

Jako że wnioskodawcom nie udało się zebrać większości koniecznej do zgłoszenia interpelacji, musieli zadowolić się jedynie procedurą zapytania parlamentarnego, która nie przewiduje możliwości konstruktywnej debaty nad udzielonymi odpowiedziami, ani tym bardziej zgłoszenia wotum nieufności dla prezydenta. Ba!, nie wiadomo nawet czy po wystąpieniu Ahmadineżada jakakolwiek dyskusja w ogóle zostanie przeprowadzona!

Fakt, że prezydent nie zostanie odwołany z urzędu nie oznacza jednak, że może czuć się bezpiecznie. Wydaje się, że sprawa ma na celu przede wszystkim podważenie jego autorytetu i przypisanie mu niepowodzeń, za które de facto odpowiedzialny jest cały establishment. Co więcej, oskarżenie o promowanie własnego powinowatego oraz o bezpodstawne (a być może i niezgodne z prawem) faworyzowanie Teheranu w kwestii specjalnych wydatków  z budżetu państwa, mogą zdecydowanie zmienić sposób, w jaki Irańczycy postrzegają prezydenta. Jego główną siłą na arenie politycznej była bowiem niezależność (fakt, pozorna), nieprzekupność i nieuwikłanie w układy polityczno-biznesowe. Pozbawiony cech, które pozwoliły mu wygrać dwukrotnie wybory, Ahmadineżad wkrótce przestałby być liczącym się graczem na irańskiej scenie politycznej, dokładnie tak jak stało się z jego poprzednikiem, Mohammedem Chatamim.

Irańska wojna na górze

Co zatem stoi za tą farsą? Przede wszystkim, jest to kolejny epizod starcia między ajatollahem Chameneim, Najwyższym Przywódcą Iranu, a słabnącym od pewnego czasu obozem prezydenckim. Choć wielu twierdzi, że konflikt między dwiema najważniejszymi osobami w państwie rozpoczął się wraz z unieważnieniem przez rahbara prezydenckiej decyzji o dymisji szefa wywiadu Hejdara Moslehiego w kwietniu ubiegłego roku, tak naprawdę sięga on korzeniami wygranych przez Ahmadineżada wyborów prezydenckich sprzed 3 lat. To właśnie powyborcze zamieszki umocniły pozycję służb bezpieczeństwa w państwie w takim stopniu, że przez pewien czas spekulowano nawet, czy nie dojdzie do wojskowego puczu lub sytuacji, w której cywilna administracja będzie jedynie fasadą dla rządów wojskowych. Wydawało się wówczas, że ze względu na swoje wieloletnie powiązania z aparatem bezpieczeństwa oraz bliskość pokoleniową z jego przywódcami, Mahmud Ahmadineżad może zdecydowanie umocnić swoją pozycję w systemie politycznym kraju.

Tak się jednak nie stało i przez kolejne blisko dwa lata Iran toczyła ukryta wojna frakcyjna na najwyższych szczeblach władzy. Jej zwieńczeniem była właśnie sprawa Moslehiego, która ostatecznie ukazała potęgę wpływów Najwyższego Przywódcy i słabość obozu prezydenckiego.

Przedwyborcze szachy

Zmuszenie Ahmadineżada do stanięcia w ogniu pytań ma jednak przede wszystkim wymiar doraźny. Za niecały miesiąc, 2 marca 2012 r., w Iranie odbędą się wybory parlamentarne. Tym razem stawka wygląda inaczej niż we wszystkich poprzednich wyborach, bowiem startuje w nim właściwie wyłącznie obóz obecnej władzy. Cała sprawa rozchodzi się zatem tylko o to, która z frakcji rządzących dostanie najwięcej mandatów.

Wywołanie Ahmadineżada do tablicy przez parlamentarzystów ma w tym kontekście znaczenie symboliczne: oto bowiem po raz pierwszy w historii Islamskiej Republiki jej prezydent staje przed parlamentem (tradycyjnie uważanym za posiadający najmniejszy wpływ na politykę Iranu), aby tłumaczyć się ze swojej nieudolności. Co więcej, robi to w właściwie w przeddzień wyborów parlamentarnych. Nawet jeśli uda mu się wyjść z tego obronną ręką, kojarzeni z nim kandydaci na parlamentarzystów oberwą rykoszetem i ich szanse na objęcie mandatu zmaleją.

W ten prosty sposób poplecznicy Chameneiego nie tylko po raz kolejny ustawią w szeregu urzędującego prezydenta, ale najprawdopodobniej rozwieją również jego marzenia o zakotwiczeniu się na dłużej na irańskiej scenie politycznej po zakończeniu drugiej kadencji. Pozbawiony wsparcia ze strony rahbara, Ahmadineżad walczy nie tylko o swoją wiarygodność jako szef rządu, ale i o przetrwanie jako polityk z pierwszej ligi. Wkrótce przekonamy się, czy po raz kolejny uda mu się wywinąć oponentom czy tym razem polegnie.

Artur Makolągwa

Źródło: Polityka Globalna

wtorek, 13 kwietnia 2010

W pochmurny ranek 10 kwietnia 2010 roku Polska poniosła bardzo dotkliwą stratę: w katastrofie lotniczej zginęła głowa państwa wraz z małżonką, szef sztabu armii, dowódcy wszystkich rodzajów sił zbrojnych oraz wielu prominentnych polityków i urzędników państwowych. Stało się to w symbolicznym miejscu, nieopodal Katynia, i w ważnym czasie: odwilży na linii Warszawa-Moskwa.

Najprościej byłoby napisać, że tragedia ta w jakiś sposób zbliży do siebie oba narody poróżnione interpretacjami wspólnej historii, niezabliźnionymi ranami sprzed lat i odmienną wizją współczesnego świata. Niestety, po raz kolejny okazuje się, że w relacjach polsko-rosyjskich nic nie jest tak proste, jak się wydaje. Tragiczna śmierć prezydenta Kaczyńskiego szybko może stać się kością niezgody – jednak nie na poziomie międzypaństwowym, lecz tym najważniejszym: międzyludzkim. Katastrofa ta niesie ze sobą nie tylko ogromny ładunek emocji, ale ma też równie duży potencjał, co tragiczna śmierć Johna F. Kennedy’ego czy generała Sikorskiego, by szybko stać się przyczynkiem wielu teorii spiskowych czy mitów. Mogą one na długi czas zatruć stosunki między obu krajami.

Nie mam bowiem wątpliwości, że my, Polacy, lubimy resentymenty i potrafimy bardzo długo pielęgnować zadawnione urazy; niegdyś pozwoliło nam to zachować swoją tożsamość narodową, dziś jednak często odbiera nam umiejętność racjonalnej oceny sytuacji i pragmatycznego postępowania. Spiskowa teoria o udziale Rosjan w katastrofie lotniczej pod Smoleńskiem trafia na podatny grunt, lecz okres dojrzewania tak bolesnego mitu jest tak długi, że prawdziwe konsekwencje tragedii smoleńskiej poznać możemy dopiero za kilka lat. Trzeba się zastanowić, co z tego wydarzenia zapamiętają dzisiejsi kilku- i kilkunastolatkowie, którzy są w mniejszym stopniu niż ludzie od nich starsi obarczeni piętnem bolesnego splotu historii obu narodów. Czy będzie to dla nich dzień solidarności polsko-rosyjskiej czy też kolejna z serii klęsk narodowych, w których Rosjanie odgrywają rolę czarnego charakteru? Wszystko zależy od tego, jaką wersję tej historii przekażemy młodszemu pokoleniu: zmitologizowaną, akcentującą pewne – jakże częste w przypadku katastrof – niejasności, czy zdroworozsądkową i racjonalną, umożliwiającą w przyszłości porozumienie. Chciałbym wierzyć, że większość z nas wybierze tę drugą opcję.

W tym kontekście nie dziwi więcej niż wzorowa postawa Rosjan, która zdaje się mieć dwa źródła: przede wszystkim zwykłą, ludzką przyzwoitość, ale i w pewnej mierze pragmatyzm. Władze na Kremlu wiedzą, że to ogromna próba dla państwa rosyjskiego, które może w ten sposób pokazać to cieplejsze, bardziej przyjazne oblicze. Mają też świadomość, że jakiekolwiek wątpliwości w oczach Polaków mogą świadczyć na ich niekorzyść i przyczynić się do powstania mitu aktywnego udziału rosyjskich służb specjalnych w tragedii. Mit ów utrudni porozumienie polsko-rosyjskie, na którym – jestem o tym przekonany – zależy obu państwom.

Gdy opadną już emocje, dowiemy się wiele o samych sobie, a polska opinia publiczna może okazać się bardziej spolaryzowaną niż poprzednio – zarówno oceną prezydentury Lecha Kaczyńskiego, jak i powodów jego tragicznej śmierci. Choć rzymska zasada mówi, że o zmarłych mówi się dobrze, albo wcale, zaiste w przedziwny sposób Polacy ją rozumieją; gołym okiem widać tendencję do poddawania mitologizacji nie tylko samego zdarzenia, ale także osoby prezydenta. Niezbyt lubiany i często krytykowany za życia, dziś zdaje się wkraczać do panteonu polskich bohaterów narodowych. Polacy szybko zapomnieli o jego przywarach i błędach politycznych, o osobie z krwi i kości, zastępując ją wyidealizowanym obrazem, równie prawdziwym, co pustym, laurką, pełną pobożnych życzeń, ale nie mającą pokrycia w rzeczywistości.

Moje przypuszczenia w tej sferze zdają się potwierdzać reakcje wielu polskich prominentów. Kardynał Dziwisz stwierdził, że prezydent Kaczyński "zginął po bohatersku" i chocby dlatego należy pochować go na Wawelu. O ile w kwestii miejsca pochówku nie mam wyrobionego zdania (choć uważam, że jest to decyzja czysto polityczna), to wiem jedno: prezydent zginął nad wyraz tragicznie, ale w żaden sposób nie bohatersko. Takie zaklinanie rzeczywistości nic pozytywnego Polsce nie przyniesie, zdewaluuje jedynie znaczenie takich pojęć jak owe bohaterstwo czy mąż stanu, miano jakim - niesłusznie moim zdaniem - zaczęto określać Lecha Kaczyńskiego po jego śmierci.

Połączenie tych czynników może być bardzo niebezpieczne, zarówno dla relacji polsko-rosyjskich, jaki i całej wizji Polski i Polaków we współczesnym świecie. Może zahamować proces otwierania się na inne kultury, zwiększyć nieufność wobec innych narodów, zamknąć nas w złotej klatce polskich fobii i mitów, skutkiem czego będzie marginalizacja naszego kraju na arenie międzynarodowej. Może jednak stać się coś zupełnie odwrotnego, a cała ta tragedia i wszystko co z nią jest związane zwiększy naszą samoocenę narodową, otworzy nas na innych, sprawi, że wreszcie uporamy się z demonami przeszłości. Nie zaprzepaśćmy tej szansy, bo los wystawia nam za nią słony rachunek.

Artur

Zdjęcie: Daylife.com. Tekst powstał w poniedziałek, 12 kwietnia 2010 r.; został opublikowany na portalach PolitykaGlobalna.pl i Onet.pl jako część dłuższego komentarza Redakcji PolitykiGlobalnej.pl.

wtorek, 01 grudnia 2009

Czasu na pisanie mam ostatnio strasznie mało (co przekłada się na aktywność blogu), więc dziś coś z innej beczki - co w wolnej chwili warto przeczytać. Oczywiście, nadal poruszamy się tematyce spraw międzynarodowych.

 

"Następne sto lat" George'a Friedmana. O tej książce napisano już w Polsce wiele - głównie dlatego, że jej autor wysuwa bardzo kontrowersyjne wnioski dotyczące roli naszego kraju w polityce światowej XXI wieku. Zdaniem szefa Stratforu, Polska w warunkach geostrategicznych, jakie czekają nas w przyszłych dekadach może z pionka stać się rozgrywającym w polityce międzynarodowej.

Zaryzykowałbym jednak tezę, że ten odbiór książki w Polsce ukazuje jak bardzo nieprawdopodobna jest wizja Polski przedstawiona przez Friedmana - Polska bardziej poszukuje uznania i pochlebstw, niż realnego wpływu na politykę międzynarodową. Polskie media - szukając sensacji - dosyć obszernie, choć mało krytycznie, opisywały tezy w niej zawarte, słusznie uznając, że hasło "Polska mocarstwem" przyciągnie czytelników. I zapewne tak się stało. Jedynym pozytywem całej sytuacji jest to, że po raz pierwszy od dłuższego czasu krajowe media zainteresowały się książką o polityce międzynarodowej, a sama książka bardzo szybko doczekała się polskiego wydania.

Na Zachodzie książka wywoływała jednak inne kontrowersje. Wpisując się doskonale w dyskurs o stanie amerykańskiej potęgi, Friedman neguje niezwykle popularne obecnie tezy m.in. Fareeda Zakarii o upadku potęgi USA. Dla mnie najciekawsza jest jednak koncepcja Amerykanów, jako narodu barbarzyńskiego i zalatujące Spencerem określenie Ameryki, jako państwa w wieku młodzieńczym - choć nie jestem fanem organicyzmu w naukach społecznych, muszę powiedzieć, że Friedman na ich podstawie bardzo trafnie opisuje stan amerykańskiej polityki.

Naukowych purystów muszę jednak ostrzec, bo jeśli "Następne 100 lat" potraktują jak książkę z ambicjami naukowymi, zapewne mocno się na niej zawiodą.

 

"Manifest realistyczny" Jana Barańczaka i Piotra Wołejki. W odróżnieniu od książki Friedmana, o "Manifeście..." napisano w Polsce na pewno za mało, bo tyle co nic. A szkoda! - bo to zapewne pierwsza w naszym kraju próba oddolnego stworzenia strategii zagranicznej dla Polski. Czy udana? Moim zdaniem tak - a jeśli chcecie sami sprawdzić, to "Manifest..." możecie pobrać lub przeczytać w wersji PDF-online w tym miejscu »».

Punktem wyjścia dla autorów było stwierdzenie, że polska polityka zagraniczna straciła jakiś czas temu swoje cele. Nietrudno się z tą tezą zgodzić: w ciagu niespełna 20 lat od przełomu 1989 r., polska dyplomacja zrealizowała wszystkie podstawowe zadania, przed jakimi została postawiona. Od 10 lat jesteśmy członkiem NATO, najpotężniejszego sojuszu militarnego na Ziemi, a od 5 - Unii Europejskiej, największego obszaru gospodarczego świata. Pragmatyzm okresu transformacji, po roku 2004 zastąpiła jednak polityka napuszenia, zamknięcia i nieufności wobec jednych państw (kraje Europy Środkowo-Wschodniej, Rosja, czasem - reszta UE) oraz przedziwna mieszanka uległości i przekonania o własnej wyjątkowości wobec innych (USA).

Podstawowym problemem Polski - zdaniem autorów - jest zatem brak realistycznej oceny interesów narodowych i naszego potencjału; dopiero na tym fundamencie można zbudować politykę zagraniczną w świecie, który ciągle się zmienia. Może kubeł zimnej wody, który powolutku wylewa na polskich decydentów Obama, wyzwoli w polskich planistach chęć rekalkulacji naszych interesów i potencjału, a co za tym idzie - dostosowanie polityki do realiów. Do tego czasu macie "Manifest...".

Tak naprawdę, trudno obiektywnie oceniać mi coś, do czego sam dołożyłem - niewielką - cegiełkę: współtworzyłem oprawę graficzną "Manifestu...". Tym bardziej jednak trudno mi tej publikacji nie polecić :)


"Under a mushroom cloud" E. Ottolenghi oraz "Iran's long reach" S. Maloney. Dwie książki - ta sama tematyka, ale jakże inne podejście. Książka Ottolenghi to czysta publicystyka, do tego w niezbyt udanym wydaniu; publikacja Maloney to za to świetna analiza sytuacji międzynarodowej i wewnętrznej Iranu i wpływu tego państwa na najbliższe środowisko międzynarodowe. Dlaczego piszę o obu? Moim zdaniem na rynku brakuje książki o Iranie, która łączyłaby oba podejścia: wychodząc z drobiazgowej analizy polityki wewnętrznej i zewnętrznej Iranu, miałaby także publicystyczne zacięcie i starała się odpowiedzieć, jak Europa i USA powinny działać wobec Iranu.

Niejako przez kontrapunkt dla powyższych dwóch książek, polecić mogę książki Ray'a Takeyha, którego "Guardians of the revolution" i "Hidden Iran: Paradox and Power in the Islamic Republic" to już właściwie klasyka literatury poświęconej współczesnej polityce irańskiej. Wielka szkoda, że jego książki nie są dostępne w Polsce... Ale rozumiem - rynek - nawet publikcacji naukowych (a może one przede wszystkim?) - rządzi się nieubłaganymi prawami zysku wydawnictwa, nie dziwne więc, że w Polsce wychodzi tak mało dobrych książek o polityce międzynarodowej. Nie ma "mocarstwowej Polski" - nie ma zysku, nie ma zysku - nie ma książki...

 

"Źródła nienawiści. Konflikty etniczne w krajach postkomunistycznych". Przyznam się szczerze, że jeszcze jej nie czytałem, ale być może ktoś z Was wkrótce ją otrzyma i przeczyta. To właśnie ten "tytułowy" konkurs: możecie ją wygrać na portalu PolitykaGlobalna.pl do którego serdecznie zapraszam! Wejdź na stronę konkursu »»

Artur


KLIKNIJ!

czwartek, 22 października 2009

„Iran – nawet posiadając broń atomową – nie jest zagrożeniem dla światowego, ani regionalnego pokoju” – to bodajże najpopularniejsza ostatnio myśl w dyskusji o współczesnych stosunkach międzynarodowych. Czy jej zwolennicy mają rację?

I tak, i nie. Wiem, że wymijająca odpowiedź nie jest tym, co – drogi Czytelniku – oczekiwałbyś od tekstu publicystycznego, ale jednoznaczna odpowiedź na tak postawione pytanie pozostaje dla mnie (i nie tylko dla mnie!) zagadką. Mogę jednak z całą odpowiedzialnością przytoczyć przynajmniej kilka przeciwnych tej tezie argumentów, o których zapominają m.in. Piotr Wołejko (“Iran: czekając na zdrowy rozsądek”) i Patryk Gorgol (“Izrael vs. Iran – kto kogo zaatakuje”) pisząc na temat konsekwencji wejścia Iranu w posiadanie broni atomowej.

Owszem, Iran nie zaatakuje żadnego ze swoich sąsiadów. Nie zaatakuje też Europy, ani tym bardziej USA. Rację mają Piotr i Patryk, pisząc, że państwo ajatollahów nie ma żadnego interesu w wymazywaniu jakiekolwiek państwa z mapy świata. Ale sprowadzanie problemu tylko do bezpośredniego ataku bronią atomową wydaje mi się lekką – a do tego niebezpieczną – naiwnością, nie biorącą pod uwagę szeregu niezwykle ważnych czynników.

Głównym argumentem w tej dyskusji jest kwestia racjonalizmu i pragmatyzmu władz irańskich odnośnie kształtowania i realizowania własnej polityki zagranicznej. Zwolennicy tezy „pokojowego, atomowego Iranu” podkreślają, że Iran od lat działa zgodnie ze swoim interesem narodowym, postępując przy tym zdroworozsądkowo i odpowiedzialnie. Oczywiście trudno podważyć fakty – Iran prowadzi pragmatyczną politykę międzynarodową, nastawioną do tego na dalekosiężne, a nie doraźne, cele. Nie oznacza to jednak, że jest to polityka odpowiedzialna; co więcej, jej wielotorowość – a więc jej realizacja za pomocą wielu różnych narzędzi: od oficjalnych stosunków z innymi państwami, poprzez wspierania organizacji takich jak Hezbollah, aż po terroryzm państwowy (np. atak na Centrum Kultury Żydowskiej w Buenos Aires w 1994 roku czy zabójstwa irańskich dysydentów w Europie) – niezwykle utrudnia prawidłowe odczytanie doktryny, która stoi za tymi działaniami. Jest to jedna z najbardziej charakterystycznych cech polityki prowadzonej przez Teheran – niejednoznaczność i swoista polifonia; wsłuchując się tylko w głos ministra spraw zagranicznych czy nawet Najwyższego Przywódcy, zatracamy pełen obraz poczynań państwa irańskiego na arenie międzynarodowej. To właśnie ten wielogłos jest głównym atutem Iranu w stosunkach międzynarodowych; pozwala bowiem oficjalnym władzom na zachowanie czystych rąk, podczas gdy rolę chłopców od brudnej roboty odgrywa, pozornie tak słabo kontrolowany przez rząd, że aż tworzący wręcz państwo w państwie, szeroko pojęty aparat bezpieczeństwa z Gwardią Rewolucyjną na czele.

Warto zapytać zatem: dlaczego tak wielu ludzi – nie tylko w Izraelu – boi się Iranu? Przecież patrząc na to zagadnienie z pozycji paradygmatu realistycznego (który, jak się zdaje, bliski jest Piotrowi), nuklearny Iran nie stanowi dla nikogo bezpośredniego zagrożenia, bo nie przeprowadzi atomowego uderzenia na żadne z państw w regionie. To jednak bardzo powierzchowny wniosek. Zakładając (za realistami i neorealistami), że państwa dążą do umocnienia własnej pozycji na arenie międzynarodowej, a głównym punktem odniesienia dla ich działań jest właśnie choćby względna przewaga nad innymi graczami stosunków międzynarodowych, musimy skonstatować, że pozostałe kraje regionu zrobią wszystko by zniwelować strategiczną przewagę Iranu. W najlepszym przypadku czeka nas zatem kaskada zbrojeń atomowych wśród państw bliskowschodnich, w najgorszym – wojna; ten pierwszy scenariusz – jak na razie bardziej prawdopodobny – może stać się źródłem kolejnych problemów. Choć często zakłada się, że równowaga strachu między mocarstwami atomowymi jest elementem stabilizującym układ stosunków międzynarodowych (tak było w czasach Zimnej Wojny), trudno przewidzieć czy i w tym przypadku tak będzie.

Dołączenie do klubu państw atomowych Iranu, Arabii Saudyjskiej, Egiptu czy innych państw Bliskiego Wschodu nie tylko kompletnie załamałoby reżim Układu o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej (NPT), ale mogłoby mieć również skutki znacznie poważniejsze. Tak jak w przypadku Indii i Pakistanu, tak i posiadanie przez te państwa arsenału nuklearnego budzi obawy co do sprawności systemów weryfikacji zagrożenia, a co za tym idzie – procesów decydowania o ewentualnym użyciu broni atomowej w prawdziwym lub urojonym konflikcie.

W tym miejscu dochodzimy do sedna sprawy i odpowiedzi na postawione powyżej pytanie: „dlaczego bać się Iranu?”. Otóż realiści bardzo łatwo zapominają o czymś niezwykle ważnym: nierzadko bardzo zawodnym czynniku ludzkim. Bezpieczeństwo jest bowiem stanem ducha, a nie umysłu; stanu bezpieczeństwa/zagrożenia nie da się zobiektywizować i zanalizować – jest bowiem czysto ludzkim, a do tego w pełni zindywidualizowanym konstruktem, niemierzalnym i nieweryfikowalnym z zewnątrz. Nie jesteśmy w stanie przewidzieć, kiedy i z jakiego powodu ktoś (w domyśle – rządzący państwem) poczuje się zagrożony. To co dla jednych będzie śmiertelnym zagrożeniem, inni mogą postrzegać jako błahostkę (i na odwrót), dlatego też należy minimalizować ryzyko wystąpienia sytuacji kryzysowych, a więc takich, w których jakieś państwo mogłoby uznać się zagrożone. Nie bez przyczyny społeczność międzynarodowa od dziesięcioleci stara się stworzyć efektywny system minimalizujący to ryzyko, a efektem tych prac są m.in. środki budowy zaufania i bezpieczeństwa z powodzeniem stosowane między członkami OBWE.

Opisana powyżej zasada szczególnie ważna jest w przypadku państw atomowych: one nie mogą sobie pozwolić na mispercepcję zagrożeń, ponieważ cena za pomyłkę w sytuacji konfliktowej może być (choć nie musi) zbyt wysoka. Podstawą bezpieczeństwa w tym przypadku musi być zatem efektywny system ostrzegania przed ewentualną napaścią, a także odpowiedni proces decyzyjny, który sprawi, że broń zostanie użyta tylko w ostateczności. Wbrew pozorom nie jest to jednak proste: taki system musi być z jednej strony niezawodny i podlegać skutecznej kontroli władz cywilnych, lecz jednocześnie na tyle elastyczny i niezależny, by zachować jego skuteczność w sytuacji np. braku łączności z decydentami. Jeśli Iran oraz państwa arabskie, które mogą chcieć wejść w posiadanie broni atomowej by przeciwdziałać rosnącej potędze perskiej na Bliskim Wschodzie, są w stanie wprowadzić efektywne procedury decyzyjne oraz zainstalować niezawodny system ostrzegawczy, to zapewne cały problem irańskiego programu atomowego byłby co najmniej wydumany. Niestety, nie mamy najmniejszej gwarancji na to, że tak się stanie. Musimy wierzyć, na szczęście na razie tylko ajatollahom, na słowo honoru. Nam, Europejczykom, to wystarczy – ale czy zadowoli ich bezpośrednich sąsiadów? W to śmiem wątpić.

Co zatem zrobić z tym Iranem? Bez dwóch zdań jest to jeden z najpoważniejszych, a już na pewno najbardziej niewygodnych problemów współczesnego świata. Na pewno nie trzeba się jednak Iranu bać. Nie można go jednak też lekceważyć. Ewentualny atak byłby świadectwem nie tylko naszego strachu, ale i lekceważenia perskiej potęgi – a na tym punkcie Persowie są bardzo drażliwi. Iran trzeba zatem oswoić – pytanie tylko: jak?

Artur

Zdjęcie: Morteza Nikoubazl/Reuters


PolitykaGlobalna.pl - kliknij żeby przeczytać więcej ciekawych artykułów!

PS> Mam nadzieję, że mimo długiej przerwy w aktywności blogu znajdą się jeszcze jacyś czytelnicy. Tym, którzy czytali niegdyś "Rzut oka..." i im się podobał, należą się przeprosiny. Nie mam wiele na swoje usprawiedliwienie: przez cały ten czas przygotowywałem się do pisania pracy magisterskiej (niedkończona na razie), robiłem strony internetowe (m.in. nową PolitykęGlobalną.pl), choć głównie obijałem się... Nie mogę zagwarantować, że do końca roku będę bardziej aktywnie zajmował się blogiem, ale mam nadzieję, że prawdziwych pasjonatów polityki międzynarodowej to nie odstarszy :)

Pozdrawiam - Artur!

czwartek, 18 czerwca 2009

Ajatollah Ali Chamenei prowadzi piątkowe modły na Uniwersytecie w Teheranie (Daylife.com)

Ajatollah Ali Chamenei okazuje się być znacznie bardziej wytrawnym politykiem, niż jeszcze niedawno można było przypuszczać. Mimo to, być może popełnił błędy za które może słono zapłacić.

Chamenei, jako Najwyższy Przywódca, ma na swoim podorędziu bogaty zestaw instrumentów, którymi może spacyfikować rewolucyjne nastroje w Teheranie i w innych irańskich miastach. Teoretycznie, mógłby nawet wyprowadzić na ulice czołgi i krwawo stłumić protesty, lecz dotychczas tego nie zrobił. Wydaje się, że nadal wierzy, iż wszystko rozejdzie się po kościach: za kilka dni - w obliczu powszechnych (choć, prawdę mówiąc, jeszcze niezbyt poważnych) represji - ujdzie z demonstrantów dalsza chęć walki, za kilka tygodni wygasną ostatnie ogniska buntu, a za pół roku nikt nie będzie pamiętał o tym, co działo się w czerwcu. Choć osobiście nie wierzę, aby się to tak zakończyło, trzeba przyznać, że taktyka polegająca na wyciszaniu konfliktu poprzez - zapewne niezbyt szczere - gesty pojednawcze wobec opozycji musi sprawiać nie lada problemy Musawiemu, Chatamiemu, Karrubiemu, Rafsandżaniemu i ich doradcom.

Gra o najwyższą stawkę

Ajatollah Ali Chamenei, następca Chomeiniego, podczas przemowy (Daylife.com)Przywódca zdecydował się zagrać va banque i postawił na szali cały swój autorytet. Stosunkowo szybko po wyborach zatwierdził ich wyniki, czyli de facto usankcjonował je całą powagą własnego urzędu. Wbrew pozorom nie był to pusty gest - w odróżnieniu od zachodnich demokracji, w irańskiej demo-hierokracji władza rahbara (Przywódcy) ma boską legitymację: jest on osobą, która jak nikt inny w świecie szyickiego islamu rozumie wolę Allaha, a jego obowiązkiem jest dopilnować, aby została ona wprowadzone w życie. Podważając jego decyzję,  podważa się jego boski autorytet - a to już jest niebezpieczny precedens. Mimo to, gdy Musawi zdecydował się złożyć oficjalny protest, Chamenei przyjął bardzo elastyczną postawę, jakby na złość tym, którzy widzieli w nim tylko bezkompromisowego konserwatystę i zgodził się na ponowne liczenie głosów - lecz tylko w części obwodów.

Z oczywistych względów, taka propozycja nie mogła odpowiadać reformistom, którzy domagają się anulowania wyników i rozpisania nowych wyborów. Musiało to skłonić Chameneiego do opuszczenia zajmowanej dotychczas bezpiecznej pozycji mediatora i bezpośredniego zaangażowania się w sprawę powyborczego konfliktu. Przywódca ogłosił, że poprowadzi piątkowe modły w Teheranie, stawiając tym samym zwolenników Musawiego w bardzo niezręcznej sytuacji. Z wielu powodów było to bardzo sprytne zagranie. Przede wszystkim, ewentualna niesubordynacja reformistów może dać Chameneiemu powód do uznania ich za osoby zagrażające religijnym fundamentom ustrojowym współczesnego Iranu, a to oznaczałoby tylko intensyfikację przemocy wobec opozycjonistów. Oczywiście, modły mają mieć również wymiar propagandowy - pokażą Chameneiego jako prawdziwego przywódcę narodu, jednoczącego zwaśnione strony w otoczeniu tysięcy wiernych.

Pyrrusowe zwycięstwo

Wydaje się zatem, że dzięki temu posunięciu Chamenei nie tylko potwierdzi swoje zwierzchnictwo nad Iranem i jego mieszkańcami, ale pokaże także, że całe powyborcze zamieszanie jest nic nie warte w obliczu jego autorytetu, a tym samym - przypomni Irańczykom i światu, że to rahbar, a nie prezydent dzierży ster władzy w kraju. Trzeba jednak mieć na uwadze, że każde takie zagranie jest obarczone pewną dozą ryzyka, i to nie tylko dlatego, że jakiekolwiek spięcia podczas tej uroczystości naprawdę mogą podważać autorytet Przywódcy. Przede wszystkim, Chamenei liczy na to, że piątkowe modły - niczym deus ex machina - rozwiążą powyborczy konflikt i każda kolejna demonstracja będzie coraz słabsza. Taki scenariusz rozwoju jest jednak raczej niemożliwy, bowiem opiera się na założeniu, że cały ferment związany jest tylko z domniemanym oszustwem wyborczym, a nie ze strukturalnymi problemami, które dotykają Iran i jego mieszkańców. Śmiem twierdzić, że jest to bardzo złudne myślenie.

Glosy protestu zatem szybko nie umilkną, a Chamenei w końcu będzie musiał zacząć działać bardziej stanowczo. Problem w tym, że - mimo ogromnego znaczenia sprawowanego przezeń urzędu - Najwyższemu Przywódcy kończą się pokojowe środki nacisku na opozycję. Można co prawda przypuszczać, że dobrze wie, iż dalsza eskalacja przemocy do niczego go nie doprowadzi, a jedynie podkopie jego - nadal przecież silny - autorytet, lecz nie oznacza to, że Chamenei nie zdecyduje się na rozwiązanie siłowe. Utrzymałoby ono konserwatystów przy władzy, ale jego cena byłaby  bardzo wysoka: krwawa pacyfikacja opozycji przez długi jeszcze czas kładłoby się cieniem na rządach Ahmadineżada i władzy Chameneiego, a w rezultacie mogłoby doprowadzić do prawdziwej rewolucji, takiej jak przed trzydziestu laty. Najwyższy Przywódca stoi więc przed ciężkim dylematem i cokolwiek nie zrobi, może się to obrócić przeciw niemu.

Kliknij - przeczytaj więcej ciekawych artykułów!Artur

Zdjęcia: Daylife.com, GhalamNews.ir.


AKTUALIZACJA: Hosejn Musawi i Mehdi Karrubi wzywają ponoć do nieuczestnictwa w jutrzejszych modłach - takiej treści oświadczenie pojawiło się jakiś czas temu na Facebooku Musawiego (choć po godzinie zostało usunięte). Wiele osób podejrzewa (ja też zresztą), że jednemu z prorządowych hackerów udało się włamać na konto kandydata reformistów i zamieścić tam ten dezinformujący - i bardzo niebezpieczny - komunikat; jeśli jednak prawdą jest, że sam Musawi zdecydował się na podjęcie tak drastycznego kroku, to byłby to początek prawdziwej rewolucji.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 14
Zakładki:
Blogi o światowej polityce (PL)
Instytuty, think-tanki i inne
Blogi o światowej polityce (inne języki)
Inne ciekawe blogi
Media
Blox.pl
Przedruki
Zasubskrybuj blog




Polityka, gospodarka i bezpieczeństwo w ujęciu globalnym



Nakarm glodne dziecko - wejdz na strone www.Pajacyk.pl Help end world hunger

Blogi Polityczne